Posts Tagged ‘syjonizm’

Wracamy do “Niemieckich Diabłów” Barrego Chamisha. Barry demaskuje wprawdzie sabataistów i frankistów, ale wydaje się nie zauważać że jezuici również są, i to od samego początku, organizacją żydowską. Pamiętajmy że Chamish jest syjonistą który nie odrzuca państwa Izraela, lecz świeckie i lewicowe skrzydło syjonizmu. Ten izraelski żurnalista utożsamia się z religijnym i prawicowym syjonizmem, opowiadającym się za militarną ekspansją Izraela.

Warto jednak zapoznać się z “Niemieckimi Diabłami” gdzie opisany jest ostatni akt zniszczenia judaizmu przez sekretną kabałę.

“…Z Niemiec żydowscy apostaci Karol Marks i Fryderyk Engels udali się do Londynu. Zaraz po tym jak zakończyła się ich misja, Rotszyldowie wysłali swoich agentów Johna Jacoba Astora i Jacoba Schiffa z Niemiec do Ameryki. Finansowali oni złodziejskich baronów pokroju Rockefellera i Morgana, którzy w roku 1922 założyli Council on Foreign Relations (Radę ds. Stosunków Zagranicznych) mającą na celu obalenie konstytucji Stanów Zjednoczonych i podporządkowanie polityki zagranicznej USA Illuminatom.

 

PRAWDZIWA WOJNA PRZECIWKO ŻYDOM I LUDZKOŚCI

“Rok 1932: Ile organizacji w Niemczech reprezentowało niemieckich Żydów ? Ponad 250. Rok 1933… ile teraz? Jedna. Tylko jedna – partia syjonistyczna. Powrócimy do niej pózniej.

“Najpierw wrócimy do relacji rabbiego Antelmana. Aby zdeprawować Żydów frankiści na początku uprawiali tzw. politykę z ludzką twarzą. Dzięki pieniądzom Rotszyldów i wpływom jezuitów, niemiecki Żyd apostata Mojżesz Mendelson ogłosił początek Ery Oświecenia. Napoleon otrzymał fundusze na wyzwolenie Żydów w każdym podbitym przez siebie miejscu, zaś z Niemiec rozprzestrzeniły się ruchy reformacyjne i konserwatywne, finansowane w celu dalszego osłabiania wiary [Żydów] i zaszczepiania ich kongregacjom zupełnie obcych idei. Lecz zmiany te nie postępowały wystarczająco szybko. Zwykli, prości Żydzi nie chcieli kooperować ze złem, więc trzeba było pozbyć się tych którzy kurczowo trzymali się moralności Tory. Przetrwać mieli tylko ci praktykujący sabataizm.

“Tak, w ciągu 2 tysięcy lat historii europejskich Żydów zdarzały się pogromy, krucjaty i Inkwizycja, podżegana i wspomagana pózniej przez jezuitów. Lecz w porównaniu z tym co nastąpiło po roku 1880, tamten okres historii przypomina raczej piknik. Punktem zwrotnym w wojnie przeciwko Żydom było stworzenie przez sabataistów idei Syjonizmu. Głównym celem tego ruchu było ustanowienie sabataistycznego państwa na historycznych ziemiach Żydów i całkowite przejęcie kontroli nad judaizmem.

“Aby spopularyzować tą ideę  musiano tak zohydzić Żydom życie w Europie, aby pomysł ucieczki do Palestyny wydawał się najlepszą z możliwych opcji. Pogromy w Rosji były początkiem tej kampanii. Na jej potrzeby frankiści zwrócili się o pomoc do jezuitów mających ogromny wpływ na Kościół katolicki. Jezuici zrobili faktycznie sporo dla rozprzestrzenienia się komunizmu, poczynając od ich feudalnych komun w Afryce Południowej. Teraz zapragnęli zemścić się na europejskich anty-papistach i zamknąć ich za kratami nowej, komunistycznej tyranii. Układ był prosty: Jezuici dostarczają pogromów, frankiści komunistów. Rotszyldzi dostarczają pieniędzy…”

To syjoniści zajmowali się uchodzcami – tylko syjonistyczni Żydzi dostawali zgodę na emigrację do Izraela. Na terytoriach nazistowskich Niemiec pozostawiono religijnych Żydów sprzeciwiających się ruchowi syjonistycznemu, głównie z powodu braku biblijnej spójności z proroctwami o królestwie mesjanistycznym które powstać miało dopiero wtedy gdy pojawi się mesjasz. “Żydzi przeciwko Syjonizmowi” byli reprezentowani przez organizację zwaną Agudas Yisroel, założoną w roku 1912 i przejętą pózniej przez syjonistów. Jej funkcje przejęła organizacja Neturei Karta, założona w roku 1938 w Jerozolimie. Dopełnieniem tragedii Holokaustu było to że wiele krajów, wliczając w to większość krajów alianckich, zamknęło swoje granice dla żydowskich imigrantów. W swojej książce “Sześcioramienna Gwiazda” O.J.Graham objaśnił politykę wybiórczości stosowanej przez syjonistów:

“Z dokumentów wynika że w okresie 1933-1939 spodziewano się że Żydzi opuszczą Niemcy i tereny okupowane przez nazistów. W tym samym czasie istniał jednak bardzo wybiórczy i restrykcyjny klucz dla wyboru Żydów którym zezwalano na emigrację do syjonistycznego Izraela. Po roku 1939 zaczęły powstawać obozy zagłady mające na celu pozbycie się tych Żydów którzy nie zdołali uciec do Palestyny ani nigdzie indziej… Lucy Dawidowicz w książce “Wojna Przeciwko Żydom” pisze: “Na 18 Kongresie Syjonistycznym w roku 1933 ustanowiono żydowskie Centralne Biuro Osadnictwa Niemieckich Żydów, które od samego początku  miało odrzucać wszelkie podania od Żydów anty-syjonistów.”

Kongres Syjonistyczny w 1939

Kongres Syjonistyczny w 1939

 

“”Preferowanymi kandydatami do Aliji byli młodzi, zdrowi ludzie mający pewne doświadczenie w rolnictwie i handlu oraz ludzie zamożni. Interes Palestyny wziął górę nad strategią ocalenia.” Nathan Birnbaum był wczesnym syjonistą – właściwie był jednym z tych którzy stworzyli termin “Syjonizm”. Był razem z Herzlem na pierwszym Kongresie Syjonistycznym w Bazylei. Birnbaum porzucił ruch w roku 1899, został ortodoksem i wrogiem ruchu syjonistycznego. W swojej rozprawie “W Niewoli Naszych Braci Żydów” pisał:

”‘Wygląda na to że lepiej radzimy sobie z naszym zniewoleniem przez pogan, niż ze zniewoleniem przez naszych braci którzy porzucili Torę i jej nauki. Gdy nasi właśni bracia, zyjący obok nas, [z tej samej krwi], nie tylko nas prześladują ale dają powód dla naszego prześladowania, nie tylko wścibiają nos w nasze sprawy ale decydują w nich za nas, nie tylko nie pozwalają nam pójść własną drogą, lecz specjalnie nam ją zamykają.” Birnbaum napisał to w roku 1901…

“Michael Selzer w swojej książce “Syjonizm Zrewidowany” pisze: “Nawet wydarzenia z roku 1933 nie wpłynęły na ich politykę [mówi o Organizacji Syjonistycznej]. Byli na tyle naiwni by postrzegać siebie jako zesłaną przez Boga szansę na niewyobrażalną do tej pory migrację Żydów do Palestyny. Gdy Organizacja Syjonistyczna postąpiła wbrew głosowi ludu żydowskiego i zdecydowała się ubić interes z Hitlerem, kupując niemieckie towary za pieniądze Żydów, zalewając nimi rynek palestyński i drwiąc sobie tym samym z oficjalnego bojkotu niemieckich dóbr, nie spotkało się to z wielkim oporem ze strony żydowskich organizacji narodowych, a w każdym razie nie ze strony ich arystokracji – tzw. kibutników (?)…” Jak wielu Żydów słyszało wcześniej o tej historii?” – 211:72-8

Jeśli ktoś chce poznać więcej udokumentowanych przykładów zdrady syjonistów i przehandlowania religijnych Żydów w okresie Holokaustu polecamy artykuł: Heeding Bible Prophecy: Zionism

Kolejnym elementem układanki jest to że Adolf Hitler był nie tylko Żydem, ale także prawnukiem Rotszylda. W czasie II wojny światowej opublikowano “A Psychological Analysis of Adolph Hitler: His Life and Legend” (Psychologiczna analiza Adolfa Hitlera: Jego życie i legenda) autorstwa Waltera Langera z Biura Służb Strategicznych (OSS). (…) Była to, używając słów samego Langera, próba zrozumienia jak “szalony fałszerz” zdołał ” w przeciągu ledwie kilku lat dojść do najwyższych szczebli władzy, otumanić doświadczonych przywódców największych światowych potęg, zamienić miliony ucywilizowanych ludzi w barbarzyńców, doprowadzić do eksterminacji dużej części społeczeństwa, zbudować największą znaną do tej pory machinę wojenną i pchnąć cały świat ku największej wojnie w historii świata?” (Background)  Jedynym wytłumaczeniem wydaje się to że Hitler posiadał dobre (rodzinne) kontakty na najwyższych szczeblach:

“Ojciec Adolfa, Alojzy Hitler był nieślubnym synem Marii Anny Schicklgruber. Przyjmuje się że ojcem Alojzego Hitlera był Johann Georg Hiedler, asystent młynarza. Alojzy był jednak dzieckiem nieślubnym, dlatego używał nazwiska swojej matki aż do 40-ego roku życia gdy zmienił je na Hitler…

“Jest sporo ludzi wątpiących w to że Johann Georg Hiedler był prawdziwym ojcem Hitlera. Thyssen i Koehler dla przykładu powołują się na to że kanclerz Dollfuss nakazał austriackiej policji przeprowadzić śledztwo dotyczące rodziny Hitlerów. Rezultatem śledztwa był tajny dokument wskazujący na to że Maria Anna Schicklgruber w momencie poczęcia mieszkała w Wiedniu. Pracowała jako służka w domu barona Rotszylda. Gdy rodzina odkryła jej ciąże odesłała ją do jej domu w Spital, gdzie urodziła Alojzego. Jeśli prawdziwym ojcem Alojzego był jeden z Rotszyldów, czyni to Adolfa w 1/4 Żydem.  Według tych zródeł Hitler wiedział o istnieniu tego dokumentu i jego zawartości. Aby go przejąć sprokurował przyłączenie Austrii do Rzeszy i nakazał zabić Dollfussa. Według tej historii nie udało mu się odzyskać dokumentu, gdyż Dollfuss ukrył go i zdradził jego lokalizacje Schuschniggowi tak aby w razie jego śmierci zagwarantować dalszą niepodległość Austrii. W obiegu krąży jeszcze kilka podobnych do siebie historii.” (OSS Profile: Część 4)

“Alois (Alojzy), ojciec Hitlera urodził się w roku 1837, w okresie gdy Salomon Mayer był jedynym Rotszyldem mieszkającym w wiedeńskiej posiadłości. Jego małżeństwo znajdowało się w złym stanie a żona została we Frankfurcie. Ich syn Anzelm Salomon spędzał większość swojego czasu pracując w Paryżu i Frankfurcie, z dala od Wiednia i swojego ojca.

“Salomon Mayer, mieszkający samotnie w posiadłości wiedeńskiej gdzie pracowała babcia Hitlera wydaje się być głównym kandydatem do ojcostwa. Hermann von Goldschmidt, syn starszego kancelisty Salomona Mayera, napisał książkę wydaną w roku 1917 w której pisał o Salomonie:

‘…w latach 40-tych XIX wieku wykształciło się u niego dość lekkomyślne zainteresowanie młodymi dziewczętami’

‘Jego lubieżną pasją były bardzo młode dziewczyny, a jego przygody z nimi były wyciszane przez policję.’

“Babcia Hitlera, młoda dziewczyna pracująca pod jego dachem, miała nie być obiektem pożądania kogoś takiego? Ta sama dziewczyna zachodzi tam w ciąże? Jej wnuk zostaje Kanclerzem finansowanej przez Rotszyldów Rzeszy po czym  wszczyna wojnę światową, tak ważną w planach Rotszyldów i Illuminati [Plan III wojen światowych]. Illuminati robią wszystko co możliwe dla umieszczenia swojego potomstwa na najwyższych szczeblach władzy krajów uczestniczących w konflikcie. Rotszyldowie są jedną z głównych rodzin Illuminati. To wszystko przypadek?” – 563

Jedna rzecz jest pewna: gdyby nie Hitler, nie istniałoby państwo Izrael.

 

Wracając teraz do niemieckiego triumwiratu który przygotował scenę pod nadchodzący Holokaust – co stało się z tymi wszystkimi rodzinami sabataistów/frankistów którzy “przechrzcili się” na katolicyzm w XVII i XVIII wieku? Jeśli Stany Zjednoczone są sanktuarium europejskiego krypto-żydostwa, nie jest niczym dziwnym że część z tych frankistów osiągnęła w USA szczyty władzy na poziomie rządowym i finansowym, ani że kontroluje instytucje finansowe które stały się sługusami międzynarodowego żydostwa. Barry Chamish wymienia kilku z nich:

“Wracamy teraz do zapisków Jerrego Rabowa:

Karlove Vary

Karlove Vary

“str 132 – Rodziny frankistów, zarówno te żydowskie jak i te udające chrześcijan, starały się nie mieszać z innymi nie-frankistowskimi rodzinami. W okresie letnim ich zniemczone rodziny regularnie uczestniczyły w tajnych spotkaniach wKarlovych Warach… Szacuje się że połowie XIX wieku większość prawników w Pradze i Warszawie wywodziła się z rodzin frankistowskich. Członek Amerykańskiego Sądu Najwyższego Felix Frankfurter miał otrzymać kopię porteru córki Jakuba Franka, Ewy Frank, od swojej matki pochodzącej z rodziny praskich frankistów.

“Oto słowa samego Frankfurtera: “Prawdziwi władcy w Waszyngtonie są niewidoczni i rządzą z ukrycia, zza sceny.” – sędzia Felix Frankfurter, U.S. Supreme Court.

“Róznica między Rabowem a rabinem Antelmanem jest taka że ten drugi mówił wprost: praktycznie wszyscy żydowscy przedstawiciele Sądu Najwyższego byli potomkami niemieckich sabataistów, zdeterminowanych do oczyszczenia świata żydowskiego z niepotrzebnych im, europejskich, przeciwnych sabataizmowi, uznających kodeks moralny Żydów. Oto krótka lista tych przywódców społeczności żydowskiej:

“Felix Brandeis – Ukończył edukację w Niemczech. Tam, pochodzący z Anglii Jacob de Haas wprowadził go do świata syjonizmu.

“Henry Morgenthau Jr., Stephen Weiss, Judah Magnes, Felix Warburg – wszyscy potomkowie niemieckich Żydów. Oto cytat pochodzący od członka jednej z pózniejszych rodzin frankistów:

“Będziemy mieć Rząd Światowy, czy wam się to podoba czy nie. Pytaniem otwartym pozostaje czy Rząd ten zostanie utworzony przez podbój czy przyzwolenie.” – są to słowa Jamesa Paula Warburga, wypowiedziane przed senatem USA 7 lutego 1950. J.P.Warburg był synem Paula Moritza Warburga, bratankiem Felixa Warburga i Jacoba Schiffa – obaj z banku Kuhn, Loeb & Co. który wpompował miliony dolarów w rosyjską rewolucję [bolszewicką], poprzez brata Jamesa, Maxa (bankiera rządu niemieckiego).”

W kolejnym artykule zatytułowanym “Kerry, Gaza and the New Sabbatean Holocaust” Chamish uaktualnia listę dodając do niej Madeline Albright, Johna Kerry i Wesley Clarka. Wszyscy byli członkami CFR, posiadali nieżydowskie nazwiska i cierpieli na dziwne zaniki pamięci gdy pytano się o ich żydowskich rodziców:

“…I co niedawno odkryliśmy, że ojciec Kerrego był Żydem. O dziwo, zapomniał on o tym że jego dziadkowie byli zamożnymi Żydami z Pragi i że jego ojciec był 100% Żydem. Znasz kogoś kto nie wie nic o religijnych korzeniach swojego ojca?

“Nie jest to przypadłość tak rzadka jakby się wydawało, raczej powszechna w kręgach CFR. Była sekretarz stanu CFR Madeleine Albright również zapomniała o tym że jej rodzice byli Żydami, nawet pomimo tego że wychowała się w żydowskim domu jej krewnych w Londynie.

“Jeśli nie chcesz głosować na Kerrego, w obwodzie masz jeszcze Wesley Clarka. O dziwo on też jest członkiem CFR który dowiedział się niedawno że jego ojciec jest Żydem – zapewne w okresie gdy zmieniał Bośnię w pogorzelisko.

“A więc jak to możliwe, że niezależnie od tego którego demokratę wybierzecie, traficie na członka CFR i pół-Żyda który nie zna swojej rodziny? Odpowiedz leży w polityce działania sabataistów (znanych tez jako sabatarianie itd.) którzy rozkazywali swoim heretyckim wiernym przechodzić na inną wiarę i ukrywać swoje korzenie i prawdziwe wierzenia.”

“Opiekunowie z Illuminati dokładnie zadbali o wychowanie i karierę Johna Kerrego. Na początek zmienili nazwisko jego rodziny z Kohn na Kerry. Kohn jest oczywistym nazwiskiem żydowskim. Jego przywódcy nadali mu fikcyjne irlandzkie nazwisko, co daje sporą przewagę polityczną w  Massachusetts gdzie żyje duża społeczność irlandzka.” (Siła Proroctwa)

Do listy tej możemy dodać prominentnego krypto-Żyda Osamę bin Ladena, którego matka według zródeł izraelskich jest Żydówką. “Bali, Australia & The Mossad”  Rose Cohen pojawiła się na australijskim rynku wydawniczym 17 pazdziernika 2002.

“BIN LADEN JEST ŻYDEM, stop. Mój bardzo bliski przyjaciel i NAJWYBITNIEJSZY żurnalista izraelski powiedział mi niedawno że według żydowskiego Prawa, skoro matka Osamy jest Żydówką również i on jest Żydem.

“ORAZ –– jakby tego było mało, ten niezwykle szczery izraelski żurnalista powiedział mi że rodzina bin Ladena żyje w Izraelu (nie podam tu ich dokładnego adresu który mi przekazał). Wiedziałam o tym ze jest Żydem od dawna, ale przy całej tej histerii związanej z wojną nie wspominałam o tym nikomu z wyjątkiem mojego męża. To że Osama jest Żydem jest faktem powszechnie znanym w Izraelu ale wolna, “demokratyczna” prasa izraelska nigdy o tym nie wspomni, gdyż musimy kontynuować ten mit o jego “wrogości”.

“Szczerze to nie zdziwiłabym się gdyby bin Laden mieszkał teraz w Izraelu a Mossad tylko się z tego śmiał! Gdy Izrael i Bush będą już kontrolować wszystkie kraje świata, jestem przekonana że bin Laden zostanie zaproszony przez nich jako gość honorowy.

“My (powinnam może powiedzieć oni?) Żydzi NIGDY nie chwalimy się o tym co robimy a opinia publiczna (tutaj w Izraelu) jest niewinna i nieinformowana o skali terroru którym manipulujemy i rozprzestrzeniamy w chwili obecnej na cały świat.

“Taktyka jest prosta: niech nasi wrogowie podejrzewają o wszystko siebie nawzajem, niech walczą między sobą. Oszczędza nam to sporo pracy. Pamietaj że naszym wrogiem jest każdy KTO NIE JEST ŻYDEM.”

Maurice Pinay częściowo rozumie działanie procesu dialektycznego, zwłaszcza w przypadku Protokołów, gdy wspomina o tym że to krypto-Żydzi w świecie islamskim odpowiedzialni są za zamieszanie na Bliskim Wschodzie:

“…fenomen krypto-judaizmu nie ogranicza się tylko do świata chrześcijańskiego. Znajdujemy go również w różnych częściach świata islamskiego, gdzie jak zauważa Cecil Roth znajdują się społeczności krypto-żydowskie, udające muzułmanów lecz w sekrecie wciąż praktykujące swoje żydowskie tradycje. Oznacza to że Żydzi wprowadzili Piątą Kolumnę również w serce Islamu. Fakt ten może wyjaśniać tak dużą ilość podziałów i powstań zaistniałych w świecie mahometańskim.” (str. 246-7)

Innymi słowy, dzięki infiltracji zarówno świata chrześcijańskiego jak i islamskiego, krypto-Żydzi zdołali wprowadzić w życie Protokół (VII, paragraf 2): ”W całej Europie, a przy jej stosunkach i na innych lądach również, winniśmy wywołać ferment, waśnie i niezgodę. Wypływa z tego zysk podwójny.”

Dla tych którzy mają opory przed uznaniem Protokołów Mędrców Syjonu za prawdziwą instrukcję przejęcia świata przez żydowskie tajne stowarzyszenia, pan Cohen ma radę: “Uczyniono wiele dla prób ukazania Protokołów jako oszustwa… jednakże, nie jest to kwestia tego kim oni są czy też nie są, lecz tego że [zapiski Protokołów] opisują w stopniu niezwykłym naszą rzeczywistość. Przeczytaj je i sam zdecyduj.”

Protokoły opublikował po raz pierwszy profesor Sergiej A.Nilus w roku 1905 w Rosji. W swojej przedmowie profesor Nilus odnotowuje że Protokoły III zaczynają się od słów “krąg symbolicznego Węża (żmiji symbolicznej), który symbolizuje naszych ludzi.” Nilus zapewne zle zinterpretował Węża jako symbol całego judaizmu, jednak Księga Rodzaju 49:17 identyfikuje jedno z plemion Izraela jako Węża: “Niech będzie Dan wężem na drodze, żmiją na ścieżce, co kąsa w pęcinę konia, tak że jeździec spada na wznak”. Ważnym jest by zapamiętać tą różnicę aby nie uznawać wszystkich Żydów za zło wcielone odpowiedzialne za plany opisane w Protokołach.

Zanim zaznajomimy się z opisem Symbolicznego Węża przez prof. Nilusa, zastanówmy się co oznaczał ten symbol w tradycji okultystycznej. Wąż jest antycznym symbolem Ouroborosa, węża zjadającego własny ogon. Symbol ten widzimy w logo Towarzystwa Teozoficznego (poniżej). Mamy tez wariację tego symbolu z inskrypcją Pedet Finis Aborigine co oznacza “szukaj końca w początku”. To hasło opisuje gnostycki plan “powrotu do przyszłości”, dojścia do Ogrodu Eden a następnie z powrotem do czasu Stworzenia. Jak mówił pisarz New Age, Tim Robbins:  “Naszym celem jest… powrót do Edenu, zaprzyjaznienie się z wężem i postawienie naszych komputerów pośród dzikich jabłoni.” Wyznawcom New Age nie podoba się plan Zbawienia nakazany przez Boga. Ci gnostycy wierzą w to że sami są bogami i stworzyli swój własny alternatywny plan na wypełnienie biblijnych proroctw.

Oroboros (Uroboros) ukazuje naturę gnostyckiego podboju cywilizacji chrześcijańskiej w ujęciu czasowym. W przedmowie do Protokołów Sergiej Nilus przedstawia niesłychanie precyzyjną, geograficzną trasę [przejścia] Symbolicznego Węża:

“Protokół III zaczyna się od nawiązania do Symbolicznego Węża judaizmu. W swoim epilogu do edycji Protokołów z roku 1905, Nilus przytacza ciekawe informacje o tym symbolu: “Według zapisków sekretnego syjonizmu, Salomon i inni mędrcy żydowscy już w roku 929 p.n.e. myśleli w kategoriach teoretycznych o planie pokojowego podbicia przez Syjon całego wszechświata.”

[Prof. Nilus mówi zapewne o 8-mym rozdziale Księgi Ezechiela któremu Bóg ukazał Świątynię Jerozolimską, gdzie żydowscy mędrcy odprawiali, usankcjonowane przez Salomona, bałwochwalcze rytuały ku czci Asztarte/Diany.]

“Wraz z upływem lat, plan ten był rozwijany w najdrobniejszych szczegółach przez kolejnych, wtajemniczanych w to zagadnienie ludzi. Owi mędrcy zdecydowani byli na pokojowe podbicie świata przy użyciu przebiegłości Symbolicznego Węża, którego głowa miała reprezentować ludzi wtajemniczonych w plany żydowskiej administracji, zaś ciało węża lud żydowski – administracja działała zawsze w sekrecie, nawet w sekrecie przed własnym ludem. Wąż ten wpełzał w serce narodów a następnie osłabiał i pożerał nieżydowskie władze (rządy i króli) tychże krajów.

“Mówi się że Wąż wciąż jeszcze ma pracę do wykonania, ściśle trzymając się planu, którego nie wykona dopóki jego głowa nie wróci do Syjonu a Wąż nie zakończy swej wędrówki po Europie którą okrąża. Nie skończy swej misji póki nie okrąży całej Europy, wpływając tym samym na cały świat. Musi to zrobić przez podporządkowanie sobie narodów na drodze ekonomicznej.

“Powrót głowy Węża do Syjonu nastanie wtedy gdy władze niepodległej Europy zostaną obalone przez ekonomiczny kryzys i całkowitą destrukcję wszystkiego, czyli duchową demoralizację i upadek moralności, wspomagany przez żydowskie kobiety udające Francuzki, Włoszki itd. (jak te aktorki z “Pasji” Mela Gibsona?) Jest to najpewniejszy sposób rozsiewania wyuzdania w życiu przywódców tych narodów [coraz liczniejsze seks-skandale w świecie polityki].

“Oto trasa wędrówki Symbolicznego Węża: Zaczęła się w Grecji w roku 429 p.n.e, gdzie za czasów Peryklesa Wąż po raz pierwszy wgryzł się we władców obcego kraju. Drugi etap nastąpił w Rzymie za czasów Augustyna około 69 r.n.e. Trzecia faza rozpoczęła się w Madrycie za czasów Karola V w roku 1552. Czwarta – w Paryżu w roku 1790 za czasów Ludwika XVI. Piąta – w Londynie od roku 1814, po upadku Napoleona. Szósta – w Berlinie w 1871 po wojnie francusko-pruskiej. Siódma – w Sankt Petersburgu gdzie Wąż podpisał się pod datą 1881 (ów Wąż znajduje się teraz w USA, znany częściowo pod nazwą CFR (Rada ds. Stosunków Zagranicznych) i Komisji Trójstronnej).

Interesujące jest to że Oroboros (Uroboros) był symbolem starożytnej Grecji gdzie rozpoczął się podbój Europy przez Mędrców Syjonu. Drugi etap rozpoczął się w pierwszym wieku przed naszą erą w Rzymie, co pozwala sądzić że prekursorzy syjonizmu osadzili się w Rzymie już na kilka wieków przed powstaniem Kościoła rzymsko-katolickiego. Hiszpania w roku 1550 była twierdzą Alumbrados a w roku 1790 wybuchła Rewolucja Francuska. Wielka Brytania, Niemcy i Rosja symbolicznie zakończyły cykl Węża w Europie, którą pożarł on jeszcze przed końcem XX wieku. Protokół nr 3 zaczyna się słowami:

Dziś mogę wam zakomunikować, że cel nasz jest już o kilka kroków od nas. Pozostaje niewielka przestrzeń, by cała droga, którą odbyliśmy, zwarła się w krąg Żmiji symbolicznej, wyobrażającej naród nasz. Kiedy krąg ów zamknie się, wszystkie państwa europejskie będą ujęte, jak gdyby w potężne obcęgi.

Wygląda na to że ścieżka Uroborosa ma zastosowanie również na mapie kryzysu gospodarczego Europy. Proszę spojrzeć:

Czy to przypadek że pierwszym krajem wymienianym jako przyszły bankrut jest właśnie Grecja? Następne w kolejności są Włochy, Portugalia, Hiszpania, Irlandia… Czyżby polska zielona wyspa  miała być przedostatnim punktem na mapie krachu gospodarczego Europy?

Ciekawe jest również to że pierwsze cztery kraje zaliczone zostały przez międzynarodowe instytucje ratingowe do grupy o wdzięcznej nazwie PIGS (świnie – od Portugal, Italy, Greece, Spain).

PIIGSPIIGGS wcześniej PIGS (ang. dosł. świnie), skrótowiec określający państwa o złej sytuacjibudżetowej. Akronim PIGS pierwotnie oznaczał Portugal, Italy, Greece, Spain (PortugaliaWłochy,GrecjaHiszpania). W związku z światowym kryzysem finansowym dołączono kolejne I oznaczająceIreland – Irlandię tworząc rozszerzoną formę PIIGS oraz, niekiedy, Great Britain – Wielką Brytanię. (Wikipedia)

Wszelkie instytucje finansowe i potężne banki są dziś kontrolowane przez Żydów – potomków rodzin kabalistycznych, których w średniowiecznej Hiszpanii zwano marranos (marranami) co znaczyło właśnie “świnie“. Nie bez znaczenia jest fakt że to właśnie te 4 kraje były w okresie średniowiecza miejscem prześladowań żydowskich sekt i – siłą rozpędu – wszystkich Żydów.

Dzisiaj potomkowie marranów dokonują kolejnej już, symbolicznej zemsty na chrześcijańskiej Europie. Możemy być pewni że mimo upływu setek lat, chęć zemsty za przydomek świniewcale się u tych ludzi nie zmniejszyła.

CITTÁ DEL VATICANO

 

Czy Zakon Syjonu kontroluje dzisiejszy Kościół katolicki? Według wielu różnych źródeł rodzina Rotszyldów już od wielu lat zarządza finansami Watykanu. Wg. Encyklopedii Żydowskiej:

“Na początku XIX wieku papież przyszedł pożyczyć pieniądze od Rotszyldów. Rotszyldzi byli bardzo przyjaźni wobec papieża, co skłoniło jednego z ówczesnych żurnalistów do napisania sarkastycznej wzmianki: “Rotszyld ucałował dłoń papieża… hierarchia została przywrócona.” W rzeczywistości to Rotszyldom Watykan powierzył zarządzanie swoich finansów. (…) Badacz Eustace Mullins pisał że Rotszyldzi zaczęli zajmować się wszystkimi operacjami finansowymi Kościoła katolickiego na całym świecie od roku 1823. Dzisiaj finanse Watykanu są częścią ogromnego systemu, związanego nierozerwalnie z Rotszyldami i resztą międzynarodowego systemu bankowego.” (Springmeier, 13 Rodzin Illuminati, str.154)

 

Wygląda na to że Medyceusze również uczestniczyli w przejęciu finansów Watykanu przez Rotszyldów – a właściwie przejęciu całych Włoch i stworzeniu nowej organizacji na miejsce rozwiązanych Bawarskich Illuminatów:  Karbonariuszy. Największą lożą Karbonariuszy była Alta Vendita:

“W roku 1821 Karl [Kalman Rothschild] został wysłany do Neapolu aby nadzorować udzielanie pożyczek dla sił wojskowych Metternichaprzybyłych do Włoch w celu zdławienia rebelii. Podczas pobytu Karla we Włoszech rozciągnął się również zasięg macek Rotszyldów – ubił on z włoskim rządem genialny interes który zmusił Neapol do finansowania swojej własnej okupacji. Pomógł też Luigiemu de Medici z Czarnej Arystokracji odzyskać pozycję ministra finansów Neapolu, po czym również ubił interes z tym potężnym człowiekiem. Szereg sukcesów spowodował że został on w Neapolu i założył własny bank. Został finansistą arystokracji, “finansowym suzerenem Włoch”. Karl miał w garści cały półwysep. Zaczął robić interesy z Watykanem a gdy przyjmował go papież Grzegorz XVI podali sobie rękę zamiast zwyczajowego całowania palców papieża. Ludzie zdali sobie wtedy sprawę z potęgi tego człowieka. Papież odznaczył go też Orderem św. Grzegorza.”

“Wygląda na to że we Włoszech Karl został przywódcą Karbonariuszy. Po tym jak zdelegalizowano Bawarskich Illuminati, to karbonaryzm (loża Alta Vendita) stał się główną organizacją okultystyczną Europy. Jego przywództwo było znaczące. W roku 1818 wysłano z Alta Vendita tajny dokument, w którego spisaniu brał udział Karl, do głównych siedzib masonerii. Kopia tego dokumentu zaginęła co bardzo zaniepokoiło masonów którzy oferowali nawet nagrodę pieniężną za jego odzyskanie. Dokument ten nosił nazwę: “Permanentne Instrukcje, lub Praktyczny Kodeks Zasad – Przewodnik dla Przywódców Najwyższego Stopnia Masonerii.” [13 Rodzin Illuminati, str.179-180]

Alta Vendita była zarządzana przez Żydów a “Permanentne Instrukcje, lub Praktyczny Kodeks Zasad – Przewodnik dla Przywódców Najwyższego Stopnia Masonerii” korespondowały z “Protokołami Mędrców Syjonu” – kolejny dowód łączący rodzinę Rotszyldów z Protokołami. Pamiętajmy że Jeroboam Rotszyld kierował Mędrcami Syjonu.

“Oryginalne włoskie tłumaczenie  dokumentu zwanego “Permanentne Instrukcje, lub Praktyczny Kodeks Zasad – Przewodnik dla Przywódców Najwyższego Stopnia Masonerii” przekazane zostało Nubio (Piccolo Tigre) z loży Alta Vendita w roku 1824 gdy wysłano go do Rzymu aby wcielił te zapiski w życie. To właśnie na tą instrukcję powoływał się gdy pisał z Forli do Signor Volpiego: “Jak już pisałem ci wcześniej, zostałem wyznaczony do zadania demoralizacji systemu nauczania młodzieży z Kościoła katolickiego.” Te sekretne instrukcje napisane w roku 1815 są bardzo podobne do Protokołów i przeznaczone były dla nielicznych, wybranych masonów dużego kalibru.”

Prieuré de Sion, zarządzany przez dom Rotschild (Rotszyldów), operuje w mroku lecz wystarczy sprawdzić listę byłych Wielkich Mistrzów tej organizacji by zdać sobie sprawę z jego potęgi i wpływów. Baigent, Leigh i Lincoln opisali naturę członkostwa w tym zakonie w “Świętej Krwi, Świętym Grallu“: “Prasa francuska w krótkim artykule dotyczącym elekcji pana Plantarda na Wielkiego Mistrza w roku 1981, stwierdziła że 121 wysokich rangą członków Prieuré de Sion to wyłącznie szare eminencje świata finansjery, polityki międzynarodowej i organizacji naukowych/filozoficznych.” (str. 362)  W swoim wstępie do Protokołów Mędrców Syjonu (kolejnego tłumaczenia) Victor Marsden pisał o innych szarych eminencjach dzierżących nieoficjalną władzę, ukrytych pod parasolem Zakonu Syjonu: “… w roku 1931… Jean Izoulet, ważny członek Jewish Alliance Israelite Universelle, napisał w swoim “Paris la Capitale des Religions“:—‘Prawdziwym streszczeniem historii zeszłego stulecia jest to że dzisiaj 300 żydowskich finansistów, Mistrzów lóż, rządzi światem.”

Springmeier napisał w “13 Rodzinach Illuminati“: “Mówi się że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Jeśli chodzi o tą książkę, można powiedzieć że wszystkie ścieżki naszego śledztwa prowadzą do Rotszyldów.” Innymi słowy wszystkie drogi prowadzą do Prieuré de Sion: “Prieuré de Sion -Mędrcy Syjonu związani są z Rotszyldami którzy mieli obsługiwać żydowskie zebranie Mędrców Syjonu.” (str.152,163)  Springmeier powołuje się też na “Świętą Krew, Święty Grall“: “… tekst Protokołów kończy się słowami – ‘Podpisane przez reprezentantów Syjonu (Sion) 33 stopnia.” (str. 193)

(…)

“…Skandal Zakonu Syjonu… [rzekomy] styczeń 1981 — dwa dni po wybraniu Pierra Plantarda de Saint-Claire na Wielkiego Mistrza Zakonu Syjonu––wysokiej rangi członek Zakonu miał, według “Corneliusa”, spotkać się z Licio Gellim, Wielkim Mistrzem P2 (Propaganda Due – do której należał kiedyś Silvio Berlusconi – przyp. tłum). Do spotkania miało dojść w piwiarni La Tipia na rue de Rome w Paryżu…

“…Z tego co wiemy jest to powszechnie znana historia… jeśli którekolwiek z twierdzeń “Corneliusa” okazałyby się prawdziwe, mogłoby to otworzyć puszkę pełną robaków…

Licio Gelli

Licio Gelli

“Jest powszechnie wiadomym że P2, jakkolwiek wpływowa i potężna, była (i prawdopodobnie ciągle jest) kontrolowana przez jeszcze potężniejszą, lepiej ukrytą grupę ludzi, którzy przekazywali swoje instrukcje przez Licio Gelliego, mistrza loży. Według włoskiej komisji parlamentarnej badającej sprawę P2, organizacja znajdująca się za P2 “znajduje się poza granicami Włoch”. Dużo spekulowało się o tej organizacji. Niektórzy zidentyfikowali ją jako Prieure de Sion.” (Mesjańskie Dziedzictwo,  308-9, 352)

“…konkludując swoje badania autorzy “Świętej Krwi, Świętego Gralla” jak i “Mesjańskiego Dziedzictwa” wysunęli tezę że Zakon Syjonu został zinfiltrowany przez Rycerzy Maltańskich i loże P2, dwa tajne stowarzyszenia znane ze swoich powiązań z gangsterami i faszystami.” (Zemsta Dagoberta)

“Miałem zamiar szczegółowo opisać powiązania P2, Prieuré de Sion, Watykanu, CIA, organizacji Zjednoczonej Europy i grupy Bilderberg. Na szczęście Michael Baigent, Richard Leigh i Henry Lincoln ubiegli mnie w tym.” (William Cooper, Behold a Pale Horse, str.77-9)

“Na światło dzienne wyszły ostatnio bardzo interesujące fakty dotyczące Zakonu. Jednym z nich jest to że szwajcarska Wielka Loża Alpina (GLA – grand lodge alpina), najwyższa loża szwajcarskiej masonerii (pokrewna Wielkiej Loży Anglii) może być organizacją rekrutacyjną dla Zakonu Syjonu.  GLA jest również według niektórych miejscem spotkań “Gnomów Zurychu” mających być główną elitą szwajcarskich bankierów i międzynarodowej finansjery. David Yallop powiedział że GLA jest organizacją kontrolującą włoską P2.

“P2 kontrolowała włoską tajną policję w latach 70-tych, brała pieniądze od CIA i KGB, mogła mieć swój udział w porwaniu przez Czerwoną Brygadę Aldo Moro, posiadała 900 agentów w różnych częściach włoskiego rządu i na najwyższych szczeblach władzy Watykanu… używała Banku Watykańskiego do prania pieniędzy mafii narkotykowej, podsycała faszystowskie przewroty w Ameryce Południowej, powiązywana jest też z konserwatywnymi Rycerzami Maltańskimi i Opus Dei w Watykanie.” (Tajemnice Rennes le Chateau)

W roku 1958 Angelo Roncalli który został papieżem Janem XXIII był też prawdopodobnie członkiem Prieuré de Sion.

“Imię Jan było objęto nieformalną anatemą od czasów ostatniego jego przyjęcia w XV wieku przez antypapieża. Co więcej imię Jan XXIII było już kiedyś używane – właśnie przez antypapieża który abdykował w 1415. Dlatego też wybór tego imienia przez Roncalliego był wydarzeniem niezwykłym i wzbudzającym wiele pytań i kontrowersji.

“Jedną z odpowiedzi zasugerowała książka z 1976 “Proroctwa Papieża Jana XXIII“. Książka miała być kompilacją mrocznej, proroczej prozy pisanej w czasie [jego] pontyfikatu. W książce znajdują się też twierdzenia że papież Jan XXIII był członkiem różokrzyżowców (kolejna nazwa Zakonu Syjonu) z którymi miał związać się w czasie misji nuncjusza apostolskiego w Turcji w roku 1935. Sugeruje że kardynał Roncalli, gdy wybierano go na papieża, wybrał imię swojego osobistego, tajemnego wielkiego mistrza – symbolicznie miał być to Jan XXIII który jednocześnie przewodził wtedy papiestwu i Syjonowi” (Biblioteki Halexandrii)

Jedną z pierwszych inicjatyw Jana XXIII było napisanie encykliki o “Szlachetnej Krwi Jezusa” (…)

“W czerwcu 1960 papież Jan XXIII napisał list apostolski o ogromnym znaczeniu, którego tematyką była “szlachetna krew Jezusa.” List ten podkreślał znaczenie ludzkiego cierpienia Jezusa oraz utrzymywał że zbawienie ludzkości osiągnięte zostało dzięki przelaniu krwi. Według listu papieża cierpienie Jezusa i przelanie Jego krwi miało większe znaczenie niż zmartwychwstanie czy nawet samo ukrzyżowanie!

“Konsekwencje były ogromne. List ten zmienił podstawy [obowiązującej do tej pory] wiary chrześcijańskiej. Jeśli bowiem zbawienie ludzi dokonane zostało poprzez rozlew Chrystusowej krwi, Jego śmierć i zmartwychwstanie stały się czymś marginalnym – żeby wręcz nie powiedzieć zbytecznym. Papież Jan XXIII twierdził że śmierć Jezusa na krzyżu nie jest już niezbędnym elementem wiary katolickiej. Jezus nie musiał nawet umrzeć na krzyżu aby wiara katolicka zachowała swoją ważność. “(Powyżej)

Encyklika Jana XXIII dawała miejsce na przyjęcie wersji historii Jezusa wg. Merowingów, w której nie umarł na krzyżu lecz zbiegł do Francji wraz ze swoją żoną i potomstwem. “Autor popularnego “Kodu DaVinci” Dan Brown powiedział że w trakcie prac nad swoim bestsellerem analizującym korzenie Jezusa Chrystusa i podważającym wierzenia katolicyzmu, myślał też nad dołączeniem materiałów wykazujących że Jezus przeżył ukrzyżowanie.” (MSNBC) Encyklika z 1960 przetarła też teologiczną ścieżkę dla filmu “Pasja” Mela Gibsona, uwypuklającego temat cierpienia Jezusa jako istoty ludzkiej, nie mówiącego nic o Jego boskości i pomijającego nie tylko Jego narodziny z dziewicy lecz również wniebowstąpienie. Gdzie więc Jezus z filmu Gibsona udaje się po swoim niepewnym zmartwychwstaniu/resuscytacji/wyzdrowieniu po ukrzyżowaniu? Może do południowej Francji wraz z Marią Magdaleną i dziećmi? Tak wygląda prawdziwa ewangelia według  www.humanists.net/:

“Gdyby Jezus nie zginął na krzyżu zmuszony by został do ucieczki z Ziemi Świętej. Gdyby władze dowiedziały się że Jezus wciąż żyje, znowu by go ukarały. Gdzie więc mógł się udać? Istnieje wersja o dalszym życiu Chrystusa po ukrzyżowaniu. Krew potomków Jezusa wciąż może przebywać pośród nas!

“Rennes le Château znajduje się u podnóża Gór Peraniese w południowej Francji… młody paryski ksiądz o imieniu  Bérenger Saunière… znalazł cztery pergaminy od których wszystko się zaczęło. Dwa z nich napisane były kodem którego nie mógł rozszyfrować. Saunière zabrał je do Paryża aby poszukać pomocy u ekspertów od kodów i szyfrów wojskowych… Czy to możliwe że zaszyfrowane dokumenty wyjawiły Bérengerowi Saunière to że Chrystus przeżył ukrzyżowanie?” (Oszukańcze Ukrzyżowanie)

W roku 1961 Jan XXIII przywrócił zakon Rycerzy Maltańskich, według rzymsko-katolickiej publikacji w Sodalitium:

“24 czerwca 1961. W tym dniu, podczas święta Jana Chrzciciela, patron Zakonu (i masonerii) Jan XXIII przyjął w Watykanie Rycerzy [Maltańskich] i ku ich wielkiej uciesze publicznie… zatwierdził nową konstytucję Zakonu i elekcję jego Wielkiego Mistrza.” (“The Pope of the Council, część 19: John XXIII and Masonry,” Sodalitium, październik/listopad 1996.)

Papież Jan XXIII przystąpił następnie do uchylenia zakazu wstępowania katolików do masonerii:

“To Jan XXIII zmienił zasady gry, zezwalając protestantom przekonwertowanym na katolicyzm i należącym do masonerii pozostać w strukturach loży. Od tego momentu liczba wspólnych kontaktów znacząco wzrosła… Rządy Jana XXIII zakończyły 100-letnią politykę bezkompromisowości Watykanu jeśli chodzi o relacje Kościół-masoneria, w rezultacie zezwalając na podwójne członkostwo w obu instytucjach…

“…to że masoneria jest stowarzyszeniem w którym znajduje się miejsce dla wszystkich chrześcijan — Jan XXIII i Paweł VI rozumieli doskonale… Le grandi concoranze tra Chiesa e Massoneria (‘Wielkie porozumienia między Kościołem a Masonerią)… nie były porozumieniem między Kościołem a masonerią, lecz porozumieniem między masonerią a Janem XXIII, Pawłem VI i Janem Pawłem II.” (powyżej)

Jan Paweł I

Jan Paweł I

Rok 1978. Jan Paweł I (Albino Luciani) był papieżem jedynie przez 33 dni. Książka Davida Yallopa “W Imię Boga” twierdzi że za jego śmiercią stała loża P2. P2 oznacza Propaganda 2. Co ciekawe, Pierre Plantard de Saint-Clair był “ministrem propagandy” za czasów prezydenta Francji Charlesa DeGaulla, syna rektora jezuickiego uniwersytetu w Paryżu.  Wg. Yallopa kontrolowany przez Rotszyldów Bank Watykański prał pieniądze dla swoich żydowskich braci z mafii Medyceuszy:

“Mówiąc dokładniej, Rycerze Maltańscy, włoska masoneria P2 i spadkobiercy Świętego Cesarstwa Rzymskiego “Zakon Syjonu”, wszyscy byli bezsprzecznie powiązani z hierarchami watykańskimi. Członkowie tych faszystowskich ugrupowań z całego świata znajdują się na najwyższych szczeblach wojska, międzynarodowej polityki i finansjery.

“‘P2’ (Propaganda 2) jest być może najbardziej z nich znana i zawdzięcza swą nazwę machinie propagandowej nazisty Josepha Goebbelsa, która efektywnie wyprała mózgi Niemcom zawierzającym swojej różokrzyżowej, rasistowskiej ideologii która doprowadziła do Holokaustu.

“P2 miała powiązania z mafią i jest bezpośrednio zamieszana w śmierć papieża Jana Pawła I w 1978, jak dowiadujemy się z uznanej książki “W Imię Boga” poważanego żurnalisty Davida Yallopa.

“Jest powszechnie wiadomym że papież Jan Paweł I domagał się rezygnacji oficjeli watykańskich należących do loży P2 i zamieszanych w pranie pieniędzy mafii w Banku Watykańskim. Planował też gruntowne porządki wśród najwyższej  hierarchii Watykanu. Noc później znaleziono go martwego w swoim pokoju z listą imion wyciętych na jego ciele, a następnie pochowany bez żadnej autopsji. Listę imion jednak zachowano – wielu z tych ludzi awansowano później na wyższe stanowiska, wliczając w to biskupa Chicago Paula Marcinkusa zajmującego się inwestycjami Watykanu oraz  ukrywającego się  kiedyś  przed podejrzliwą włoską policją za watykańskimi murami.” (Neo-Nazis)

Papież Jan Paweł II pochodził z Polski, wielowiekowej żydowskiej ostoi będącej centrum kabały i ruchów Baal Szema a także prowincją o specjalnym znaczeniu dla Illuminati. Katolicki artykuł który ujawnił masońskie konotacje Jana Pawła II oraz wpływ Jakuba Franka na jego pontyfikat, opisuje też jak wielkie szkody zadał Kościołowi katolickiemu ruch frankistowski. Autor “Karol, Adam, Jakub” (całość po polsku tutaj – lektura polecana), ojciec Francesco Ricossa łączy Karola Wojtyłę z Adamem Mickiewiczem (1798 – 1855), polskim mesjanistą i osobą cieszącą się w Polsce dużą estymą. Według ojca Ricossa, polscy mesjaniści uważali Polskę za kolejnego Chrystusa, ukrzyżowanego przez i pomiędzy swymi odwiecznymi wrogami, Niemcami i Rosją. Któregoś dnia, jak wierzyli, ich kraj powstanie z martwych tak jak zrobił to Jezus. Do tego czasu ich cierpienie przybierało wręcz mesjanistyczną naturę.  Mickiewicz był też bliskim przyjacielem innego polskiego mesjanisty Andrzeja Towiańskiego (1799-1871), znajdującego się pod silnym wpływem Jakuba Franka.  Towiański wierzył że jest “obciążony nakazem głoszenia końca chrześcijaństwa” a jeden z jego uczniów przepowiedział wybór słowiańskiego papieża który pomoże w realizacji tego celu:

“Co do Towiańskiego, w swojej głębokiej pokorze, uważał się, za trzecie po Napoleonie objawienie Chrystusa, za wybranego przywódcę, który miał powstać z narodu, Polski – na wzór Chrystusowy – męczennicy i odkupicielki. Był on “upojony literaturą mistyczną i okultystyczną: być może był dopuszczony do jakichś tajnych stowarzyszeń” (s. 252). ” Jego system metafizyczny i moralny, antyracjonalistyczny i antyautorytatywny, naznaczony był wpływami Saint-Martina, Swedenborga, Tadeusza Grabianki “, lecz również i niejakiego Jakuba Franka, o którym dalej będzie mowa. Warto zauważyć, że według Towiańskiego na końcu czasów piekło przestanie istnieć. Towiański wywarł duży  wpływ na wielu autorów: m. in. na polskiego poetę Juliusza Słowackiego (1803-1849),który przepowie wybór Papieża  Słowianina, na w/w Mickiewicza, czy modernistycznego pisarza Fogazzaro. To Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego uznał Buttiglione za “mistrzów” Karola Wojtyły.” (“Karol, Adam, Jacob,” M. Abbé Francesco Ricossa, Sodalitium, Numer  48, kwiecień 1999)

Mickiewicz należał do kabalistycznego zakonu Martynistów, był też pod dużym wpływem Anny Katarzyny Emmerich, medium i zakonnicy augustianki  której halucynacje zainspirowały heretycki film Mela Gibsona “Pasja”.

“W 1820 zostaje członkiem innego tajnego towarzystwa–Filaretów, o którym będzie wspominał w trzeciej części Dziadów z 1833 roku. Nie wiem niestety czy Filareci mieli coś wspólnego z lożami masońskimi tak zwanych Filaletów. Jakkolwiek by jednak nie było, te polskie, tajne stowarzyszenia były replikami (a często sojusznikami) tajnych, rosyjskich stowarzyszeń –będących czymś w rodzaju słowiańskiego wolnomularstwa– które dały początek spiskowi dekabrystów. W dekabrystycznym spisku 1825 roku rząd carski rozpoznał rękę masonerii, i to dokładnie dlatego masoneria została w Rosji zdelegalizowana. Przypuśćmy nawet, że owe tajne stowarzyszenia do których należał wówczas młody Mickiewicz nie były masońskie, to jednak pewne spotkanie doprowadziło go do martynizmu: spotkanie z Oleszkiewiczem. ” Nikt nie miał na niego równie silnego wpływu, jak Polak Józef Oleszkiewicz, malarz, mistyk, uczeń  Saint-Martina, który jako pierwszy wtajemniczy Mickiewicza w najgłębsze religijne doświadczenia życiowe”. To właśnie w ten sposób wolterianin Mickiewicz zmienia się w martynistę, z racjonalisty staje się”mistykiem”; w roku 1836 opublikuje Zdania i uwagi , tomik cytatów z dzieł Böhme’a, Anioła Ślązaka i Saint-Martina.

Mickiewicz w masońskiej pozie Ukrytej Dłoni

Mickiewicz w masońskiej pozie Ukrytej Dłoni

“Otóż, postać Saint-Martina stawia nas oko w oko z autentyczną masonerią, a nawet samym judaistycznym kabalizmem! To właśnie w takim ezoterycznym środowisku, na długo przed przystąpieniem do ruchu Towiańskiego, ugrzęzła myśl Mickiewicza “mocno poruszona za czasów jego młodości mistyką tajnych stowarzyszeń, –wyznaje de Lubac– następnie przez Böhme’a, którym zachwycił się w Dreźnie w 1832, przez wizje Fryderyka Wannera, przez Swedenborga, przez Baadera i  przez Saint-Martina, którego dzieł a czytał w Pary ż u w 1833, ale także przez Katarzynę Emmerich (…) oraz przez wielkich mistyków tradycji chrześcijańskiej, Dionizym (którego dzieła planował przetłumaczyć na polski); w tym Mickiewicz przypomina jednak bardziej Józefa de Maistre, który był bliższy źródłom inspiracji ludowych, niż Lamennais’go,  gdyby ów pozostał wiernym katolikiem” (s. 245). Doprawdy, im bardziej de Lubac stara się usprawiedliwić Mickiewicza, tym bardziej– bezwiednie– pogarsza jego sytuację, i to do tego stopnia, że oczywistym staje się miejsce jakie Mickiewicz zajmuje wśród najbardziej niebezpiecznych myślicieli “masońsko-chrześcijańskiego” ezoteryzmu

“Tak więc matka i żona Mickiewicza wywodzi się z żydowskich rodzin frankistowskich, jak to potwierdza biograf Jakuba Franka –Artur Mandel” (Karol, Adam, Jakub – str. 9)

Przyszedłem wyzwolić świat z wszystkich praw i z wszelkich przykazań. Wszystko musi zostać zniszczone, ażeby dobry Bóg się objawił – Jakub Frank

Masońska Ukryta Dłoń (ang.)

Adam Mickiewicz był również kolegą Włocha Giuseppe Mazziniego (1805 – 1872), potężnego masońskiego rewolucjonisty który razem z Żydem Karolem Marksem założył Komunistyczną Międzynarodówkę. Giuseppe Mazzini należał też do Karbonariuszy, następców Bawarskich Illuminatów. Mazzini zjednoczył włoska masonerię w celu złamania dotychczasowej władzy papiestwa i razem ze swoim przyjacielem masonem z USA, Albertem Pikiem (który wysłał Mazziniemu Plan III Wojen Światowych) zjednoczył międzynarodową masonerię aby ostatecznie zniszczyć Kościół.  W “Okultystycznej Teokracji” Edith Starr Miller pisała że Komunistyczna Międzynarodówka chciała niepodległości Polski dla dobra “bractwa żydowskiego” tam żyjącego:

“Na spotkaniu [międzynarodówki] w Londynie w roku 1865, omawiano temat przywrócenia niepodległości dla Polski… oraz to że konferencja musi zająć się sprawą Polski. W roku 1866 odbyło się spotkanie w Genewie… uchwalono kolejną rezolucję dotyczącą polskiej niepodległości…

“Dla ludzi niezaznajomionych z zawiłościami polityki międzynarodowej, tak duże zainteresowanie sprawami Polski wydaje się być czymś bezsensownym. Wszystkie międzynarodowe komitety, powiązane w owym czasie z Młodą Italią której Mazzini był duchowym przewodnikiem a być może nawet jednym z głównych jej założycieli, kontrolowane były przez komitet centralny którego ciałem zarządzającym byli słynni włoscy rewolucjoniści. W komitecie tym znajdowała się też główna władza karbonaryzmu oraz masonerii a także judaizmu który, działając poprzez Mazziniego, Armanda Leviego i Adriano Lemmiego, znalazł w nowo powstającej Międzynarodówce środek do rozpoczęcia rewolucji na obcych ziemiach, oraz centrum agitacji dla rozszerzenia praw i przywilejów ich “żydowskich braci” w Polsce, która w owym czasie posiadała największą populację żydowską na świecie. Z tego powodu Międzynarodówka stała się później jego [judaizmu] najpotężniejszym agentem i prześladowcą narodów, służącym międzynarodowej elicie żydowskiej.” (str. 492)

Protokół 17 Mędrców Syjonu mówi o planie Zakonu Syjonu dla zniszczenia Kościoła katolickiego poprzez jego infiltrację przez agentów i prowokatorów. W pierwszym etapie należy skorumpować duchowieństwo – etap ten został zakończony i  dzisiaj zbieramy jego zgniły owoc – w drugim zaś rozpocząć kampanię zniesławiającą, prezentującą Kościół katolicki jako organizację nie-żydowską kierowaną przez pedofili.

“Postaraliśmy się już zdyskredytować duchowieństwo gojów i w ten sposób uniemożliwić posłannictwo jego, które obecnie mogłoby nam bardzo przeszkadzać. Wpływy duchowieństwa maleją z dniem każdym.

§ 3. Wolność sumienia

Wolność sumienia jest teraz głoszona wszędzie, a więc lata jedynie dzielą nas od chwili zupełnego upadku chrześcijaństwa. Z innymi wyznaniami damy sobie radę jeszcze łatwiej lecz mówić o tym byłoby przedwcześnie. Klerykalizm i klerykałów ujmiemy w takie karby, żeby ich wpływy zwróciły się w kierunku odwrotnym do ich ruchu poprzedniego.” (Protokół XVII, 2-3)

Papież Jan Paweł II był pierwszym papieżem który odwiedził żydowską synagogę, gdzie modlił się wraz z głównym rabinem Rzymu będącym pod takim wrażeniem otwartości umysłu papieża, że sam przeszedł na katolicyzm i zmienił swe imię i nazwisko na Eugenio Pacelli, na cześć Piusa XII. Watykan pod rządami Jana Pawła II zacieśnił też więzy dyplomatyczne z Izraelem. Jest też chwalony za zakończenie 2000-letniego okresu wrogości i nieufności między chrześcijanami a Żydami. 17 stycznia 2002 roku obecny rabin Rzymu odbył specjalne spotkanie z watykańskimi kardynałami. 17 stycznia 681 roku Sigisbert IV, syn króla Dagoberta, znany też jako “Plant-Ard”, znalazł schronienie przed siepaczami Karolingów w zamku Rennes-le-Chateau. (Dla uczczenia tego wydarzenia dzień 17 stycznia jest dniem wyboru Wielkiego Mistrza Zakonu Syjonu) Kardynałowie bez słowa sprzeciwu wysłuchali przemówienia rabbiego Di Segnisa dotyczącego nadchodzącego ustanowienia Praw Noego:

“17 stycznia 2002 roku w Rzymie, w auli Głównego Rzymskiego Seminarium, odbyło się spotkanie zorganizowane przez diecezję rzymską w ramach Dnia Dialogu między Żydami a Chrześcijanami. Kościół reprezentowany był przez kardynała Jorge Marie Mejie i monsinior Rino Fisichelle, stronę żydowską reprezentowali zaś rabbi Elio Toaff oraz główny rabin Rzymu…

“Rabbi Di Segni…wyjaśniał [7 przykazań których muszą przestrzegać wszyscy potomkowie Noego]:

“Owe zasady to: obalenie wszelkich religii z wyjątkiem monoteizmu, zakaz bałwochwalstwa, nakaz sformowania trybunałów, zakaz zabijania, kradzieży, kazirodztwa oraz jedzenia mięsa pozyskanego z żywych zwierząt.

“…Główna uwaga rabina skupia się na pierwszym przykazaniu, to jest monoteizmie: “Co do kultu monoteistycznego… Czyż judaizm, chrześcijaństwo i islam nie są nazywane w języku potocznym “trzema głównymi religiami monoteistycznymi?” Rzeczywiście, Di Segni nie ma problemu z uznaniem muzułmanów za prawdziwych a nawet obrzezanych monoteistów. Lecz w przypadku chrześcijan, pojawiają się u niego wątpliwości…

Chrześcijanie: monoteiści czy bałwochwalcy?

“W tym momencie Di Sergi — będący autorem nowego wydania Toledot Jeszu (pod nowym tytułem: Il Vangelo del Ghetto [Ewangelia z Getta], przy czym Toledot Jeszu jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych legend żydowskich obrażających postać Jezusa — zaczyna mówić przy duchownych zupełnie otwarcie:

“Doszliśmy do momentu w którym wymagane jest wyjaśnienie żydowskiej teologii, która w temacie monoteizmu i tego jak postrzegany jest on przez chrześcijaństwo, zmusza nas do debaty nad problemem głównym. Pytanie brzmi czy pogląd na boskość Jezusa jest zgodny (dla Żydów absolutnie nie jest) z konceptem monoteizmu.

“Innymi słowy: Żyd który zostanie chrześcijaninem, czyli zawierzy w boskość Jezusa, musi porzucić monoteizm na rzecz bałwochwalstwa. Czy to samo można powiedzieć o nie-Żydzie? Czy wiara w boskość Jezusa jest bałwochwalstwem, pogwałceniem pierwszego przykazania Noego? Rabbi Di Segni radzi:

“‘Jak można było się spodziewać po żydowskiej teologii, odpowiedź nie jest jednomyślna: niektórzy mówią że nie, inni stawiają pewne warunki. Jednak w powszechnej opinii chrześcijanin nie znajduje się na ścieżce zbawienia, gdyż jest winny grzechu bałwochwalstwa.

Gdzie Di Segni jest nieprecyzyjny – kara śmierci dla nie-monoteistów (czyli również chrześcijan)

“Di Segni stwierdza: “Jeśli przyjmiemy Prawa Noego dosłownie, odnosiłoby się to [kara śmierci] do wszystkich jako przykład dla dzieci Noego. Kara śmierci odstraszałaby przed kultem dziwnych – wg. monoteizmu- bogów.” (559)

[Słowa rabina Di Segniego pasują do fragmentu Objawień św. Jana 20:4: „… widziałem też dusze tych, którzy zostali ścięci za to, że składali świadectwo o Jezusie i głosili Słowo Boże (…)”

“Rabin na tym nie kończy.

Propozycja Di Segni

“Chrześcijanie muszą przyznać że Żydzi, przez fakt że są narodem wybranym, a także z powodu ich znajomości i przestrzegania Tory, posiadają własną drogę zbawienia odpowiednią dla nich, w której Jezus nie jest potrzebny.”

“Di Segni wie że prosi chrześcijan o niemożliwe i właśnie dlatego o to prosi. Uznanie że człowiek, nawet jeden człowiek, jedna dusza, nawet jeden z nas, nie potrzebuje Jezusa – oznacza de facto wyrzeczenie się Jezusa. Chciałby by chrześcijanie odrzucili znienawidzoną (przez niego) boskość Jezusa.

„Jest to płonna nadzieja ze strony Di Segniego.  Jak mówi boska obietnica: „Bramy piekieł jej nie przemogą”. Lecz nie było to tak szalone jakby się na początku wydawało. Efektem tego spotkania było ‚magisterium’ Jana Pawła II w którym zwrócił uwagę na nieodwołalny charakter wybranego narodu żydowskiego (…) Kardynał Lustiger który według doktryny rabinicznej w pełni zasługuje na śmierć, wyraził swoje zdanie nie odbiegające zbyt daleko od tez rabina Di Segniego: „Żydowska wiara tak samo jak i chrześcijańska jest powołaniem od Boga… powołaniem Izraela jest przyniesienie gojom światła… Taką mam nadzieję i wierzę że chrześcijaństwo jest środkiem do osiągnięcia tego celu.’ (Agence télégraphic juive, nr. 2649 4/2/81. (Sodalitium nr. 39, str. 15, Le problème des marranes [Problem Marranów] Marranos], autor:  ojciec Nitoglia).”  (559)

Kardynał Jean-Marie Lustiger –– członek Kolegium Kardynalskiego, powiernik Jana Pawła II, uznawany w przeszłości za głównego kandydata na jego następce — mówił że jest dumny ze swoich żydowskich korzeni. Gdy został arcybiskupem Paryża powiedział: “Urodziłem się Żydem i takim zostanę, nawet jeśli nie będzie się to podobać wielu ludziom. Wg. mnie powołaniem Izraela jest przyniesienie gojom światła. Taką mam nadzieję i wierzę że chrześcijaństwo jest środkiem do osiągnięcia tego celu.” Przez słowo “Izrael” kardynał rozumie Żydów. Przez “chrześcijaństwo” – swój odstępczy Kościół.

 

A Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat, cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły, miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości i brudów swego nierządu.  A na jej czole wypisane imię – tajemnica: “Wielki Babilon. Macierz nierządnic i obrzydliwości ziemi

 

“Aktor grający rolę Jezusa w kontrowersyjnej “Pasji” na audiencji u papieża w poniedziałek (15 marca, 2004) – potwierdza Watykan.”  (BBC News)

 

Poznań masońskie miasto wyzysku obywatelskiego

Podatki, podatki, podatki oraz opłaty i spłaty przerzucane na barki społeczeństwa są drogą do kontrolowanego ubóstwa!

Według niezależnych badań, jakie przeprowadziła Liga Świata na terenie Poznania w październiku br. ceny wielu produktów są nie adekwatne do roli, jaką mają one spełniać … *

Dzięki takiemu postępowaniu stają się owe przedmioty nie użytecznymi fetyszami za pomocą, których niszczy się biedniejszą i zubożałą (narażoną na izolację, odrzucenie i ubóstwo) cześć społeczeństwa.

Jeśli chleb w Poznaniu kosztuje od 1,80 do 2,60 zł,to, dlaczego Kowalski czy Nowak niejednokrotnie musi zapłacić 2,60 zł za 15 minutowy przejazd komunikacją miejską?
Co najważniejsze w czasie 15 minut w Poznaniu nigdzie nie da się dojechać, więc niekiedy bywa tak,że za przejazd będzie trzeba zapłacić o wiele,wiele więcej niż wspomniane wyżej 2,60zł.

Przykładowy przejazd z Głuszyny na Rataje (Poznań) kosztuje już ponad 7 złotych (w jedną stronę), podczas gdy budżety wielu mieszkańców na zakupy w tańszych sklepach takich jak biedronka, netto czy lidl wynoszą zaledwie 20-50 złotych!

(warto również nadmienić,że tańsze produkty w w/w sklepach to coraz częściej szkodliwe chemiczne suplementy jedzenia, mające na celu wyniszczenie zjadających je organizmów)

Prezydent miasta Poznania oraz radni po raz kolejny pokazuje swoją nieludzką masońsko-syjonistyczną, psychopatyczną twarz oprawcy…
(polityka ludzi skupionych dookoła masońskich organizacji przestępczych: PO, PiS, SLD…)

Te „wspaniałe” racjonalizatorskie pomysły dotykają oczywiście tylko biedniejszą cześć społeczeństwa, na, którą został przerzucony koszt utrzymania miasta, urzędów, partii, prywatnych korporacji… A także z ich kieszeni odbywa się spłata tzw.: dotacji dofinansowujących z unii europejskiej…

Co zrobić, aby miejskie przedsiębiorstwo komunikacyjne zarobiło a obywatel częściej korzystał z dobrodziejstw komunikacji miejskiej?

Wystarczy na tyle obniżyć cenę biletu 15 minutowego i 30 minutowego, aby jego użyteczność została skojarzona z powszechnością nie naruszającom skromnych środków finansowych, jakimi dysponuje przeciętny mieszkaniec min: w/w Poznania.

Proponujemy wprowadzenie następujących stawek za przejazdy MPK w całej Polsce:

Bilet 15 minutowy: 0,50 gr. (bloczek 10 sztuk 5 złotych)
Bilet 30 minutowy: 1,00 zł (bloczek 10 sztuk 10 złotych)
Bilet 1h: 2,00 złote
Bilet 24h: 10,00 złotych
Bilet tygodniowy: 20,00 złotych
Liniówka: 30,00 złotych
Sieciówka: 50,00 złotych
Sieciówka Rodzinna 4-6-8 sztuk: 100,00 – 120,00 – 140,00 złotych

Ważną cechą owych biletów jest brak podziału na tzw.: normalne i ulgowe.
Jasne zasady, zaokrąglone sumy powinny wpłynąć na ożywienie ruchu komunikacyjnego , na powszechność komunikacji miejskiej jako elementu zastępczego w obliczu drożejącej ropy, gazu i benzyny.

,(dlaczego urzędy i zakłady pracy nie zaproponują swoim pracownikom biletów zryczałtowanych na przejazdy MPK ?! Dlaczego urzędnicy nie przesiądą się w obrębie miasta do komunikacji miejskiej? Próżność, snobizm czy głupota wieśniaków chorujących na manię wielkości?!)

Takie posunięcie wpłynie także na zmniejszenie osób podróżujących na gapę oraz na powszechność sieciówek dla dzieci i młodzieży podróżujących do szkół i uczelni za rozsądną cenę dopasowaną do możliwości finansowych klientów.

Również rodziny ubogie i zagrożone ubóstwem będą mogły być dofinansowywane w większym zakresie przez MOPRy i inne instytucje dobra publicznego…

Wpłynie to także korzystnie na rozwój kulturalny miasta Poznania za sprawą powszechnego i taniego dostępu do komunikacji miejskiej, która pozwoli całym rodzinom poruszać się po historyczno – kulturalnych zakamarkach Poznańskiego grodu.

Kolejny bezsensownym posunięciem prezydenta i radnych miasta Poznania jest ugięcie się przed masońskimi korporacjami niszczącymi najbiedniejsze klasy społeczne Wielkopolski…

Przykładem takiego postępowanie jest uległość wobec firmy Aquanet i podniesienie stawki za dostarczanie wody i odbiór ścieków z 3,95 zł (dostarczanie) na mniej więcej 5,00zl- 5,50 zł (odbiór)…

Czy podwyżka cen za wodę wpłynie na jakość życia przeciętnego obywatela?!
Oczywiście, że tak i to znacząco, ponieważ obywatel stanie przed patologicznym wyborem jedzenie a, może pranie,czystość i kąpiel a,może opłacenie rachunków…

Wiadomo jest,że poprzez ubóstwo, bród, niedożywienie wzrasta ilość zachorowań, przypadków śmiertelnych, a także pojawiają się zarzewia chorób zakaźnych…

Nie wspomnę o problemach chorób cywilizacyjnych takich jak depresja wynikająca z braku wystarczających środków materialnych pozwalających na godziwe życie, utrzymanie rodziny czy satysfakcję z wykonywanej pracy.
Krew osób niewytrzymujących wyścigu szczurów i upadku osobowego jest na rękach polityków, radnych i prezydentów będących członkami tajnych stowarzyszeń i ruchów syjonistycznych!

Postępowanie radnych miasta Poznania, prezydenta miasta Poznania oraz syjonistyczno masońskich korporacji jest celowym działaniem na niekorzyść Polskiego obywatela. Działanie to nastawione jest na zniszczenie jego postaw bytowych, finansowych oraz godności obywatelskiej…

Jest to usilne działanie mające na celu wprowadzenie widocznych różnic klasowych poprzez schematyczne działanie na rzecz budowania społeczeństwa kastowego!

Kolejnym przykładem działania aspołecznego jest wprowadzenie kolejnego podatku bijącego znów w najuboższych i w ich dochód…
Tym razem gminy przejmują wywóz śmieci podpisując umowy z właścicielami posesji na rzecz miesięcznej opłaty w wysokości 14 złotych od głowy!

Lasy, pola i tak pełne są już śmieci i odpadów z posesji osób prywatnych i zakładów pracy…
Takie postępowanie jest świadomym procesem niszczenia nie tylko obywatela, ale cichą zgodą na niszczenie przyrody poprzez tworzenie dzikich wysypisk i nielegalne palenie śmieci!

Gmina w swoim dobrze pojętym interesie winna odbierać posegregowane śmieci za darmo czerpiąc dochód z odsprzedaży odpadów wartościowych i utylizując zagrażające życiu, zdrowiu i przyrodzie odpadki komunalne!
Taka jest rola gminy dla dobrze pojętego dobra społecznego, jednak to hasło wydaje się być obce ludziom szukającym zysku na najbiedniejszych!

Władza jest formą pasożytnictwa opartego na administracji i utrzymywaniu poziomu bezrobocia poprzez horrendalne podatki!

Wysiedlanie mieszkańców z ich mieszkań na zlecenie syjonistycznych właścicieli kamienic do kontenerów socjalnych niespełniających wymogów mieszkalnych jest sposobem na tworzenie gett klasowych oraz próbą tworzenia obozów koncentracyjnych i miast więziennych…

Innymi sposobami kontroli mieszkańców Poznania jest wprowadzenie monitoringu miejskiego sprzężonego z systemem INDECT oraz karty miejskiej PEKA służącej inwigilacji społecznej za sprawą technologii RFiD!

Na jednym z tajnych spotkań loży Masońskiej w Poznaniu zaplanowano także spektakularny plan narzucenie obywatelom monitoringu miejskiego w ramach projektu INDECT poprzez kreację idei strachu.

Grupy wynajętych osób udając upojenie alkoholowe niszczą, demolują poznańskie stare miast za pomocą burd rodem z pozorowanych treningów sztuk walk… Jakoś nigdy nie pokazano twarzy owych ludzi i nie ustalono ich personaliów, choć już dziś rynek objęty jest siecią kamer- łącznie z kamerą obrotowa!

I w taki oto sprytny sposób wypróbowany już za czasów imperium rzymskiego doprowadzono do zastraszania mieszkańców starego miasta, którzy domagają się sami zwiększenia liczby kamer monitoringu w ramach programu INDECT oraz zgadzają się na odebrania sobie samym praw obywatelskich!

Poznań to także miasto eksperymentów biogenetycznych związanych z opryskami chemicznymi i metodami modyfikacji pogody za sprawa tzw. Chemtrails – smug chemicznych widocznych codziennie gołym okiem nad naszymi głowami…

Oficjalnie nikogo nie stać na modyfikacje pogodowe, jednak wystarczy w deszczowy dzień spojrzeć w niebo, aby zrozumieć,że jeśli dzień ten jest przewidziany na opryski chemiczne z lotniska na ławicy wystartuje grupa samolotów specjalnych po przelocie, których następuje natychmiastowa zmiana pogody i start samolotów przeznaczonych do oprysków…
Ciężkie wilgotne powietrze nie sprzyja, bowiem dobrej propagacji smug chemicznych i ich procesowi kształtowania poprzez wiatr!

Sprzeciwiamy się traktowaniu Poznania i jego mieszkańców jako eksperymentalnego ośrodka represji syjonistycznych wobec rdzennych mieszkańców miasta…

Sprzeciwiamy się masońsko syjonistycznym metodom zastraszania mieszkańców Poznania, próbom zepchnięcia dziesiątków tysięcy Poznaniaków do roli pod ludzi zagrożonych genem bezradności i ubóstwa!

Żądamy, aby syjoniści i członkowie tajnych stowarzyszeń ujawnili swoje pochodzenie, jeśli tego nie zrobicie ujawnimy ponad 17 tysięcy akt personalnych…

Poznań zawsze stał na straży praw obywatelskich, na straży Polskości, jej języka i dóbr historycznych…
W których nie ma miejsca na tajne stowarzyszenia, lobbing, kłamstwo, zastraszanie, korporacjonizm i syjonizm władzy gnojący obywatela w imię chorych idei wyższych !

Wojciech Dydymus Dydymski
Liga Świata

* Badanie przeprowadzone na grupie 999 przypadkowych osób
1 grupa 333 osoby (111 Wilda, 111, Nowe Miasto, 111, Stare Miasto – osoby w wieku 20-60 lat)
2 grupa 333 osoby (111 osób Sołacz, 111 osób Grunwald, 111 osób Winogrady – osoby w wieku 20 -60 lat)
3 grupa 333 osób (111 osób Swarzędz, 111 osób Starołęka ,Głuszyna, 111 osób Luboń – osoby w wieku 20-60 lat)

20121024-135554.jpg

Proces zbiorowy przeciwko władzy, bankom i syjonizmowi.

Zarzuty Narodu Polskiego:

My Naród Polski oskarżamy władzę Polską, banki oraz firmy windykacyjne… (Oraz inne podmioty wymienione w treści tegoż dokumentu) o udział w zorganizowanej grupie przestępczej działającej na szkodę państwa i obywatela, przeciwko wolności i suwerenności narodu oraz przeciwko mieniu społecznemu i narodowemu w sposób celowy, destruktywny i skoordynowany.

W szczególności wyróżnić należy następujące odstępstwa od zasad suwerenności państwowej i wolności obywatelskiej:

– udział w organizacjach ponad narodowych o charakterze przestępczym (min: Unia Europejska, NATO, FED, IMF, WHO…)

– działanie na szkodę obywatela poprzez świadomy proceder pozyskiwania pożyczek i dotacji,których faktyczny koszt zostaje przerzucony na obywatela w formie podatku.

– działanie na szkodę obywatela poprzez wytworzenie sztucznych kast społecznych i zaniżenie dochodów mieszkańców przy jednoczesnym wzroście kosztów utrzymania.

– działanie na szkodę obywatela poprzez skoordynowany proces podatkowy i ubezpieczeniowy nieadekwatny w stosunku do wysokości dochodów obywatela i rodziny.

– działanie na szkodę obywatela poprzez kreowanie idei państwa opiekuńczego, co doprowadziło do stanu ubóstwa 35% populacji Polski w ciągu zaledwie 23 lat.

– działanie na szkodę obywatela (szczególnie w małych miastach i wsiach- doprowadzając do stopniowego obniżenia: stanu społecznego, dochodu i w finale do ubóstwa i wszelakich form patologii) poprzez wyprzedaż majątku narodowego, ziemi oraz likwidację dobrze prosperujących zakładów i gospodarstw państwowych.

– działanie na szkodę władz lokalnych poprzez świadomy i wymuszony proceder pozyskiwania pożyczek i dotacji, których faktyczny koszt zostaje przerzucony na gminy, urzędy wojewódzkie… I pośrednio obywatela w formie podatków i opłat lokalnych.

– amoralny system kreowania lichwy poprzez kartel bankowy, parabankowy, ubezpieczeniowy… Wspierany poprzez dostosowania prawa do potrzeb ich działalności (przeciwko społeczeństwu). O czym świadczyć może: oprocentowanie pożyczek, system naliczania opłat bankowych, nieprzterminowywalność lichwiarskich świadczeń wobec banków (metoda odsprzedaży zadłużenia), lichwy i firm windykacyjnych poprzez kreacje prawa opartego na zasadach wspierania pieniądza fiducjarnego ponad prawami obywatela oraz prawami moralnymi (poniżania, piętnowanie, znakowanie, zastraszanie…).

– działanie na szkodę obywatela, państwa oraz ich wolności, suwerreności poprzez kreowanie bezwartościowych środków płatniczych w postaci pieniądza fiducjarnego, którego wartość określona jest poprzez spekulacje rządowe i międzynarodowe.
(nie ma to przełożenia na faktyczną wartość waluty, oraz stan wartości państwa, przez co sprzyja manipulacjom cenowo- walutowym)

– o celowy proces prywatyzacyjny mający na celu zniszczenie polskiej niezależności gospodarczej.

– o celowy i tajny proces pozyskiwania dotacji bankowych z FEDu mający na celu pomnażania pieniądza poprzez lichwę i wykup kluczowych firm funkcjonujących na rynku spożywczym, energetycznym… Co wpływa na zwiększenie cen detalicznych oraz zamierzony proces spekulacyjny.

– o celowy proces wywłaszczenia narodu polskiego poprzez zawyżone podatki, opłaty oraz poprzez spekulacje walutowa. (min: zbiorowy wykup walut za pomocą pożyczek finansowych pozyskiwanych przez państwo od organizacji i firm międzynarodowych)

– o świadomy proces wielokrotnego spłacania roszczeń lobby filosemickiego (syjonistycznego) przez osoby posługujący się fałszywymi danymi osobowymi w celu działania na szkodę państwa i obywatela.

– działanie na niekorzyść obywatela poprzez zmanipulowany i drogi proces pozyskiwania energii na rynku międzynarodowym.

– o świadomy proces piętnowania Polskości poprzez idee multikulturowe, syjonistyczne i okultystyczne.

– uzależnienie obywatela od koncernów energetycznych, wodociągów, zagranicznych firm prywatnych… poprzez wymuszenia regulacyjne i skorumpowane prawo.

– działanie na niekorzyść obywatela, jego wolności oraz zdrowia poprzez kreowanie prawa na korzyść koncernów farmaceutycznych i bio chemicznych.

– o świadomy proces ludobójstwa poprzez przymus stosowania i przyjmowania szczepionek propagowany przez media na koszt obywatela.

– o świadomy proces demoralizacji oraz propagowanie nie etycznych i amoralnych form rozrywki i treści audio wizualnych w prasie, radiu telewizji. Min: szerzenie propagandy: feminizmu, aborcji, homoseksualizmu, okultyzmu, seksizmu i okultyzmu…

– o świadomy proces dezinformacji medialnej, cenzurę prasy, radia, i telewizji pod kontem poprawności politycznej.

– działanie na szkodę narodu poprzez stosowanie dyrektyw unii europejskiej oraz prawa międzynarodowego.

– działanie na niekorzyść obywatela, jego zdrowia poprzez lansowanie i propagowanie upraw GMO oraz oprysków chemicznych na terenie polski (chemtrails).

– o celową chęć kontroli nad obywatelem poprzez wprowadzenie systemu INDECT, dowodów tożsamości i kart bankowych… opartych na technologii RFiD, które zagrażają wolności, suwerenności oraz prywatności obywatela.

Z powodu domniemania popełnienia przestępstwa przez sędziów prowadzących na szkodę oskarżyciela, jakim stał się naród, sędziowie do dnia zakończenia rozprawy podlegać będą ścisłej kontroli społecznej w celu uniknięcia procesu korupcji oraz nacisków ze strony grup bankowych, rządowych… oraz ponad narodowych.

Z tego też względu naród kierując się dobrem społecznym oraz prawem samostanowienia obejmuje sędziów kontrolą obywatelska,podsłuchem i kontrola do dnia zakończenia procesu.

Sędziowie zaangażowani w prowadzenie tej sprawy musza być;

– Polakami (pochodzenie sprawdzone 10 pokoleń wstecz poprzez niezależnych specjalistów)
– cechować się patriotyzmem wobec polski i wiernością wobec obywatela
– nie wolno im przynależeć do tajnych organizacji i stowarzyszeń
– wspierać propagandy syjonizmu lub jakiejkolwiek innej ideologii świeckiej bądź też religijnej.

……………………………………………………….

Zapraszam wszystkich pokrzywdzonych przez banki, państwo, firmy windykacje, lekarzy, sądy, firmy farmaceutyczne…

Zapraszam również pokrzywdzonych przez system opozycjonistów, lekarzy, dziennikarzy, odrzuconych pisarzy, skrzywdzone rodziny i osoby doprowadzone polityką rządu do ubóstwa i wykluczenia społecznego…

Oraz wszystkich tych,którzy czekają na pierwszą prawdziwa iskierkę wolności, rewolucji i precedensu na skalę światową…

O zgłaszanie swoich relacji i chęci udziału w procesie jako oskarżycieli (lub oskarżycieli pomocniczych) przeciwko Judeo Polsce i jej marionetkowym kreatorom!

Zapraszam!

Zgłoszenia, relacje proszę nadsyłać mailem: ligaswiata@gmail.com (również skany, dowody, zarzuty…) Tak, aby prawnicy mogli sporządzić akt oskarżenia i powołać jak największą rzesze świadków i niezależnych ekspertów.

Liczę na was i wasze zainteresowanie!
Biernością ukarzecie samych siebie!

Pozdrawiam

Wojciech Dydymus Dydymski
(wielokrotnie pokrzywdzony przez państwo i jego sforę)
Liga Świata
Kandydat na prezydenta RP

Kazimierz Poznański
________________________________________

WPROWADZENIE
Transformacja ustrojowa ruszyła szybko, tyle, że równie szybko doszło do katastrofy, najpierw w formie gwałtownej recesji, a potem półdarmowej wyprzedaży majątku na rzecz obcych inwestorów.
Minęło raptem nieco więcej niż dziesięć lat od chwili, gdy uwolniona od komunizmu Polska wpadła w obłęd reform, których zadaniem miało być stworzenie kapitalizmu. Tylko w obłędzie możliwe było, żeby budując „wyższy” kapitalizm, wdrożyć system, który nie dorównuje temu, co zostawił „niższy” komunizm. Wsparte żarliwą propagandą, nieudane pomysły reform trafiają do realizacji bez żadnych prób zastanawia się nad ich katastrofalnymi konsekwencjami dla gospodarki.

Istotę tych przemian ustrojowych najlepiej oddaje określenie „wielki przekręt”, gdyż w trakcie próby budowy kapitalizmu po komunizmie doszło do półdarmowej wyprzedaży większości narodowego majątku obcym inwestorom. Ten konkretny aspekt zmian ustrojowych, które toczą się wieloma torami naraz, jest najważniejszy przy ocenie dziesięciolecia po upadku komunizmu. Dziesięciolecia, w którym nastąpiło bezprecedensowe ogołocenie narodu z jego majątku. Popularna wśród kręgów, które określają się jako liberalne, opinia, że kapitał sprzedano bardzo tanio i do tego w obce ręce, bo waliła się w gruzy pozostawiona przez komunizm gospodarka, jest niepoważna. Polska znalazła się bowiem w głębokiej recesji nie przed reformami, ale dopiero gdy te reformy zostały podjęte, czyli po 1990 roku. Co więcej, gospodarka weszła w zapaść dokładnie, dlatego, że państwo porzuciło potrzeby produkcji na rzecz wyprzedaży majątku.
Do sprzedaży pozostającego w gestii państwa majątku narodowego prawie za darmo doszło, dlatego, że zagrożeni utratą swych posad decydenci mieli mało czasu na ukartowanie przetargów. W tym pośpiechu, najbardziej przydatni okazali się obcy nabywcy, bardziej dyskretni w działaniu i zasobni finansowo niż ich krajowi konkurenci. Spośród obcych inwestorów wybrano z kolei tych, którzy byli skłonni do zaoferowania najwyższych tzw. prowizji w zamian za zaniżone ceny.
Wiem, że „przekręt” to określenie z ulicy, także może razić, ale mamy tutaj do czynienia z działaniami, które nie zasługują na bardziej wyszukany język. Zresztą, słowo to weszło do powszechnego użytku, kiedy zaczęły się obecne reformy ustrojowe, między innymi pod hasłem wyplenienia afer ery komunistycznej. Ówczesne afery gospodarcze, nawet potraktowane łącznie, nie umywają się jednak swoją skalą do „przekrętu” związanego z dokonaną prywatyzacją majątku państwa.

Nie byle, jaki to przekręt, w którym majątek banków i przemysłu jest upłynniany przez aparat państwa za około dziesięć procent jego aktualnej wartości. Pozostałe dziewięćdziesiąt procent wycieka oczywiście do nabywców za granicę, zamiast zasilić mocno wygłodzoną gospodarkę, którą zostawił po sobie stagnacyjny komunizm. Na taką to ogromną stratę narażono społeczeństwo, żeby zainkasować prowizje, stanowiące tylko mały ułamek wartości sprywatyzowanego kapitału. Również te dziesięć procent, które po „wielkim przekręcić” trafia do budżetu państwa, nie jest zużywane na pomnażanie produkcyjnego majątku. W sferze budżetowej ma miejsce mały przekręt, w wyniku, którego znaczna część przychodu przechwytywana jest na użytek prywatny (np. na niebotyczne pensje zarządów w ciągle jeszcze licznych państwowych spółkach, jak również w niedawno zreformowanych lokalnych samorządach czy też w nowo powołanych kasach chorych).
Przyszłość gospodarki wydaje się nawet bardziej przygnębiająca niż smutna teraźniejszość tej panicznej wyprzedaży. Polska skazuje się bowiem na coroczny wyciek zysków z kapitału, które, obok płac za pracę, stanowią główny składnik dochodu narodowego. Ponieważ zagraniczni właściciele przejęli komunistyczne monopole, mają warunki do dyktowania płac i wypompowywania zawyżonych w ten sposób zysków na skalę nawet dziesięciu procent dochodu narodowego rocznie.

Łącznie, jednorazowe straty wynikłe z niedoszacowania sprzedawanego majątku oraz ciągłe straty z tytułu wyprowadzanych zysków, wielokrotnie przerastają znikome prowizje zarobione przez decydentów na pośrednictwie. Chodzi, więc tutaj o „wielki przekręt” nie tyle ze względu na skalę osobistych korzyści odniesionych przez mniejszość decydującą o sprzedaży majątku, ile ze względu na rozmiary strat dla wyłączonej z procesu decyzyjnego większości społeczeństwa.
Pozbawiona zysków, należnych teraz zagranicznym właścicielom, gospodarka staje się kapitalistyczna, choć w kraju zostają tylko dochody z pracy – czyli place. Z obcym kapitałem i lokalną pracą, Polska staje się krajem, który niejako musi żyć z dnia na dzień, z „gołej” pensji. Możliwości zakumulowania własnego kapitału wyłącznie w oparciu o zarobki pracownicze są nikłe i równie małe są szansę na wyrwanie się z niefortunnej sytuacji, gdzie tylko praca jest własna. Dziś szukanie pracy w bankach i fabrykach przypomina migrację za chlebem we własnym kraju, gdyż większość ich jest zagraniczną własnością. Zatrudnieni w ten sposób stają się jakby sezonowymi pracownikami nie w obcym kraju, ale we własnym. Przy normalnej emigracji zarobkowej, gdy jedzie się do zamożnego kraju jak np. Niemcy, można liczyć na wysokie płace. Przy wewnętrznej migracji trzeba zadowolić się niskimi, polskimi płacami, może nawet na zawsze.
Pierwszym wyraźnym sygnałem, na jak niewiele może liczyć lokalna praca jest obecna, druga z rzędu od chwili upadku komunizmu, recesja gospodarcza. Jak widać, fakt, że majątek trwały trafia głównie w obce ręce, to nie uchronił Polski od nowego wstrząsu, za który trzeba płacić nagłym wzrostem bezrobocia oraz płacową stagnacją. Gdyby starannie policzyć to bezrobocie, wyszłoby na to, że co czwarty lub, co piąty Polak zdolny do pracy znalazł się już bez pracy, oraz przeważnie bez żadnego zasiłku.
Mój język znowu może kogoś razić, tym razem z tego powodu, że trąci innym żargonem, nie z ulicy, ale raczej z katedry, tym marksistowskim. Wszak krytykuję kapitalizm, rozprawiając o płacach oraz zysku, czy o pracy oraz kapitale, jak to czynią w swych wywodach marksiści. Jest to jednak tylko czysto przypadkowa zbieżność, gdyż mnie, jako ekonomistę, nic nie łączyło z marksizmem ani wtedy, gdy był on jeszcze bardzo modny, ani też obecnie, gdy raczej wyszedł z mody.

Będąc z wykształcenia liberalnym ekonomistą wierzę w kapitalizm, tyle, że budzi mój niepokój wyłaniający się w Polsce zależny typ kapitalizmu bez własnych kapitałów i bez rodzimych kapitalistów, a więc swego rodzaju – jak go nazywam – „niekompletny kapitalizm”. Powinno być oczywiste, że jest to głęboki niepokój liberalnego ekonomisty, a nie marksisty, gdyż ten ostatni jest wrogiem zarówno kapitału jak i kapitalistów, bez różnicy, zarówno własnych jak obcych. Nikt poza – wywodzącą się z liberalizmu – szkolą ewolucyjną, w której dokładnie mieści się moje myślenie, z taką pasją nie podjął obrony kapitalizmu, również przed komunizmem, z jego ideą gospodarki bez rynków i własności. Szczególne zasługi miał w tym Hayek (1944), wskazując na praktyczną niemożność zrealizowania komunistycznego ideału. Schumpeter (1942) dowodził z kolei, że nawet gdyby komunizm dał się urzeczywistnić, to niewątpliwie byłby to regres.
Moje określenie siebie mianem liberalnego ekonomisty może zdziwić niektórych zadeklarowanych liberałów w Europie Wschodniej, w tym znaczną część polskiego środowiska intelektualnego, gdzie nie wypada być kimś innym. Nie zgadzają się na żadną, nawet umiarkowaną krytykę reform ustrojowych. Przeciwnie, egzaltują się swym, jak twierdzą, wielkim triumfem w budowie kapitalizmu. Ponoć szczęśliwie już zakończonej w większości krajów Europy Wschodniej.

Niewykluczone, że ta różnica w ocenie wynika stąd, że ich liberalizm wywodzi się nie z ewolucyjnej myśli, ale z nurtu, który nazywa się ekonomią neoklasyczną. Według mnie, przyczyny tych rozbieżności muszą być jednak inne, gdyż nawet posługując się neoklasycznymi kategoriami nie sposób przeoczyć ułomności polskiego „niekompletnego kapitalizmu”. To nie jest wcale sprawa tej czy innej tradycji liberalnej a raczej ich niechęci do nazywania rzeczy po imieniu.
Liberalizm, w żadnej postaci, nie wyklucza krytycznego spojrzenia na kapitalizm, gdyż ma bardzo wyraźną wizję „dobrych” instytucji. Liberalizm stoi tak samo murem za rynkami, jak i przeciw „złym” rynkom. Jest też w pełni świadom tego, że nie każda własność prywatna jest z definicji „dobra”. Podstawowym kryterium oceny jest stopień wolności gospodarowania, której to wolności nie da się nijak oderwać od swobody zawierania umów i od własności zasobów kapitału. Liberalizm, w tym szkoła ewolucyjna, zakłada, że wolność nie wyczerpuje wymogów właściwie rozumianego kapitalizmu; należy do nich też pewien system moralny. Instytucje, takie jak rynek czy własność, nie są bowiem darem natury, ale są ludzkimi wynalazkami, tworzonymi w zgodzie z obowiązującymi regułami moralnymi. Będąc produktem tych reguł, otwarte rynki oraz prywatna własność, czyli kapitalizm, są tym silniejsze, im solidniejsze są te moralne podstawy.
Ponieważ żywotność kapitalizmu wyrasta z szerokiego zasięgu własności, zrozumiała jest liberalna – również moralna – negacja feudalizmu, w którym kapitał – ziemia – był w rękach niewielu. Stąd też liberalne potępienie komunizmu, w którym liczy się nie tyle własność ziemi, co raczej kontrola nad maszynami jako kapitałem. W warunkach agrarnego feudalizmu zakres własności kapitału ogranicza się do arystokracji, a w przemysłowym komunizmie do kadry partyjnej.
Jednocześnie, ze względu na taką wąską bazę posiadania, w obydwu tych systemach siła robocza znajduje się w sytuacji faktycznego poddaństwa. Z racji ich szczególnej pozycji, tak feudalna arystokracja jak i komunistyczna partia, przypisują siłę roboczą do miejsca pracy i narzucają jej niekorzystne warunki wynagrodzenia. A zatem, mamy do czynienia z dwoma swego rodzaju formami poddaństwa, czy ekonomicznej zależności; jedna jest tradycyjna, a druga nowoczesna.
Jeśli się przyjrzeć Europie Wschodniej po komunizmie, to rodzą się wątpliwości, czy obecna zmiana ustrojowa to nie jest przypadkiem kolejna, obok komunizmu, nowoczesna „droga do poddaństwa”. Przez zamianę aparatu partii na obcych rezydentów, jako prawie wyłącznych dysponentów kapitału, nie poszerza się wąska baza własności. Nowi właściciele, z ich uprzywilejowaną pozycją ekonomiczną, dalej mogą dyktować warunki zatrudnienia i wynagrodzenia lokalnej pracy. Komunizm obiecywał wolność, ale dał poddaństwo dla ogółu rządzonych, podobnie jest z polskim postkomunizmem, tyle, że z jedną kardynalną różnicą. A to, dlatego, że teraz – po utracie tytułu własności do większości zasobów – podcięta została baza wolności tak dla rządzących jak i rządzonych. Nie chodzi, więc tylko o to, że mamy do czynienia z inną drogą do poddaństwa. W grę wchodzi, bowiem droga do większego poddaństwa, co nadaje zupełnie inny wymiar klęsce reform.
W kontekście tych przemian własnościowych może nasunąć się jeszcze bardziej zatrważająca myśl, mianowicie, że w „niekompletnym kapitalizmie” nie chodzi już wcale o relacje poddaństwa między dwoma odłamami obywateli narodu polskiego. Tu wchodzą w grę relacje między Polakami, właściwie bez własnego kapitału, oraz innymi narodami, które ten kapitał w większości przejęły. Istotą przemian ustrojowych nie jest, więc wcale uwolnienie narodu, ale jego zniewolenie.
Prawdziwe znaczenie tych zmian w gospodarce, w jej systemie instytucji, będzie dopiero w pełni docenione, kiedy chora gospodarka znajdzie już wyraz w chorej polityce. Z gospodarką głównie w rękach zagranicznych można oczekiwać, że polityka też przejdzie w ręce zagraniczne, gdyż nie da się oderwać polityki od gospodarki. Wtedy raczej trudny do ogarnięcia fakt pozbawienia narodu jego kapitału znajdzie już przełożenie na bardziej namacalny bieg życia politycznego.
Znajdą się, bowiem partie czy platformy, które przystosują się do odmienionej rzeczywistości wiążąc swój los z obcym kapitałem. Najłatwiej to przyjdzie tzw. liberalnym ośrodkom, których działania pozwoliły obcemu kapitałowi wykluczyć z gry polski kapitał. Mając na myśli wszechobecny obcy kapitał, wystąpią na niby w obronie nieobecnego polskiego kapitału. Dokładniej, w imię nieobecnej polskiej klasy kapitalistycznej, będą żądać zdławienia płac polskiej siły roboczej.

CZĘŚĆ PIERWSZA
WYMYŚLONY POSTĘP
Przejmowanie fabryk czy banków przez, zagranicznych właścicieli jest dzisiaj w świecie czymś normalnym, ale nie sposób uznać za normalne przejmowanie całej gospodarki jakiegoś kraju, a tym bardziej za półdarmo. Tak się niestety stało w Polsce, gdzie zamiast uratować dla przyszłych pokoleń to, co zostało z komunizmu – zmarnowano ten spadek.
W zamian za niewygórowane prowizje, właściwie napiwki, decydenci upłynnili kapitał za ułamek jego prawdziwej wartości. W ten sposób słaba gospodarczo Polska, cierpiąca na brak kapitału, została w zasadzie pozbawiona własnego kapitału. Nikt oczywiście nie zdemontuje fabryk i banków by wywieźć je za granicę. Dla co poniektórych stanowi to wystarczający powód, żeby nie martwić się o przebieg polskiej prywatyzacji. Chyba nie zdają sobie sprawy, że przez wyprzedaż tego majątku w obce ręce nastąpił masowy wywóz legalnych tytułów do przynależnej im własności. Tym samym wywieziono prawa do przejmowania zysków, które przynosi sprzedany przez państwo kapitał. Można by się ciągle pocieszać, że przez taką wyprzedaż ściągnięto bardziej doświadczonych kapitalistów z zagranicy. Ale można było ich zdobyć w inny sposób, taki, który nie wykluczyłby jednoczesnego stworzenia silnej własnej klasy kapitalistycznej. Gdyby obcy kapitał napłynął w formie budowy nowych fabryk czy zakładania nowych banków zagranicznych, Polska też uzyskałaby dostęp do większego doświadczenia, jakie reprezentują zagraniczni właściciele. Co więcej, zamiast wyprzedawać zastany kapitał obcym inwestorom uzyskano by dodatkowy kapitał, należy przypuszczać, że z techniką doskonalszą niż krajowa. Państwowy kapitał można by wtedy sprzedać rodzącej się lokalnej klasie kapitalistycznej, żeby ona zadbała o jego niezbędną techniczną modernizację. Sprzedając kapitał obcym oddano prawo do zysków jako ważnej części dochodu narodowego, za bardzo marne opłaty oraz bez jakiejś większej nadziei na trwałe przyśpieszenie produkcji przez jej dynamiczną modernizację. Nazwanie tego porażką byłoby zbyt łagodne, to jest właściwie katastrofa. W ten sposób po komunistycznej katastrofie przyszła zaraz postkomunistyczna. Poprzednie niepowodzenie głęboko wryło się w zbiorową psychikę ludzi, ale obecne dopiero zaczyna powoli docierać do świadomości polskiego społeczeństwa.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
WYWŁASZCZENIE NARODOWE
Właściwie żaden ważniejszy aspekt obecnej polskiej transformacji ustrojowej nie został dotąd poddany jakiejś rzetelnej analizie ekonomicznej, bo jest to niestety prawie całkowicie „niema” transformacja.
Ponieważ znajomość faktów jest słaba, mało kto sobie uświadamia, że skutkiem reform nie jest zwykły kapitalizm. Jeśli przyjąć za normę Europę Zachodnią, to stosunki własnościowe w zreformowanej Polsce są zupełną dewiacją. Ci, którzy to dostrzegają, są zwykle zdania, że Polska nie miała innego wyjścia. Mówią tak zupełnie niepomni, że to zdyskredytowany dzisiaj marksizm uzasadniał bezsensowne systemowe koncepcje odwołując się do przeróżnych „historycznych konieczności”.
Niespełnione zamierzenia
Nie ma kapitalizmu bez prywatnej własności, więc reformy zaczęły się od dylematu, w jaki sposób w prywatne ręce przekazać olbrzymi majątek państwa; czy w drodze rozdawnictwa obywatelom czy też przez sprzedaż indywidualnym inwestorom. Zwolennicy darmowej dystrybucji powoływali się na brak prywatnych oszczędności, z których można by opłacić zakup kapitału. Na rzecz sprzedaży miał przemawiać fakt, że tylko w ten sposób majątek trafi w najlepiej przygotowane ręce.
Pomysły rozdawnictwa nie znalazły w Polsce większego uznania wśród reformatorów. Wybrano rynkowy, jak się wydawało, wariant – sprzedaży bezpośrednio lub przez tzw. ofertę publiczną, czyli giełdę. Tym kanałem miały być upłynniane większe obiekty, dla mniejszych otwarto tzw. likwidację przez ratalny wykup. Z myślą o stworzeniu warstwy kapitalistycznej uznano, że we wszystkich przypadkach główny strumień akcji zostanie skierowany do inwestorów wewnętrznych.
Chociaż majątek państwa miał być sprzedany głównie krajowcom, to jednak, gdy ruszyła pierwsza transza, w latach 1990-1992, większość specjalnie wyselekcjonowanych obiektów trafiła do zagranicznych właścicieli. Podobno udzielono tych preferencji zagranicznym inwestorom, żeby przekonać obywateli do inwestycji. Być może manewr ten kogoś z obywateli przekonał, tyle, że sprzedaż w tym trybie dalej została skierowana prawie wyłącznie w zagraniczne ręce.
Dla ścisłości, w latach 1990-1992, w procesie prywatyzacji pojawiły się też zalążki dużego krajowego kapitału, skupiające producentów z różnych branż w tzw. holdingi. Nie wynikało to z preferencji aktualnych władz, ale raczej było konsekwencją procesów, które zaczęły się już w ostatnim roku rządów Rakowskiego. Przez jakiś czas krajowe holdingi wchłaniały nowe obiekty, ale w końcu same stały się przedmiotem zagranicznych przejęć (nawet tak dynamiczna grupa jak Elektrim).
Pod kontrolę zagraniczną przeszły też w końcu zasoby przekazane w 1995 r. na rzecz tzw. funduszy inwestycyjnych, wprowadzonych jako namiastka powszechnego rozdawnictwa. Obywatele otrzymali równe certyfikaty, które musieli następnie zamienić na udziały w jednym z funduszy restrukturyzujących przydzielone im przedsiębiorstwa. Po dwóch-trzech latach, fundusze skonsolidowały te udziały na tyle, by zacząć systematycznie wyprzedawać je zagranicznym inwestorom.
Efekty tej wielotorowej wyprzedaży, jeśli chodzi o przemysł, dały o sobie znać już w 1997 r., gdy obcy udział wyniósł 15 procent. Prawdziwa lawina wyprzedaży ruszyła w roku 1999. Stało się tak głównie, dlatego, że po raz pierwszy wystawiono do prywatyzacji sporo obiektów o bardzo dużej skali, polskie giganty. Na skutki nie trzeba było długo czekać, gdyż pod koniec 1999 r. udział obcego kapitału w przemyśle przekroczył 40 procent, a w 2000 r. doszedł do 50 procent.
Plany sprzedaży na najbliższe lata są niemniej ambitne, mają pójść resztki przejętej przez Francuzów telekomunikacji oraz energetyka, na którą ochotę mają zwłaszcza Niemcy. Nieprzerwanie szuka się też zagranicznych nabywców na huty stali oraz kopalnie węgla. Udział obcego kapitału może całkiem łatwo dojść do 60-70 procent przed rokiem 2003, gdy najprawdopodobniej nie zostanie już nic ważnego do prywatyzacji (może tylko jeszcze państwowe koleje).
Jeśli chodzi o banki, to na początku reform były one praktycznie wyłączone ze sprzedaży dla zagranicy; zmiana nastąpiła dopiero po sprzedaży Banku Śląskiego w 1994 r. W 1997 r., udział sektora zagranicznego w bankowości wciąż jeszcze wynosił poniżej 20 procent. Ale już pod koniec 1999 r. kontrola zagraniczna banków, mierząc tzw. aktywami wyniosła 56 procent, a biorąc za podstawę obliczeń tzw. kapitał własny -65 procent, a obecnie, czyli w 2001 r., aż 75 procent.
Wolniej odbywa się przejmowanie sektora ubezpieczeniowego, gdyż dopiero w 1999 r. sprzedano pierwsze udziały państwowego monopolisty, PZU. Ale, zanim doszło do tej -wstrząsanej sporami – sprzedaży, udział zagraniczny już był pokaźny, przede wszystkim dzięki tworzeniu własnych sieci. Można szacować, że przed sprzedażą ten udział był w granicach 30 procent, tak, że po prywatyzacji PZU podniósł się on do 45 procent, z tym, że lada moment może się dalej podnieść. Podczas gdy w finansach – ubezpieczeniach i bankowości – pewna część obcych udziałów pochodzi z zakładania własnych sieci, w przemyśle budowa zagranicznych fabryk pod klucz jest minimalna. Nawet w tak dynamicznej dziedzinie jak motoryzacja, powstała tylko jedna średniej wielkości wytwórnia w Gliwicach, General Motors. Główny producent, włoski Fiat, poprzestał na modernizacji Tych, a zbankrutowany Daewoo pozostawił na wpół rozgrzebany Żerań.
Owszem, napłynęły z zagranicy spore „świeże” inwestycje do Polski, ale głównie w sektorze handlu. Skala ich jest taka, że gwałtownie rugowana jest lokalna sieć handlu detalicznego, która przetrwała nawet czasy komunizmu. Jak dotąd, zagraniczni inwestorzy interesują się głównie supermarketami, które już w tej chwili zapewniają im około 25 procent całych obrotów. Przy obecnym tempie, handel zostanie niedługo zdominowany przez zagranicę tak jak przemysł czy finanse.
Tło regionalne
Patrząc na resztę Europy Wschodniej, rzucają się w oczy Węgry, najbardziej zaawansowane w wyprzedaży zagranicznej. W 1999 r. zagranica miała pod swoją kontrolą 70 procent sektora bankowego, czyli całą jego finansowo zdrową część (Załącznik 1). W przemyśle udział ten też był już wtedy w 70 procentach zagraniczny, przy czym znowu poza zasięgiem obcych inwestorów znalazły się zakłady borykające się z trudnościami – utrzymywane przy życiu przez budżet.
Ścieżkę szybkiej wyprzedaży za granicę przyjęły też byłe republiki bałtyckie, w tym zwłaszcza Estonia, gdzie udział obcego kapitału jest bliski 80 procent, tak w przemyśle, jak i w bankach.
W innych krajach bałtyckich – Łotwie i Litwie – udział ten w przemyśle jest niższy, ale w sektorze bankowym sytuacja jest podobna (przy czym większość kapitału bankowego w tych trzech krajach została przejęta przez dwa szwedzkie banki, niedawno zresztą połączone w jeden bank).
W krajach, w których prywatyzację oparto na kuponowym rozdawnictwie, przejmowanie zasobów przez zagranicę okazało się wolniejsze. Tak się stało w Czechach, choć zasoby przekazane na bezpłatny rozdział obywatelom równały się wartościowo tym wystawionym na sprzedaż. Mimo tych początkowych komplikacji, w 1999 r. obcy kapitał kontrolował 35 procent przemysłu oraz 45 procent bankowości, gdzie udział ten nagle podniósł się do 65 procent w 2001 r.
W Rosji, gdzie przyjęto za wzór czeski program, fabryki oraz banki zostały przejęte głównie przez kierownictwo oraz załogi, nie zostawiając nic dla większości obywateli. Główna część kapitałów została następnie wyprowadzona by zasilić biznesy krajowych tzw. oligarchów, wywodzących się z dawnej nomenklatury. Oligarchia musiała, choć tylko częściowo, wesprzeć się na zagranicy ze względu na nielegalny charakter bardzo wielu operacji (np. prania pieniędzy).
Gdy w Rosji wyłonił się swego rodzaju „nomenklaturowy kapitalizm”, w Bułgarii czy Rumunii – ale również na Ukrainie – była nomenklatura przejściowo utrzymała kontrolę produkcji, ale bez prawa własności. Słabsza od swych rosyjskich odpowiedników, nomenklatura także musiała ulec – od dwóch lat zaczęła się wyprzedaż. W Bułgarii i Rumunii, większość banków jest już przejęta przez zagranicę, a na Ukrainie, obcy, głównie Rosjanie, wykupują przemysł, zwłaszcza ciężki.
Szczególnie trudny, jeśli chodzi o zagraniczne przejęcia okazał się wariant przyjęty w byłej Jugosławii, gdzie postanowiono zmienić tzw. samorządowy model przez sprzedaż akcji pracownikom. Widać to w Serbii, gdzie dotąd właściwie brak obcego kapitału, a akcje znalazły się przeważnie w rękach załóg i dyrekcji. Z kolei, w Słowenii, gdzie prywatyzacja została właściwie zakończona, udział zagranicy w przemyśle jest w granicach 15 procent, a w bankach – 10 procent.
Chorwacja oraz Bośnia, stanowią przykład gdzie załamał się ten samorządowy model. Jeśli chodzi o samą Bośnię, to w wyniku wojny stała się ona międzynarodowym protektoratem, w ramach, którego dano preferencje zagranicznym nabywcom, głównie w górnictwie. Podobnie stało się w Kosowie, a Serbia, jako przedmiot ataku, omal nie podzieliła losu swej prowincji. To może zabrzmieć drastycznie, ale tworzenie protektoratów jawi się jako alternatywna metoda prywatyzacji.
Najbardziej trudny dla inwestorów zagranicznych okazał się model Chin, gdzie po prostu nie doszło do prywatyzacji. Chiny uczyniły swoją gospodarkę nie mniej prywatną niż Europa Wschodnia, prawie wyłącznie przez zezwolenie własnym obywatelom na otwieranie biznesów. Te biznesy okazały się tak prężne, że zupełnie przyćmiły sektor publiczny, który utrzymano w dużym stopniu z pomocą zagraniczną, gdyż głównie tam zezwolono na zagraniczne inwestycje.
Wariant budowy kapitalizmu bez prywatyzacji był dostępny dla Polski jak i dla reszty Europy Wschodniej. Żadne czynniki ekonomiczne teoretycznie nie przemawiały za tym, że tylko Chiny mogły pójść tą drogą. Na pewno nie ma to nic wspólnego z tym, że Chiny są wielkie a Polska, czy inne gospodarki regionu, małe. Chętnie używają tego argumentu polscy tzw. liberałowie, choć oczywiście w ekonomii liberalnej nie ma osobnych teorii dla małych i dużych gospodarek.
Wysuwa się też argument, że Chiny są inne, gdyż nie przechodzą politycznej transformacji. Ciągle działa tutaj monopartia, nikt też o nic nie pyta rządzonych. Tyle, że w Europie Wschodniej też nie doszło do referendum w sprawie prywatyzacji, a zwłaszcza wyprzedaży za granicę. Co więcej, w odróżnieniu od Polski czy Czech władze chińskie nie starały się narzucić doktrynerskich programów. Mniej demokratyczne Chiny wybrały, więc bardziej demokratyczną drogę reform ekonomicznych.
Reszta świata
Wychodząc poza świat byłego komunizmu, można zacząć od gospodarki Irlandii, która stanowi ulubiony przykład tzw. liberałów. Ich zdaniem, wyjątkowo szybko rozwijająca się Irlandia to dowód na to, że strategia wyprzedaży zagranicę jest najbardziej racjonalna dla kraju, który, jak Polska, startuje do kapitalizmu z poważnym opóźnieniem. W Irlandii 40 procent kapitału przemysłowego jest obecnie w rękach zagranicznych, a w bankach ten udział wynosi nawet 50 procent.
Gdyby jednak przyjrzeć się średniej dla całej Unii Europejskiej, to obraz ten wygląda zupełnie inaczej. Udział obcego kapitału w przemyśle nie wykracza poza 15 procent (w Niemczech jest on poniżej 10 procent). W bankach stanowi on średnio tylko 13 procent (ale w Austrii – 4 procent, a w Niemczech niewiele więcej). W Hiszpanii oraz Portugalii, bardziej zbliżonych gospodarczo do poziomu rozwoju Europy Wschodniej, udział zagraniczny w bankach wynosi poniżej 15 procent.
Jeszcze większy kontrast można dostrzec w nie bankowych finansach, jak np. w ubezpieczeniach. W krajach unijnych w ubezpieczeniach dominuje własny kapitał, często publiczny. W Europie Wschodniej, w tym również w Polsce, bez najmniejszych przeszkód wpuszcza się obcy kapitał do tego sektora. Węgry zdołały już całkowicie pozbyć się własnych ubezpieczeń, a Czechy właśnie sprzedały obcemu inwestorowi swego państwowego monopolistę ubezpieczeniowego.
Prawdziwym ewenementem jest rynek emerytalny, który w Europie Zachodniej opiera się głównie na państwowych systemach składkowych. W Europie Wschodniej podobny system zastępowany jest przez tzw. chilijski model, w którym prywatne – otwarte – fundusze emerytalne inwestują wpłaty. Tak się stało w Estonii, na Węgrzech, a ostatnio – w Polsce, przy czym we wszystkich przypadkach nowo tworzone fundusze są głównie pod kontrolą zagranicznych inwestorów.
Tak wysokiej penetracji gospodarki przez obcy kapitał nie tylko nie można spotkać w Europie Zachodniej, ale nigdzie prywatyzacja nie została skazana na zagranicznych inwestorów. Nie została skazana z pewnością w Austrii, gdzie w trakcie zaczętej w końcu lat 60-tych masowej prywatyzacji żaden znaczący zakład czy bank nie został sprzedany zagranicznym nabywcom. Podobnie w Wielkiej Brytanii, na której to przykładzie ponoć oparli się dzielni polscy reformatorzy.
Prawie bez wyjątku, obcy kapitał musiał budować obiekty i sieci od podstaw, także w Irlandii, gdzie, jak podałem, obcy udział własnościowy w bankowości jest bardzo wysoki, tyle, że zagraniczne banki powstały prawie wyłącznie z nowych inwestycji. Stare irlandzkie, w sensie własności, banki dalej, więc obracają głównie lokalnymi oszczędnościami, natomiast napływowe zagraniczne instytucje finansowe pracują głównie na wkładach, które napływają z zagranicy.
W średnio rozwiniętej, podobnie jak Polska, Turcji, obcy kapitał też kierowany jest nie na wykup, ale głównie w budowę nowych obiektów. Przez ostatnich dziesięć lat tureccy inwestorzy nabyli 85 procent prywatyzowanego majątku. Skorzystały zwłaszcza rodzinne konglomeraty, łączące produkcję i sprzedaż z finansami. Daje to im kontrolę nad całą gospodarką do tego stopnia, że są w stanie dosyć skutecznie tamować ewentualną inwazję zagranicznego kapitału.
Jeśli chodzi o pozaeuropejskie kraje średnio rozwinięte to sytuacja w Europie Wschodniej różni się też od krajów Azji Wschodniej. W Korei Południowej udział obcego kapitału w przemyśle czy bankach nie przekracza 5 procent. Podobnie jak na Tajwanie, gdzie np. w bankach jest 4 procent obcego kapitału, a blisko 60 procent należy ciągle do państwa. W Malezji rola obcego kapitału w bankach jest większa – na poziomie 17 procent, a najwyższa chyba na Filipinach -35 procent.
Trendy, widoczne w Europie Wschodniej, są natomiast bardzo zbliżone do zmian w Ameryce Łacińskiej, gdzie od lat trwa masowa prywatyzacja, w tym w bankowości. Np. w Brazylii, w wyniku prywatyzacji, obcy udział wynosi na razie 15 procent, ale rośnie; w Meksyku jest on bliski 35 procent, podobnie zresztą jak w Chile. W Argentynie odpowiedni udział osiągnął już 40 procent, a w Wenezueli, ostatnio, zaledwie po dwóch latach prywatyzacji banków, aż 55 procent.
Silne podobieństwa można też znaleźć w sferze ubezpieczeniowej, oraz w dziedzinie emerytur. Dotyczy to zwłaszcza Chile, gdzie 50-60 procent zasobów funduszy jest kontrolowane przez zagranicznych udziałowców, przy czym narzuty za obsługę premii sięgają 25 procent. Zagraniczny kapitał ma kontrolę nad 30 procentami rynku emerytalnego w Ameryce Łacińskiej (większość tych środków pozostaje przy tym w gestii jednego banku amerykańskiego, czyli Citibanku).
Wybierając sprzedaż większości własnych kapitałów zagranicznym inwestorom, Polska nie zbliżyła się bynajmniej do Europy Zachodniej, choć taki był zamiar. Weszła natomiast na drogę, na której znalazły się kraje Ameryki Łacińskiej, gdzie, jak widać, prywatyzacja – choć wolniej – prowadzi głównie do obcych przejęć. W ten sposób, można powiedzieć, następuje nie tyle oczekiwana „europeizacja” polskiego kapitalizmu, ale jego swoista „latynizacja”.
Podsumowanie
Obraz, który się wyłania z międzynarodowych porównań podważa rozpowszechniony pogląd, że Polska przyjęła jedyną dostępną drogę zmian własnościowych. To, co się stało nie było żadną historyczną koniecznością w tym sensie, że żadne teoretyczne rozwiązanie z wyjątkiem przyśpieszonej, masowej prywatyzacji opartej na wyprzedaży większości majątku za granicę nie dawało nadziei na stworzenie dynamicznej gospodarki, w której rośnie ogólny dobrobyt.
Na to, że ten szeroko przyjęty pogląd jest mitem – nazwijmy go mitem nieuchronności – wskazuje chociażby fakt, że wśród byłych komunistycznych krajów Słowenia, zamiast prywatyzacyjnego wynarodowienia, wybrała wariant narodowej prywatyzacji. Choć zwolennicy masowej wyprzedaży majątku za granicę bardzo krzywią się na porównania z Chinami, przykład budujących kapitalizm Chin również dowodzi, że, choćby teoretycznie, istniał jeszcze inny wybór.
Jedyny współczesny model budowy kapitalizmu, który się naprawdę sprawdził wśród średnio rozwiniętych krajów przyjęła dotąd Azja Wschodnia. W żadnym zaś razie Ameryka Łacińska, którą prześladują niepowodzenia. To, że w Azji Wschodniej kapitał pozostał własny a w Ameryce Łacińskiej właśnie trwa jego radykalna wyprzedaż na rzecz zagranicy, może sugerować, że przyjmując „latynoski” wariant, Polska zeszła być może na prawdziwe gospodarcze bezdroża.
Ta „latynoska” ścieżka reform nie może być dla Polski optymalna, nawet gdyby przyjąć, że to jest przejściowa faza, w której społeczeństwo ma się nauczyć kapitalizmu od obcych. Trudno jest bowiem zrozumieć jak ma się ono nauczyć być kapitalistami bez własnego kapitału, czy to nie jest jak lekcja pływania bez wody. Wygląda, więc na to, że nie chodzi o jakąś fazę przejściową, ale raczej o bardzo trwałą sytuację. I jako taką trzeba też ją chyba dzisiaj oceniać.
ROZDZIAŁ DRUGI
SPRZENIEWIERZONY MAJĄTEK
Wielu ekonomistów nalegało, aby majątek państwa rozdać równo obywatelom, którzy go stworzyli, ale zamiast tego, niejako w imieniu obywateli, państwo w istocie rozdało cały ten majątek cudzoziemcom.
Skoro zagranicy sprzedawany jest wspólnie wytworzony majątek, jego wycena powinna być znana publicznie, ale nie jest. Ciągle mało, kogo ten fakt oburza, gdyż przyjął się pogląd, że komunizm zostawił złom. Cena nie jest ważna, ważne jest to, by mało warte fabryki i banki oddać w dobre ręce. Bez względu na to, jaka jest prawda, należy jednak zbadać jak wyceniono narodowy majątek. Ponieważ chodzi o zbiorowe wywłaszczenie, kalkulację tę nazywam „rachunkiem wywłaszczenia”.
Szok cenowy
Proponuję zacząć od zapoznania się z przychodem za sprzedany majątek państwa, bo takie dane są łatwo dostępne z budżetu państwa. Za cały okres 1990-1999, gdy sprzedano mniej więcej połowę sektora przemysłowo-bankowego, wpłynęło około 9-11,5 miliardów dolarów. Należy, więc przyjąć, że w momencie zakończenia procesu prywatyzacji, powiedzmy w roku 2004, przychód z prywatyzacji w najlepszym razie ulegnie podwojeniu do łącznej sumy równej 18-23 miliardów dolarów.
Można by powiększyć stronę wpływów, gdyż zagraniczni inwestorzy pozyskują kapitał nie tylko od państwa, ale też z zakupów giełdowych, czy z zamiany długów. Należałoby wtedy jednak odjąć koncesje państwa na rzecz obcych nabywców (np. ulgi podatkowe, czy wyłączenia celne). Nikt nigdy nie zadał sobie trudu, żeby wyszacować wartość tych zachęt finansowych, choć nie można wykluczyć, że mogą one z upływem lat dorównać wpływom ze sprzedaży majątku zagranicy.
Trzymajmy się jednak tej sumy 18-23 miliardów, która zostanie uzyskana z wyprzedaży, i zastanówmy się czy suma ta może być adekwatna do wartości kapitału. Ponieważ kapitał powstaje z nieskonsumowanej części dochodu narodowego, czyli z oszczędności, najlepiej jest porównać ten przychód z rocznymi oszczędnościami. Stanowią one 20 procent dochodu narodowego, np. w 1998 r., przy dochodzie ok. 160 miliardów dolarów, wyniosły 32 miliardy dolarów.
Wynikałoby stąd, że polski majątek sprzedawany jest za mniej niż roczne oszczędności. Przy takiej cenie, Polacy mogliby kupić swój dotąd „własny” kapitał stosunkowo małym wysiłkiem, bo roczne oszczędzanie 20 procent dochodów to nie jest niesłychane wyrzeczenie. Żeby te oszczędności trafiły do faktycznych nabywców kapitału, potrzebne byłoby pośrednictwo banków, ale nawet niewydolne banki, mogłyby z pewnością zrobić to wszystko w ciągu – powiedzmy -dwóch, trzech lat.
Gdyby ktoś miał nadal wątpliwości, że majątek sprzedawany jest za śmiesznie niskie ceny proponuję, żeby się zastanowił co by było gdyby np. Austria zaoferowała swoje banki i fabryki Polsce za ekwiwalent swoich rocznych oszczędności. Skoro jej gospodarka jest dwa razy większa od polskiej, Polska mogłaby, na polskich warunkach, za swoje dwuletnie oszczędności, wykupić austriacki przemysł i banki, przy czym, nie byłby to już jakiś ewentualny komunistyczny szmelc. Powyższa operacja byłaby absurdalna, gdyż przy właściwej – rynkowej – wycenie, nie można by kupić Polskich banków/fabryk za roczne oszczędności, ani tych w Austrii za dwuletnie. Stworzenie kapitału, w każdym przypadku, wymagało wykorzystania wieloletnich oszczędności. Gdyby przyjąć, że zbudowanie polskiego kapitału wymagało inwestowania narodowych oszczędności przez dziesięć lat, to wypadłoby, że jest on sprzedawany za 10 procent prawdziwej wartości.
To wyliczenie, choć przybliżone, właściwie powinno wystarczyć, ale można sięgnąć do innej – bardziej dokładnej -metody, przez wykorzystanie koncepcji tzw. współczynnika kapitałochłonności. Określa on liczbę jednostek kapitału niezbędną do wytworzenia jednej jednostki dochodu narodowego rocznie. W przemyśle z reguły wynosi on trzy lub cztery, czyli że potrzeba trzech bądź czterech dolarów kapitału, by rocznie wytworzyć jednego dolara dochodu narodowego.
Przyjmijmy, że współczynnik kapitałochłonności w bankowości jest taki jak w przemyśle, oraz, że te dwa sektory dają połowę rocznego dochodu Polski, a więc połowę 160 miliardów dolarów, czyli 80 miliardów dolarów. Gdyby przyjąć współczynnik równy 3/1, wtedy, by rocznie wyprodukować taką wartość, sektory te musiałyby dysponować majątkiem wartym trzy razy więcej, czyli 240 miliardów dolarów, albo 360 miliardów dolarów, gdyby przyjąć współczynnik 4/1 (Załącznik 2).Chciałbym tutaj przypomnieć, że identyczne założenia przyjęli Niemcy Zachodni, kiedy zabrali się do prywatyzacji majątku Niemiec Wschodnich. Stosując współczynnik 3/1 ustali, że pozostawiony przez komunizm zasób wart był 320 miliardów dolarów, czyli zbliżony był do tego, który wyliczyłem dla Polski. Ma to sens, gdyż dochód narodowy obu go- spodarek, mimo dużej różnicy w poziomie ich populacji, był bardzo zbliżony w momencie, gdy upadał w nich system komunizmu.
W kontekście mojej analizy całkiem jałowe jest zastanawianie się, w jakim stopniu majątek Polski, czy Niemiec Wschodnich, był fizycznie zużyty. Faktem jest, że zwłaszcza w Polsce, w wyniku załamania inwestycyjnego w końcówce komunizmu, kapitał trwały – w tym maszyny – był bardzo zużyty fizycznie. Zastosowany tutaj współczynnik wartości kapitału przypadający na jednostkę dochodu narodowego, odnosi się jednakowoż nie do zużytego, ale do niezużytego kapitału.
Teraz można już bliżej ustalić, jaki okres oszczędzania był niezbędny dla stworzenia kapitału, który zostawił komunizm. Wystarczy podzielić faktyczną wartość kapitału, 240-360 miliardów dolarów przez roczne oszczędności wynoszące 32 miliardy dolarów. Wypada, że taki zasób kapitału wymagałaby 7,5 albo nawet 11 lat oszczędzania. Wynikałoby więc stąd, że kapitał polskich banków i fabryk idzie za granicę za około 9-12 procent jego faktycznej wartości.
Wieczny wyciek
Nie wystarczy zbadać sam sposób wyceny sprzedawanego majątku, gdyż ze sprzedażą wiąże się jednocześnie przekazanie tytułu do wywozu dochodów z kapitału. Ci, którym nie przeszkadza wyprzedaż dowodzą, że taki wywóz jest nierealny, gdyż inwestorzy będą reinwestować dochody. Ale nawet gdyby gospodarka była wyjątkowo atrakcyjna, odpływ taki jest nieunikniony, gdyż w realnym świecie pieniądze inwestuje się nie po to żeby inwestować, ale także żeby konsumować.
Aby rachunek wywłaszczenia był pełny należałoby uwzględnić odpływ głównej formy dochodów z kapitału -zysków, jak również tzw. rent, które powstają, gdy rynki są niedoskonałe. Prawda jest, bowiem taka, że choć rynki zastąpiły plany, zachowana została ogromna monopolizacja gospodarki. Zagraniczni inwestorzy nabyli nie tylko państwowy kapitał, ale przejęli jednocześnie pozycje monopolistyczne, oraz związane z nimi renty, które należały kiedyś do partii/państwa.
Państwo, jako druga obok rynku główna instytucja, też jest niedoskonałe, otwierając kolejne możliwości osiągania rent. Dowodem na obecność tych, nazwijmy je, państwowych rent może być dopiero, co przeprowadzona analiza zdyskontowanej sprzedaży majątku zagranicznym inwestorom. Albowiem, gdyby się bliżej zastanowić, finansowe korzyści, jakie zagraniczni nabywcy odnieśli na skutek państwowego „upustu” cenowego, to też rodzaj monopolistycznej renty.
W ostatecznym rachunku źródłem rent – czy to rynkowych, czy państwowych – są płace. W przypadku tych rynkowych, płace są np. drenowane przez wygórowane ceny narzucane przez monopolistów. W przypadku rent państwowych również cierpią płace, gdyż nie płacąc podatków, bądź zawyżając koszty wykonawstwa w ramach zamówień rządowych, ci sami monopoliści uszczuplają środki na uzupełnienie płac (np. w formie bezpłatnego lecznictwa, czy ogólnego szkolnictwa).
Ponieważ nie można liczyć na to, że zyski/renty będą stale reinwestowane w kraju, państwo mogłoby próbować zablokować odpływ dochodów za granicę. To prawda, że istnieje taka teoretyczna możliwość, gdyż zagraniczne firmy ze względu na swą lokalizację podlegają miejscowej legislacji. Ale przecież nie można traktować tej możliwości serio, gdy państwo właśnie dowiodło półdarmową sprzedażą majątku, że wcale nie liczy się z potrzebami narodowej gospodarki.
Zresztą dominująca pozycja obcego kapitału pozwala mu na „szantaż gospodarczy” państwa, a na dodatek kapitał ten jest bardzo trudny do kontrolowania. Z łatwością może on wyprowadzać swoje zyski/renty choćby przez manipulacje w handlu zagranicznym, który już dzisiaj jest w 2/3 w obcych rękach. Robi się to przez tzw. ceny transferowe (zawyżając ceny swych dostaw importowych z własnych filii oraz zaniżając ceny opartego o ten przywóz eksportu do tychże filii).
Inną możliwość niewidzialnego wywozu stwarzają zagraniczne banki. Ze względu na ciągle bardzo „drogi” krajowy kredyt, banki te przechwytują zyski/renty z reszty gospodarki. Stąd może fakt, że w ostatnich latach realna wartość giełdowa spółek przemysłowych malała, a bankowych rosła. Wywóz tych przychodów jest możliwy przez ukartowane transakcje między polskimi a zagranicznymi bankami-matkami, wykazującymi zawyżone, albo nieistniejące, koszty własne.
Żeby się zorientować, o jakim wycieku mówimy, można przyjąć, że czyste zyski to 10 procent dochodu narodowego. Skoro banki i przemysł dają połowę dochodu, przypada na nie połowa zysków, czyli 5 procent dochodu narodowego. Zagraniczni inwestorzy zdobyli tytuł do tych 5 procent, a wraz z rentami może łącznie nawet do 10 procent. Przy 160 miliardach dolarów dochodu narodowego, chodzi o potencjalną sumę rzędu 16 miliardów dolarów – sumę rosnącą wraz z gospodarką.
Już dzisiaj, w połowie drogi do pełnej wyprzedaży, drenaż zysków z Polski (nie uwzględniając rent) można szacować na 2-3 miliardy dolarów (Rutkowski 2001). Jest to bardzo realistyczna ocena, gdyż na Węgrzech, z jedną trzecią polskiego dochodu narodowego, w 1998 r. z tytułu repatriacji dochodów z zagranicznego kapitału, bilans płatniczy pogorszył się o 1.5 miliarda dolarów. W związku z tym, rząd węgierski został zmuszony do zaciągania kredytów, oczywiście zagranicznych.
Ten odpływ zysków/rent jest przy tym jednokierunkowy, gdyż Polska, podobnie jak Węgry, nie tworzy za granicą większych zasobów kapitałowych. W 1998 r. Europa Wschodnia wydała zaledwie 1/4 miliardów dolarów na zakup kapitału zagranicą, oczywiście bez żadnego dyskonta. To jest nic w relacji do sprzedaży, gdyż w tymże roku region sprzedał kapitał wart 54-63 miliardy dolarów ze średnim dyskontem na poziomie dziewięćdziesiąt procent za ok. 5-6 miliardów dolarów.
Zupełnie inna jest sytuacja w Europie Zachodniej, gdzie nawet słabiej rozwinięta Hiszpania zaczęła właśnie wykazywać dodatni bilans kapitałowy, głównie przez inwestycje w Ameryce Łacińskiej. Niedawno sprywatyzowana hiszpańska Telefonica przystąpiła tam do akwizycji za 27 miliardów dolarów. Za tą sumę mogłaby ona „kupić” Polskę, choć chodzi tylko o jedną firmę, której biznes nie tak dawno był tylko parę razy większy od jej prywatyzowanego polskiego odpowiednika.
Jałowa machinacja
Żeby dokończyć „rachunek wywłaszczenia”, należałoby się jeszcze zastanowić, czy w zamian za wyzbycie się zysków/rent Polska skorzysta z wyższej wydajności kapitału. Można założyć, że zagraniczni kapitaliści są lepiej przygotowani do użytkowania kapitału. Ale po to, żeby wyprzedaż miała sens, te ewentualne korzyści w formie wyższej wydajności musiałyby dać efekt produkcyjny większy od łącznych strat na darmowej wyprzedaży kapitału oraz rocznym drenażu zysków/rent.
Pobieżna analiza sugeruje, że jest mało prawdopodobne, żeby korzyści z wydajności usprawiedliwiły masową wyprzedaż obcym, gdyż nie widać jakiegoś skoku w inwestycjach. Tylko wtedy jednak mogłaby nastąpić niezbędna poprawa wydajności, gdyż lepszą technikę wdraża się głównie przez inwestycje. Nie widać też, żeby inwestycje szły do dziedzin, gdzie koncentrują się zmiany techniczne; odwrotnie często ma miejsce likwidacja nowoczesnych dziedzin produkcji, np. elektroniki.
Kto wie, czy wejście obcego kapitału nie doprowadzi do trwałego cofnięcia technicznego, gdyż malejący wysiłek inwestycyjny prowadzi do upadku tzw. zaplecza badawczego. Gwałtownie spadła liczba naukowców oraz wysokość nakładów, czego wyrazem jest spadek liczby krajowych patentów. Liczba zgłoszonych do opatentowania wynalazków spadła z 4100 w 1990 r. do 2800 w 1995 r., o jedną trzecią (na Węgrzech ta liczba spadła w 1990-1995 z 2300 do 1100, czyli o ponad połowę).
Dobitny jest przykład ABB (Hofheinz 1994), która kupiła 58 fabryk silników w Europie Wschodniej, w tym prawie wszystko, co miały Polska i Czechy. Nie odnowiono produkcji, wystarczyła reorganizacja, na którą wydano -głównie w formie wynagrodzeń dla własnych kierowników – 300 milionów dolarów, czyli ok. 20 milionów dolarów na jedną nabytą fabrykę. Polski potentat Zamech, były rywal, stał się podrzędną bazą, prawie bez samodzielnych linii produkcyjnych.
Te informacje to oczywiście zbyt mało, żeby formułować solidne wnioski na temat efektów wyprzedaży majątku, zacznijmy więc kolejny etap „rachunku wywłaszczenia”. Mianowicie, spróbujmy ustalić, gdzie znalazłaby się gospodarka, gdyby w ogóle nie doszło do prywatyzacji a utrzymałby się trend w produkcji widoczny w końcówce komunizmu, czyli za Jaruzelskiego, pozostawiając na boku kwestię ewentualnych różnic w strukturze produkcji (tj. jakości i asortymentu wyrobów).
Dla polskich tzw. liberałów takie sięganie do przeszłości jest nie do pomyślenia, gdyż ich zdaniem gdyby nie ostatnie reformy rynkowe, nastąpiłby w Polsce istny koniec świata. Nie ma jednak dowodu na to, że groziła apokalipsa. Z pewnością produkcja mogłaby dalej rosnąć 4 procent jak w latach 1983-1989. Przyjmując 4 procent, zaczynając od punktu gdy gospodarka dźwignęła się już z kryzysu lat 1990-1992, wpadłoby, że w 2004 r. dochód narodowy wyniósłby około 190 miliardów dolarów. A gdzie byłaby Polska, gdyby nic nie straciła na sprzedaży majątku z 90-procento-wym dyskontem. Przyjmując za podstawę 240 miliardów dolarów faktycznej wartości kapitału, ta strata wynosi 216 miliardów dolarów. Gdyby cała ta suma została zainwestowana, przy współczynniku kapitałochłonności 3/1, dochód narodowy podniósłby się o jedną trzecią, czyli o około 72 miliardy dolarów. Mielibyśmy, więc w 2004 r. nie 190 ale raczej 262 miliardów dolarów dochodu narodowego.
Wyższa wydajność musiałaby, więc zapewnić przynajmniej ten sam poziomu dochodu narodowego, a także dodatkowy przyrost wyrównujący coroczny wyciek za granicę zysków/rent. Gdyby przyjąć, że wyciek stanowi 10 procent wartości całego dochodu narodowego, wtedy dodatkowy przyrost dochodu narodowego musiałby wynieść około 26 miliardów dolarów, dając końcowy poziom wymaganego dochodu narodowego w 2004 r. równy 262 + 26, czyli 288 miliardów dolarów.
Można teraz łatwo sprawdzić, czy Polska znajdzie się na takim poziomie rozwoju w 2004 r., kiedy zakończy się już proces prywatyzacji. W tym celu załóżmy optymistycznie, że w okresie 1999-2004 r. gospodarka rośnie nie 4 ale 5 procent rocznie, czyli więcej niż w ostatnich dwóch latach. Przy takim tempie dochód narodowy osiągnie tylko 210 miliardów dolarów, zabraknie więc 78 miliardów dolarów by pokryć straty z wyprzedaży oraz wyrównać drenaż zysków/rent.
Ale nie można wykluczyć, że 5 procent stopy wzrostu to zbyt optymistyczne założenie, albowiem są dowody, że gospodarka właśnie weszła w kolejny kryzys, drugi po tym z lat 1990-1992. Obym był złym prorokiem, ale jeżeli w kolejnym kryzysie – też dzieła Balcerowicza – produkcja spadnie nawet nie 20 procent jak w latach 1990-1992 ale 10 procent, wtedy Polska w 2004 r. osiągnie tylko 190 miliardów dolarów, czyli tyle ile miałaby bez półdarmowej wyprzedaży swego majątku za granicę.
Niewiele, więc trzeba, żeby się okazało, że tzw. liberałowie zaordynowali Polsce program budowy kapitalizmu, który nie da im żadnej namacalnej poprawy poziomu życia w porównaniu z rozwojem bez reform, natomiast zostawi społeczeństwo bez wypracowanego przez całe pokolenia kapitału. Nie pozostałoby wtedy nic innego do powiedzenia niż to, że ten program polega na wywłaszczeniu narodu z kapitału bez żadnej rekompensaty, lub prościej – na jego konfiskacie.
Podsumowanie
Można teraz wykazać bezzasadność kolejnej potocznej opinii dotyczącej reform ustrojowych, głoszącej jakoby Polacy musieli oddać majątek narodowy za bezcen w obce ręce, gdyż nie było ich stać na jego wykupienie. Skoro jednak Polacy stworzyli ten majątek to nie powinni mieć problemu, żeby przy odpowiedniej polityce prywatyzacji, wykupić go samemu. Nie mieli natomiast szansy na wykupienie wielokrotnie większego majątku trwałego Austrii, gdyż go przecież nie zbudowali.
Jakże obłudne jest mówienie o finansowej niemożności Polaków, w świetle tego, że majątek przemysłu i banków został sprzedany za jedną dziesiątą jego aktualnej wartości. Na to, żeby wykupić majątek po pełnych cenach Polacy potrzebowaliby sporo czasu, ale na tak nisko wyceniony majątek, wystarczyłyby roczne oszczędności społeczeństwa. Nie jest prawdą, że zostawiony przez komunistów kapitał był nic nie wart, prawdą jest, że on został sprzedany za bezcen, tyle, że nie Polakom.
Prawdziwa „nędza” transformacji wychodzi na jaw, gdy zrozumiemy, że sprzedając za nic, reformatorzy stracili środki na pomnożenie narodowego kapitału. Przy ekwiwalentnej sprzedaży, za każdy stary obiekt można by postawić dokładnie drugi tak samo stary, tak, że majątek by się podwoił. Wtedy nie musiałoby dojść do utraty kontroli nad majątkiem narodowym, gdyż jedno poszłoby do obcych a drugie trafiłoby do lokalnych właścicieli, więc podział byłby pół – na – pół.
Dopiero teraz, gdy Polska nie ma własnego majątku, pojawia się prawdziwy problem, jak lokalni inwestorzy mają zakumulować kapitał, zwłaszcza ten większej skali. Trudno to będzie zrobić bez zysków, zwłaszcza, że zagraniczni właściciele nie wpadną na pomysł, żeby zaproponować odsprzedaż banków i fabryk, skąd pochodzą zyski, za jedną dziesiątą wartości. Wymyślona przez tzw. liberałów niewydolność finansowa Polaków po komunizmie, jedynie teraz staje się faktem.
ROZDZIAŁ TRZECI
NIEKOMPLETNY KAPITALIZM
Odejście od komunizmu dokonało się głównie w sferze językowej, czy w wyobraźni, ponieważ tak naprawdę reformy ustrojowe pozostawiły pewne główne defekty komunizmu nietknięte
To, że w wyniku nieudolnych reform zamieniono w Polsce zwyrodniały komunizm na kapitalizm w jego absolutnie wynaturzonej wersji można najlepiej zrozumieć porównując nowy system nie tyle z sytuacją w ustabilizowanych krajach kapitalistycznych, co z powalonym właśnie komunizmem. A to, dlatego, że komunizm stanowi bezsporne wynaturzenie, więc można by się spodziewać, że jako wynaturzenie, „niekompletny kapitalizm” musi mieć z nim raczej wiele wspólnego.
Patologia społeczna
Nie od dzisiaj odczuwam głęboki niepokój jeśli chodzi o przebieg zmian ustrojowych w Polsce.
Od samego zarania reform znalazłem się w gronie tych amerykańskich ekonomistów, jak np. Murrell (1992), którzy z wielką rezerwą patrzyli na rozwój wydarzeń. W tej początkowej fazie przedmiotem naszych wątpliwości była skrajność „terapii szokowej”. Swym radykalizmem zbytnio przypominała komunistyczne kampanie szturmowe, nie wróżąc tym samym nic dobrego dla losów gospodarki.
Tak też się stało, gdyż w wyniku zbyt gwałtownych posunięć polska gospodarka wpadła od razu w głęboką recesję gospodarczą. Ale recesje są krótkotrwałe, przychodzi po nich rozwój, natomiast instytucje społeczne, gdy powstaną to łatwo nie odchodzą, w każdym razie nie bez silnego oporu. Debata nad recesją przesłoniła niestety ważniejszy fakt, że od pierwszej chwili reformy zaczęły rodzić chory kapitalizm, przekreślając szansę na prężny rozwój na dłuższą metę.
Kiedy zaczęła się transformacja, wyglądało na to, że reformy zapewnią wdrożenie jakiegoś wypróbowanego od dawna wariantu kapitalizmu. Więcej, wyglądało na to, że reformatorzy mają całkowicie wolny wybór jeśli chodzi o konkretną formę kapitalizmu. Zastanawiano się, więc, czy wybrać model tzw. anglosaski, gdzie rola państwa jest bardzo ograniczona, czy raczej tzw. kontynentalny model kapitalizmu, gdzie państwo jest bardzo aktywne, jak np. w Niemczech czy Francji.
W pierwszym roku transformacji sam zacząłem poważnie rozważać najbardziej prawdopodobny kierunek przemian ustrojowych w Polsce. Założyłem wtedy kilka możliwych rozwiązań, nawet taką ewentualność, że żaden z wypróbowanych wariantów kapitalizmu nie musi być wcale wprowadzony. Uznałem, że skoro nie tak dawno „przytrafił” się Europie Wschodniej taki groźny „niewypał” jak komunizm, nie można wykluczyć, że znowu coś może nie wypalić.
Jednym z niepożądanych wariantów byłby tzw. kapitalizm polityczny, w którym władza używana jest do zdobycia prywatnej kontroli nad publicznym kapitałem. W ten sposób nastąpiłoby automatyczne uwłaszczenie byłej nomenklatury, niejako na wzór wielu krajów, które doszły do kapitalizmu z pominięciem komunizmu (np. we Włoszech po ich politycznej unifikacji albo jeszcze wyraźniej w Turcji czy w Malezji, gdzie korpus oficerski zasilił szeregi kapitalistów).
Innym patologicznym wariantem, który należało brać pod uwagę byłby kapitalizm, w którym majątek państwa jest przejmowany głównie przez zagranicznych inwestorów. Wbrew deklaracjom na temat prześcigania rozwiniętego kapitalizmu, rządy komunistyczne nie wydobyły wschodnioeuropejskich krajów ze stanu ogólnego zacofania, w jakim w niego weszły. A, jak wiadomo, w zacofanych krajach znaczna część czynnego kapitału, znajduje się z reguły w rękach zagranicznych.
Dzisiaj widać, że transformacja nie odbywa się głównie drogą politycznego kapitalizmu, gdyż kapitał narodowy przejmowany jest nie przez byłe czy nawet nowe elity władzy, ale przede wszystkim przez zagranicznych inwestorów. Transformacja wepchnęła region na drogę tzw. zależnego kapitalizmu, jak to często ma miejsce właśnie w krajach zacofanych. Tyle, że w zacofanej gospodarczo Europie Wschodniej w grę wchodzi zagraniczna dominacja na zupełnie wyjątkową w historii skalę.
Upajając się samym faktem upowszechnienia prywatnej własności kręgi, tzw. liberalne twierdzą, że w Polsce rodzi się system, który być może odbiega od normy, od tego, co ma miejsce np. w Europie Zachodniej, ale nie jest bynajmniej wynaturzeniem. Odwrotnie, buduje się w Polsce „najwyższy etap kapitalizmu”, czyli kapitalizm globalny, gdzie kapitał jest rozproszony i anonimowy. W tej sytuacji wszelkie narzekanie na brak własnych kapitałów jest dowodem niezrozumienia nowych czasów.
Opinia, że powstaje „najwyższy etap kapitalizmu”, to zwykłe nieporozumienie, zapożyczone z marksowskiej idei internacjonalizmu. To marksowski internacjonalizm polityczny zakłada zanik odrębnych narodów oraz narodowych interesów. W tej fikcji, bez narodowi robotnicy – proletariusze – łączą się ponad głowami kapitalistów. W nowej fikcji, w której chodzi raczej o gospodarczy internacjonalizm, łączą się natomiast bez narodowi kapitaliści, nad głowami robotników.
Zamiast spekulować na temat tego, czy polskie reformy wydały „najwyższy etap kapitalizmu”, lepiej jest zastanowić się czy tworząc kapitalizm bez rodzimych kapitalistów nie zachowano głównej cechy komunizmu. Tą cechą jest nie tyle likwidacja prywatnej własności na rzecz publicznej, ale stworzenie nowej struktury społecznej. Z eliminacją prywatnej własności nastąpiła rzecz ważniejsza – usunięcie klasy kapitalistycznej, zwłaszcza tej z pokaźnymi zasobami kapitału.
Jeżeli uznać społeczną strukturę komunizmu za patologię, to rodzący się obecnie porządek też niestety stanowi patologię. W wyniku oddania większości kapitału nie odradza się, bowiem zniszczona przez komunizm burżuazja. Mimo niewątpliwego nawału reform, pozostała w Polsce spłaszczona – niekompletna – struktura społeczna z powalonego komunizmu. Pojawia się śladowy drobny kapitał, ale jego obecność nie stanowi istoty kapitalizmu, gdyż taki istniał nawet w ustroju feudalnym.
Dalszy regres
Podstawowa cecha komunistycznej patologii została w gruncie rzeczy nie tylko utrwalona ale i pogłębiona. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać niemożliwe, żeby kapitalizm, jako „naturalny” ład, który jednostki niejako tworzą same z siebie, mógł wyostrzyć patologie komunizmu. W istocie rzeczy, kapitalizm w jego najlepszej wersji bezsprzecznie góruje nad komunizmem w swej najlepszej formie, ale nie jest już tak bezsporne, że nawet w swej całkowicie wypaczonej wersji kapitalizm bezapelacyjnie góruje nad każdą formą komunizmu.
Tak jest w przypadku polskiego „niekompletnego”, czy „bezklasowego” kapitalizmu, gdyż dokonane właśnie przekazanie większości kapitału zagranicy wprowadza ważną zmianę w zastanych relacjach własności. Żeby jednak uchwycić ten aspekt transformacji, należałoby ustalić, kto za komunizmu sprawował władzę nad kapitałem, bo jak był kapitał, to musiał przecież do kogoś należeć, przynajmniej w sensie prawa decydowania o sposobie jego wykorzystania w produkcji.
Formalnie własność kapitału w komunizmie była publiczna, ale faktycznie znajdowała się w gestii partii, co zapewniał monopol władzy politycznej. Partia była, więc jedynym najemcą a społeczeństwo podporządkowaną siłą roboczą. Nie należy popadać w iluzję, że ponieważ majątkiem zarządzali niewybieralni partyjni, to majątek był niczyj. Taka niebezpieczna iluzja sugeruje, że w drodze prywatyzacji zagraniczni inwestorzy posiedli jedynie zupełnie bezpański kapitał.
Wraz z dokonującym się przejściem do „niekompletnego” kapitalizmu partia, jako sprawująca monopol władzy siła polityczna, traci w drodze prywatyzacji swoje funkcje kontrolne na rzecz siły ekonomicznej w postaci cieszących się monopolem własności obcych inwestorów. Jak widać, istotą zmian własnościowych jest wymiana – czy lepiej substytucja – aparatczyków partii, jako nieformalnych dysponentów, na zagranicznych – formalnych – właścicieli kapitału.
Komunizm wywłaszczył rządzonych na rzecz partii, ale kontrola nad majątkiem utrzymana była w ramach państwa narodowego, teraz natomiast wywłaszczeniu ulega cały naród, łącznie nawet z rządzącymi, więc kontrola kapitału wychodzi poza te ramy. Powinno się, więc raczej zaprzestać mówienia o prywatyzacji, co brzmi raczej pozytywnie, a zacząć mówić o masowym wywłaszczaniu całego narodu na rzecz obcych inwestorów – albo lepiej o „prywatyzacji przez wywłaszczenie”.
Niepodzielna kontrola kapitału pozwalała partii na drenowanie społeczeństwa, czynnika pracy, w celu akumulowania tzw. nadwyżki. W tym zachowaniu wyrażała się rola partii jako swoistego substytutu klasy kapitalistycznej, której głównym motywem jest maksymalizacja „wynagrodzenia” kapitału. Rozszerzała się też baza dla pomnażania kapitału, gdyż nadwyżka – choć niezbyt efektywnie – była inwestowana przez kadry głównie w dobra kapitałowe, w tym w przemysł ciężki.
W wyniku roszady między kadrami partyjnymi a obcymi właścicielami, ci ostatni zyskują kontrolę nad podziałem dochodu narodowego, którą sprawowała partia/państwo. Można założyć, że tak jak byłe kadry, a może nawet bardziej, zagraniczni inwestorzy zainteresowani będą maksymalizacją „wynagrodzenia” kapitału. W nowym wydaniu nadal, więc będzie istniało dążenie do narzucenia sile roboczej – pracy -wyjątkowo niekorzystnego podziału, kosztem płac.
W komunizmie takie wyduszanie „niezasłużonej” wartości (czyli – rent) dokonywało się w danym kraju między konkurującymi czynnikami produkcji, przepłacanym kapitałem i niedopłaconą pracą. Przepływ zysku, jako zasłużonego „wynagrodzeniem” kapitału, też był tylko wewnętrzny. Natomiast w kapitalizmie bez kapitalistów „niezasłużona” wartość, premiująca kapitał kosztem pracy, oraz zysk – są już przerzucane między czynnikami produkcji w różnych krajach.
W zbudowanym w miejsce komunizmu systemie, obieg gospodarczy nie jest, więc już zamknięty, ale ma wbudowany na stałe „wyciek”. Podział na zyski i płace wiąże się bowiem nieuchronnie ze stałym odpływem efektów produkcji, wartości, poza granice danego kraju. Ponieważ zyski oraz renty wydawane są poza granicami, krajowa siła robocza nie może liczyć nawet na pośrednie korzyści z ich wydatkowania (na przykład w formie obsługi luksusowej konsumpcji).
Jest to narodowy problem, ponieważ w trakcie budowy kapitalizmu kraje Europy Wschodniej jako całość zostają pozbawione własnego kapitału. Nie da się, więc inaczej dyskutować o tym zjawisku niż w kategoriach narodowych. Zwłaszcza, że kapitalizm oraz państwo narodowe są nierozerwalne; w każdym razie powstały jednocześnie. Nie ma narodu bez pewnej formy nacjonalizmu jako źródła pojęcia interesu narodowego, cementującego ludzi w koherentną zbiorowość.
Nie można sobie wyobrazić, żeby jakieś społeczeństwo wyzbyło się większości majątku trwałego na rzecz zagranicy przy rozbudowanej świadomości interesu publicznego. Pokutuje opinia, że transformacja ustrojowa w Polsce zaczęła się od zrywu narodowego, w którym sprawą nadrzędną stało się dobro publiczne. Ale musiało stać się inaczej, w rzeczywistości główną siłą napędową tego procesu musiało być raczej zaprzeczenie takiej świadomości, wręcz zwrot w stronę pełnej prywaty.
Nietrwałość struktur
Mimo, że „niekompletny kapitalizm”, bardziej zgodny z logiką ekonomiczną, z faktyczną własnością, może okazać się bardziej wydajny niż wsparty na logice politycznej, czyli gołej władzy, komunizmu – nie wystarczy to dla utrzymania systemu. Warto przypomnieć, że w latach komunistycznych bunty robotnicze nasilały się po okresie poprawy ekonomicznej (np. późne lata Gierka). Komunizm został odrzucony, mimo że do końca dochód narodowy rósł, często nawet bardzo znacznie.
O społecznej ocenie systemów decydują nie tyle ocen ogólnego stanu gospodarki, co opinie na temat dystrybucji dochodu narodowego. W okresie komunizmu niezadowolenie społeczne nabierało wydźwięku nacjonalistycznego, gdyż atakowano partię za to, że dławiła płace robotników na rzecz radzieckich mocodawców (np. sprzedając za bezcen statki). Przed podobną groźbą stoi „niepełny kapitalizm”, gdyż pomówienie o eksploatację może pojawić się prawie w każdej chwili.
Fakty mogą się nie liczyć, gdyż społeczeństwa łatwo stają się podejrzliwe, jeśli chodzi o intencje obcych państw, gdy ich obecność w danym kraju jest nazbyt widoczna. Trudno zaś o bardziej dobitne dowody takiej obecności niż obecna struktura własności w polskiej gospodarce. Zwłaszcza że własność skupia się w rękach międzynarodowych korporacji, tak potężnych, iż każdy ich ruch może wstrząsnąć podstawami raczej niewielkiej gospodarki Polski.
Na dodatek, wbrew różnym mrzonkom, włączając ideę umiędzynarodowienia kapitału, gospodarki są wciąż głównie narodowe, a narody jak wiadomo są nierówne. Nawet takie ponadnarodowe struktur, jak Unia Europejska, działają na zasadach proporcjonalności głosów do skali kraju-członka. Fakt, że zagraniczni właściciele kapitału mogą liczyć na wsparcie przez ich państwa pochodzenia, a także przez najróżniejsze „ponadnarodowe” struktur , pogłębia nierówność sił.
Idea umiędzynarodowienia – globalizacji – kapitału, zakładająca ogólną, światowa harmonię interesów jest tak samo złudna, jak komunistyczna wizja ogólnej harmonii w formie „międzynarodówki” prac . Depcząc narodowe odczucia, komunistyczny internacjonalizm wyzwolił destrukcyjny nacjonalizm, który obrócił się przeciwko systemowi. Bazując na swej alternatywnej wizji „międzynarodówki” kapitału, obecny system też może wyzwolić podobne niszczące nastroje. Komunizm właściwie upadł bezgłośnie, wręcz banalnie, ale okazać się może, że ostateczne rozstanie z jego spadkiem, czy przedłużeniem w postaci „niepełnego kapitalizmu”, z obcym kapitałem, może przybrać formę prawdziwego politycznego wstrząsu. To są tylko spekulacje, ale historia daje wiele do myślenia, gdyż w okresie przedwojennym, gdy gospodarka polska była kapitalistyczna, zbliżone okoliczności własnościowe stały się przyczyną ostrych ataków na obcy kapitał.
Warto przypomnieć, że przed wojną udział obcego kapitału był w Polsce bardzo wysoki a duża jego część była w rękach niepolskich grup etnicznych. Nie był to jednak „niekompletny kapitalizm”, gdyż kapitał zagraniczny – w sensie rezydencji -nie stanowił, jak teraz, większości. W szczególności nie w sektorze finansowym, czyli w bankach i ubezpieczeniach, gdzie wynosił ledwie 10-15 procent.
W przemyśle zagranica miała 30-35 procent kapitału (Landau i Tomaszewski, 1967).
Nawet ten stan, w dopiero co wyzwolonej Polsce wywołał głęboką troskę. Polski żywioł kapitalistyczny czuł się zagrożony nie tylko ze strony wielkich korporacji zagranicznych, ale również przez miejscowe mniejszości etniczne (np. na Górnym Śląsku czy na Kresach). Był to okres bardzo aktywnych zabiegów słabo rozwiniętej polskiej klasy kapitalistycznej o poszerzenie wpływów, zwłaszcza przed wybuchem gwałtownego kryzysu światowego, tzw. Wielkiej Depresji lat 30-tych.
Obawy o nadmierne wpływy zagranicy zdominowały nastroje w latach kryzysu właściwie na całym kontynencie Europy, ale i poza nią, w szczególności w Ameryce Łacińskiej, bez względu na to czy obcy stan własności był dominujący. Podobne nastroje wywoływała wówczas nawet jakakolwiek bardziej wyraźna obecność obcych towarów. Nastawienia te stały się pożywką dla dwóch radykalnych nurtów, komunizmu, ale również odbiegającego od komunizmu – faszyzmu.
W przypadku faszyzmu zyskały aprobatę koncepcje rasistowskiego państwa oraz akceptacja koncepcji totalnej wojny jako instrumentu polityki zewnętrznej, wymierzonej przeciw odbieranym jako zagrożenie państwom. Komunistom nacjonalistyczne sentymenty ułatwiły pozyskanie społecznego przyzwolenia dla totalnego państwa, uprawnionego do użycia nadzwyczajnych środków w stosunkach wewnętrznych, wobec postrzeganych jako groźba klas posiadających.
W Niemczech, liderze faszyzmu, wyrosły one z poczucia, że gospodarka jest łupem silniejszych konkurentów, nacjonalizm posłużył do wykreowania bardziej chorobliwych nastrojów nacjonalistycznych. W Rosji, jako liderze, wyrosłego z podobnego poczucia, komunizmu, nacjonalizm był doktrynalnie czymś raczej obcym. W miejsce tego snuto uniwersalną wizję jednolitej szczęśliwej masy „równych” ludzi zamiast, jak w faszyzmie, wizji uniwersalizmu jednej „najwyższej” rasy.
Podsumowanie
Jak widać, inny skutecznie wylansowany pogląd, że polskie reformy ustrojowe stanowią radykalne przejście od komunistycznej nienormalności do kapitalistycznej normalności, nie wytrzymuje prostej konfrontacji z faktami. Samo przejście do systemu kapitalizmu, jak widać, nie gwarantuje, systemowej normalności. Prawdę mówiąc, w jakimś sensie, to co się ostatnio stało z systemem gospodarczym, spowodowało nawet pogłębienie dotychczasowej nienormalności.
Komunistyczna likwidacja prywatnej własności w drodze nacjonalizacji dokonanej przez pierwsze władze po wojnie była jednocześnie wywłaszczeniem obcych właścicieli, jak również etnicznych mniejszości. Przynajmniej w Polsce czy w Czechach zmiany te były też w dużym stopniu konsekwencją przymusowej deportacji ludności niemieckiej według podyktowanego przez zwycięski Związek Radziecki, za zgodą pozostałych aliantów, podziału terytoriów pobitych Niemiec.
Jeśli można mówić o braku ciągłości w procesie odejścia od komunizmu, to chyba głównie właśnie w owym „narodowym” aspekcie przemian własnościowych. Komunizm dokonał po wojnie wywłaszczenia obcego kapitału jako ważnej, ale nie dominującej sfery własności, formalnie na rzecz całego narodu, faktycznie na rzecz partii. Postkomunizm oznacza natomiast prawie pełne uwłaszczenie zagranicznych podmiotów kosztem całego narodu, już bez tej partii.
Mamy więc wreszcie polski kapitalizm, tyle, że zachowano ustanowiony przez komunizm podstawowy układ struktury własności. Nadal brak silnej lokalnej klasy kapitalistycznej obracającej rodzimym kapitałem w celach produkcyjnych a nie w celu zagranicznej wyprzedaży. W tym sensie polska gospodarka pozostaje w objęciach systemu, który z przekory, ale również trochę złośliwie, mam bardzo ochotę nazwać nie tyle „późnym”, co „najpóźniejszym” komunizmem.
CZĘŚĆ DRUGA
ZMARNOWANE PAŃSTWO
Powstanie „niekompletnego kapitalizmu”, w którym brak silnej rodzimej klasy kapitalistycznej, nie byłoby możliwe bez manipulacji społeczną świadomością, przez główny odłam inteligencji, określającej się jako „liberalna”. Inteligencja wystąpiła w tej roli po części ze względu na własne interesy, gdyż wyprzedaż zagranicy za bezcen narodowego majątku stworzyła dla pewnych jej odłamów okazję do osobistych korzyści. Dla innych, przyłączenie się do tej totalnej manipulacji stało się jedynym sposobem uniknięcia marginalizacji w pozbawionym funduszy świecie nauki i kultury. Głównie wspólnym wysiłkiem tych ludzi powstało w społeczeństwie zamieszanie, czy wręcz cofnięcie myślowe, o tyle dziwne, że dopiero niedawno skończyło się pranie mózgów, które uprawiała, z pomocą rzesz inteligencji, komunistyczna machina propagandowa. Nowa kapitalistyczna machina nie poszłaby w ruch, gdyby nie zabiegi tych, którzy mieli coś do zyskania na wywłaszczeniu narodu na rzecz obcych inwestorów za bezcen. Chodzi o zastępy ludzi bezpośrednio związanych z rozdysponowaniem majątku państwa, ludzi, których można określić mianem „handlarzy złomem”. To im posłużyła wyjątkowo absurdalna teza, że trzeba sprzedawać tanio i obcym, gdyż ponoć na wskroś nieracjonalny komunizm właściwie nie zostawił zasobów kapitału, tylko złom, no i bezradną dyrekcję na straży tego złomu. Gdyby to jednak było prawdą, wtedy gospodarka polska mogłaby istnieć tylko na papierze, bo jak nie ma kapitału to nie ma produkcji. Tak samo przydatna okazała się niedorzeczna teza, że należy zaufać przywódcom reform w postaci dynamicznej grupy tzw. liberałów. A to, dlatego, że w przeciwieństwie do nieracjonalnej władzy za komunizmu, gdy rządzili za zasługi ludzie z partyjnego klucza, teraz decyzje są racjonalne, gdyż znalazły się w rękach wybranych z konkursu technokratów. Tymczasem po upadku komunizmu doszło do negatywnej selekcji kadr decydentów, nie tylko w sensie fachowości, ale też postaw moralnych, w tym poszanowania interesu publicznego. Bez przyjęcia tego wszystkiego do wiadomości nie sposób jest ogarnąć nawet częściowo rozgrywającego się na naszych oczach najnowszego dramatu polskiej gospodarki, oraz – niestety – polskiej historii.
ROZDZIAŁ CZWARTY
WYMUSZONA RECESJA
Dławiące gospodarkę, nigdy nie skorygowane błędne decyzje reformatorów, są odpowiedzialne za wyprzedaż majątku za granicę, ponieważ jego zagospodarowanie przez krajowych inwestorów okazało się niewykonalne
W świetle poprzedniego wywodu może okazać się nie całkiem zrozumiale, dlaczego to majątek narodowy poszedł głównie w obce ręce, skoro ceny jego sprzedaży były iście wyprzedażowe. Krajowych inwestorów powinno być stać na okazyjne zakupy kapitału, a jednak odeszli z kwitkiem. Stało się tak dlatego, że działania tego aparatu państwowego, który zaniżył ceny, nie dały krajowym kapitalistom szans konkurowania po przejęciu majątku z potężnymi niepolskimi rywalami.
Radość niszczenia
Żeby rozwikłać problem skąd się wzięło przejęcie kapitałowe przez zagranicę, trzeba wpierw zrozumieć, co się stało z gospodarką po 1990 r., gdy Balcerowicz zdecydował się na swoją „terapię wstrząsową”. Przed 1990 r. przez kilka lat komunistyczna gospodarka parła do przodu w całkiem przyzwoitym tempie. Jak to się, więc stało, że nagle, w drodze z podrzędnego komunizmu do nadrzędnego kapitalizmu, którą ten człowiek wytyczył, gospodarka wpadła we wprost niespotykaną recesję.
Mimo że pochłonęła ona jedną piątą dochodu narodowego, dominuje niedorzeczny, wywodzący się z odpowiedzialnych za program reform tzw. liberałów, pogląd, że recesja, przypadająca na lata 1990-1992, nie zasługuje na to miano, gdyż jest fikcją statystyczną. Nie było żadnej recesji, ale tylko eliminacja zbędnych produktów. Produktów, które wytwarzano za komunizmu, mimo że nikt ich nie chciał; mimo to były corocznie wliczane do dochodu narodowego (Balcerowicz 1997).
Głównym powodem, dla którego partia/państwo za komunizmu dopuszczała do nadmiaru produkcji, była ponoć jej obsesja, żeby nie zważając na potrzeby społeczeństwa nieustannie zwiększać wskaźniki produkcji dóbr kapitałowych, tj. maszyn i urządzeń. Doszło, więc do tego, co się nazywa „nadmiernym uprzemysłowieniem”, wyrażającym się w większym procentowo udziale przemysłu w tworzeniu dochodu narodowego niż np. w wolnej od takiej obsesji Europie Zachodniej
Niepotrzebna produkcja była możliwa, gdyż partia/państwo szczodrze subsydiowała producentów, którzy z racji nie-sprzedanej produkcji mieli deficyty. Ci producenci oczywiście marnowali zasoby pracy i kapitału, stąd zaordynowane w trakcie „terapii” Balcerowicza odcięcie subsydiów, nie tylko usunęło zbędną produkcję, ale uwolniło środki na wzrost potrzebnej produkcji. Mamy powód do radości, gdyż po odchudzającej kuracji, następuje zaraz ekspansja gospodarki.
Ponieważ recesja lat 1990-1992 uderzyła głównie w przemysł, zwłaszcza w dziedziny produkujące dobra kapitałowe, ich udział w dochodzie narodowym istotnie spadł. Mogłoby to być uznane za statystyczne potwierdzenie tezy o nadmiernym uprzemysłowieniu oraz za oczywistą oznakę postępu. Gdyby oczywiście nie fakt, że w wyniku recesji, oraz dalszych wydarzeń, udział tego działu kapitałowego – maszyn i urządzeń – spadł poniżej wskaźników zachodnioeuropejskich.
Kierując się tą logiką, należałoby dalej poprawiać strukturę polskiej gospodarki przez obniżenie produkcji w innych działach, które miałyby wyższy udział w tworzeniu dochodu narodowego niż w Europie Zachodniej. Gdyby w wyniku kolejnej „zdrowej”, usuwającej zbędną produkcję, recesji nastąpiło statystyczne przestrzelenie w jakiejkolwiek dziedzinie, należałoby zacząć usuwać stamtąd niepotrzebne nadwyżki, tym samym powodując kolejną – należy rozumieć fikcyjną – recesję.
To jest absurdalny sposób myślenia, gdyż nie jest możliwe, żeby Polska była nadmiernie uprzemysłowiona przez -ponoć nawiedzonych – komunistów. Żaden potrzebny – raczej już zbędny – ekonomista, nie mógłby, bowiem obronić tezy, że średnio rozwinięta gospodarka polska, mogła cierpieć na nadmiar przemysłu, czyli dóbr kapitałowych. Odwrotnie, główny problem takiej gospodarki to niedostatek dóbr kapitałowych, stąd też potrzeba sięgania do ich przywozu z zagranicy.
Prawda jest taka, że jeśli w ogóle mówić o obsesji partii/państwa to wyrażała się ona w dławieniu produkcji nieprzemysłowej, czyli usług. Uważano, że usługi nie dają produkcji, choć z czasem uznano, że ze względu na aspiracje ludzi trzeba tolerować ich rozwój. Skoro jednak problem polegał na niedorozwoju sektora usług, zamiast „poprawiać” proporcje gospodarcze niszcząc przemysł, należało tę strukturę najzwyczajniej zmienić, rozwijając sektor usług szybciej niż przemysł.
W taki sam, żałosny sposób, załamują się inne elementy koncepcji recesji jako kuracji odchudzającej, jak choćby teza, że istnieje jakaś proporcjonalna zależność między zbędną produkcją a głębokością ponoć tylko statystycznego załamania w produkcji. Nie jest ona całkowicie pozbawiona sensu, gdyż jakaś produkcja za komunizmu była nietrafiona. Z pewnością mogło być jej nawet więcej niż w typowej gospodarce rynkowej, gdzie też nie wszystko w produkcji jest zgrane.
Trudno jednak na tej bazie poważnie dowodzić, że spadek polskiego dochodu narodowego o jedną piątą miał źródło wyłącznie w zbędnej produkcji. Żeby to było możliwe, przez cały okres komunizmu partia/państwo musiałaby gdzieś składować zbędne nadwyżki, czyli tą jedną piątą rocznej produkcji. Już po pięciu latach, nawet bez wzrostu produkcji, zgromadzono by góry wyrobów będące równowartością rocznego dochodu narodowego, a komunizm trwał trzydzieści pięć lat.
A w ogóle, to gdzie leżały te zwałowiska zbędnych samochodów, po które za komunizmu ustawiały się kolejki. Ich produkcja spadła w latach 1990-1992 o jedną trzecią; co roku, całymi latami, trzeba było, więc gdzieś co trzeci samochód składować. Albo gdzie gromadzono jedną piątą produkcji pilnie wtedy poszukiwanej żywności, gdyż ta po 1990 r. zmalała o jedną piątą. Co z dwoma trzecimi nieosiągalnych nowych mieszkań, skoro liczba ich po 1990 r. zmalała dokładnie o dwie trzecie.
Kuracja głodowa
Gdyby teoria fikcyjnej recesji była prawdziwa, wtedy podleczone banki oraz fabryki nadawałyby się szybko do przejęcia przez krajowych inwestorów. Ale oni wcale ich nie przejęli na własny użytek, więc musiała to być chyba autentyczna recesja, za którą stał prawdziwy spadek produkcji, głównie tej potrzebnej ludziom. Co więcej, za tą autentyczną recesją – właściwie katastrofą – musiała się kryć jakaś bardzo błędna polityka, czyli fatalnie chybiona terapia Balcerowicza.
Terapia Balcerowicza istotnie chybiła, gdyż została oparta na błędnym aksjomacie, że należy uruchomić wszystkie dostępne instrumenty państwa, by zdusić wysoką w 1989 r. inflację. Jednak walcząc z inflacją, żeby uniknąć recesji, zwykle rozluźnia się kredyt. W Polsce zaś cenę kredytu drastycznie podniesiono, a podaż kredytu ograniczono o jedną czwartą. Zabrakło nawet środków na prowadzenie tzw. bieżącej działalności, zakup materiałów czy opłacanie robotników.
Nie tylko gwałtownie wyschły źródła pieniądza, ale – też pod hasłem zwalczania inflacji – dopuszczono przez obniżenie stawek celnych do równie raptownego otwarcia gospodarki na import. Przed 1990 r. rynek krajowy był chroniony wysokimi barierami, podczas gdy nagle w latach 1990-1991 cła ustalono na poziomie zaledwie 6-8 procent (Kołodko 1999). W ten sposób, cała rzesza krajowych producentów została wypchnięta z polskiego rynku przez zagranicznych dostawców.
Kryzys płynności oraz jednoczesna utrata rynków, musiały podciąć gospodarkę, która zresztą już była w słabej kondycji. Nie należy się dziwić, że, mając przed oczami widmo bankructwa, krajowi producenci zaczęli ograniczać produkcję. W tych warunkach, lokalni inwestorzy mogliby się zaangażować w kupno zagrożonego bankructwem majątku państwa tylko gdyby byli pewni, że problemy z uzyskaniem kredytu czy sprzedażą w kraju będą tylko przejściowe.
Mogłoby się wydawać, że skoro po 1992 r. gospodarka zaczęła znowu iść do przodu, powinien rozbudzić się apetyt lokalnych inwestorów na trwałe przejmowanie majątku państwa. Niestety, zabójcza polityka Balcerowicza została w zasadzie utrzymana, z pewnością w sferze kredytu. Kredyt pozostał niezmiennie trudno dostępny oraz tak kosztowny, że nawet w tej chwili stopa procentowa w Polsce jest prawie trzy razy wyższa niż w krajach Unii Europejskiej.
Nie nastąpiła też żadna korekta jeśli chodzi o ochronę rynku wewnętrznego; odwrotnie, nie licząc pewnych krótkich okresów, utrzymano politykę redukcji barier importowych. Po radykalnej obniżce ceł na prawie wszystkie towary w 1990 r. nastąpiła w 1992 r. ich częściowa odbudowa. Ale zaraz potem wszedł niestety w życie układ z Unią Europejską, który zobowiązał Polskę, żeby w ciągu niespełna pięciu lat zrównała swe taryfy celne z bardzo niskimi cłami unijnymi.
Trzon niesprywatyzowanego – państwowego – majątku znalazł się, więc w stanie permanentnego kryzysu, jak w przypadku hutnictwa. Zaraz po 1992 r., radziło sobie nieźle, ale w miarę obniżek ceł, do zera, oraz licznych zwolnień, import zdołał zalać już jedną trzecią rynku. Zaczęły się, więc kłopoty finansowe, zwłaszcza, że odbiorcy stali zaczęli zalegać z płatnościami. Na żadną z hut nie może porwać się krajowiec, ale obce koncerny prawie już zdobyły polski rynek, więc też się nie palą.
Polscy reformatorzy nie cofnęli się przed kompletnym odsłonięciem rynku stalowego, chociaż unijne państwa stosują skuteczne bariery w tej dziedzinie. Np. w użyciu są tzw. specjalne antydumpingowe cła, obejmujące 30 procent żelaza/stali i 44 procent produktów metalowych. Bariery używane są też w innych gałęziach przemysłu, stąd, podczas gdy oficjalna, średnio ważona skala ceł wynosi w całym przemyśle 5,1 procent, prawdziwa stopa jest bliższa 9 procent.
Skutki nagłego odsłonięcia się na bezlitosną konkurencję z importu dobitnie widać w rolnictwie. Rolnictwo znalazło się w trwałej zapaści w Polsce nie dlatego, że produkowało zbędne wyroby. Przeciwnie, produkowało wyroby potrzebne, świetnie radzące sobie na rynkach eksportowych, także dolarowych. Powód był inny: zalew produktów rolnych z Europy Zachodniej, połączony, na początku zmian ustrojowych, z bezpłatnymi dostawami „interwencyjnych” nadwyżek.
Podczas gdy Polska jest przymuszana przez unijną biurokrację do otwarcia swych rolniczych rynków, unijne rolnictwo jest nadal chronione przed importem jak dziesięć lat temu, czyli wyjątkowo szczelnie. Np. producenci wołowiny korzystają z cła w wysokości 125 procent oraz z zakazu przywozu znacznie tańszej, hormonalnie hodowanej wołowiny z Kanady oraz ze Stanów Zjednoczonych. Z kolei, mleczne produkty obłożone są zaporowym cłem na poziomie 58 procent.
Co więcej, kraje unijne, tak w hutnictwie jak w rolnictwie, zachowały różne instrumenty wspomagania eksportu (np. tanie kredyty czy gwarancje kredytowe), z których Polska zrezygnowała. Skutki tego są widoczne zwłaszcza jeśli chodzi o wschodni kierunek handlu, szczególnie Rosję i Ukrainę. Polska była kiedyś na tych rynkach potęgą, w tym w żywności, a dzisiaj, głównie z wyboru, jest karłem, tracąc swą pozycję głównie wobec wspieranych przez państwa konkurentów z Unii.
Nieuczciwa walka
Wystawieni na miażdżącą konkurencję z importu oraz borykający się z brakiem kredytu, miejscowi inwestorzy mieli tylko jedną szansę w staraniach o państwowy majątek. Tą jedyną szansą byłaby dla nich polityka przemysłowa państwa wyrównująca warunki konkurencji o majątek z opływającymi w fundusze obce firmy będące źródłem importowego zagrożenia (patrz sugestie Kornaia, 1991). Stało się jednak dokładnie odwrotnie – państwo przyjęło „politykę anty przemysłową”.
Zamiast chronić lokalnych nabywców zniesiono jakiekolwiek formalne wymogi dla zagranicznego udziału w prywatyzacji. To była dobrowolna decyzja polskich władz, nie mająca nic wspólnego z negocjacjami akcesyjnymi z Unią. Nie ma też precedensu wśród członków Unii znoszenia barier dla ruchów kapitałowych jeszcze przed formalnym przyjęciem (Austria do ostatniej chwili utrzymała ograniczenia wobec obcych inwestorów, np. w sektorze motoryzacji).
Zresztą, nawet jak się już jest członkiem Unii, przepisy zezwalają na wyłączenie ruchów kapitałowych z pełnej liberalizacji w ramach tzw. unii monetarnej. Dania zdecydowała się poczekać z przyjęciem wspólnej waluty, żeby dać swym bankom czas na konsolidację tak, by uniknąć obcych przejęć. Portugalia weszła do tego monetarnego reżimu, ale z podobnych powodów zaczęła pod nadzorem państwa szybką konsolidację różnych dziedzin, w tym też w swym sektorze bankowym.
Przy całym swym liberalizmie, Unia nie jest wcale obszarem całkowicie pozbawionym państwowej własności, także nie ma potrzeby sprzedawania na siłę wszystkiego co państwowe, żeby się „dopasować”. W Portugalii, kiedy przed niewielu laty wstępowała do Unii, publiczne banki stanowiły 80 procent, a teraz ciągle 45 procent. W Niemczech aż 40 procent sektora pozostaje w rękach państwowych (głównie w formie – nastawionych na wspieranie rozwoju – tzw. banków regionalnych).
To, że w Polsce nie wprowadzono żadnych reglamentacji, stanowi odchylenie od praktyk, jeśli nie wręcz norm zachodnioeuropejskich, ale w innych elementach obecne polskie podejście do obcego kapitału jest też dewiacją. Najbardziej chyba szokuje wczesna decyzja, żeby w polskich warunkach natychmiast wystawić na sprzedaż cały kapitał. W ten sposób powstała bowiem ogromna nadwyżka podaży majątku państwa nad efektywnym popytem ze strony lokalnych inwestorów.
Na dodatek zdecydowano się oferować majątek głównie tzw. inwestorom strategicznym, reflektującym na ponad 50 procent udziałów, gotowym do określonych nowych inwestycji. Kierowano się doktryną Balcerowicza (2000), że sprzedaż „rozproszona”, w mniejszych udziałach, nie zapewnia maksymalnej ceny, choć nikt w praktyce ich nie maksymalizował. Ograniczeni finansowo polscy inwestorzy stali się jeszcze mniej zdolni do walki z obcym nabywcą.
Co więcej, krajowy inwestor prawie nigdy nie mógł liczyć na – finansowe – zachęty, oferowane obcokrajowcom, jak to stało się np. z bankami. Przez całe lata wymóg dotyczący rezerw bankowych ustalono na poziomie 30 procent, trzy razy wyższym niż w Unii. Podrożyło to koszty działalności banków, oraz cenę kredytu, tym samym obniżając rynkową wartość banków. Kiedy większość banków stała się już własnością zagraniczną, w 1999 r., wskaźnik rezerw w Polsce zrównano z unijnym.
Z kolei w przemyśle zagraniczni nabywcy zyskali zachęty w postaci często nawet dziesięcioletnich okresów zwolnień podatkowych, niedostępnych dla krajowców. Podczas gdy pierwsi zostali objęci zerowymi cłami na import maszyn i urządzeń, podobny przywilej nie objął jednak polskich nabywców majątku. Polscy właściciele nie mogą nawet marzyć o takim wsparciu w obliczu bankructwa jakie niedawno państwo obiecało upadającemu Żeraniowi, czyli koreańskiemu Daewoo.
Do tego wszystkiego, państwo zrezygnowało z jakichkolwiek ogólnie przyjętych w świecie wymogów wobec obcych inwestorów, oprócz tzw. obowiązkowych inwestycji. W większości przypadków te obowiązki nie były egzekwowane, gdyż chodziło jedynie o stworzenie wrażenia, że łączna faktyczna cena sprzedaży jest wyższa niż wpłata do budżetu. Zamiast sprowadzić dodatkowy kapitał z zagranicy, nabywcy z reguły sięgnęli do zysków wypracowywanych przez swe polskie nabytki.
Negocjując wysokość obowiązkowych inwestycji strona polska prawie nigdy nie domagała się żeby zagraniczny inwestor wprowadził konkretną technikę produkcji czy wyrób. Jakże inaczej zachowała się natomiast Irlandia, której polityka przyciągania obcych inwestycji – przypomnę, głównie na budowę nowych obiektów – nie polegała tylko na niskich stawkach podatkowych. Ważniejsze było to, że prawie bez wyjątku, można było inwestować tylko w dziedziny „wysokiej” techniki.
Trudno o większy kontrast niż to, co się stało po otwarciu na obcy kapitał z elektroniką w Irlandii i w Polsce. W Polsce, dysponująca bardzo wykształconą kadrą elektronika padła właściwie z marszu, a obce firmy weszły głównie z własnym towarem. W Irlandii, ci sami producenci stworzyli od zera prężną branżę elektroniczną, podobnie jak w Finlandii, gdzie – też pod opieką państwa – taka silna branża, oparta w dużym stopniu na obcej kadrze, powstała w ciągu ostatnich paru lat.
Podsumowanie
Należy odrzucić kolejny popularny dzisiaj pogląd, mianowicie że dzięki reformom ustrojowym udało się od zaraz wyłączyć państwo z nadmiernej interwencji w gospodarkę. Owszem, zrezygnowano z jawnej polityki przemysłowej, która zapewniała przemysłowi i rolnictwu nie tylko rozliczne subwencje ale i prawie pełną ochronę przed importem. W to miejsce wprowadzono jednak niejawną politykę przemysłową, tyle, że nastawioną nie na wsparcie własnych producentów, lecz obcych.
W zgodzie z logiką „terapii szokowej”, praktykowana za komunizmu polityka przemysłowa została rozmontowana w sposób radykalny; polska gospodarka została, więc wtrącona w całkowicie niepotrzebną, możliwą do ominięcia, głęboką recesję. Ponieważ polityka ochrony gospodarki nie została nigdy nawet częściowo zrekonstruowana, spowodowało to z kolei, że krajowi inwestorzy stali się niezdolni do przejmowania na trwałe państwowych fabryk i banków.
W tych warunkach jedynym sposobem na powstrzymanie zagranicznego przejęcia polskiej gospodarki było formalne wyłączenie obcych inwestorów z prywatyzacji, albo zaniechanie na pewien czas prywatyzacji w ogóle. Decyzja w tej sprawie należała wyłącznie do polskich władz, gdyż żadne ośrodki zewnętrzne, włącznie z Unią Europejską nie miały prawa zabronić takich wyborów. W każdym razie, żaden taki zakaz nie powinien nabrać mocy przed pełną akcesją.
Zamiast tych zakazów, w miejsce polityki popierania własnych inwestorów weszła polityka popierania obcych inwestorów, czyli właściwie „polityka anty przemysłowa”. Nie chodzi o jakieś przypadkowe ruchy państwa, ale zupełnie spójne działania, których głównym przesłaniem stało się ułatwienie obcym producentom przejęcia rynków wewnętrznych. Albo – jako największy przywilej – taniego przejęcia krajowych producentów wraz z ich dawnymi rynkami zbytu.
ROZDZIAŁ PIĄTY
LABIRYNTY KORUPCJI
Miejsca bardzo mocno już wyblakłego marksizmu nie zajął bynajmniej wsparty na solidnej moralności liberalizm, ale rozpasany amoralizm, przyzwalający na gwałcenie interesu publicznego i omijanie prawa
Morderczy klimat dla krajowych inwestorów nie został nigdy skorygowany, gdyż nie chodzi o zwykłe błędy ze strony rządzących, ale o ich niezbyt nawet skrywane interesy własne. Komunizm zrodził się
w nienormalnych okolicznościach przemocy, „niekompletny kapitalizm” powstaje zaś w warunkach nagminnej korupcji. Ze względu na uznaniowość oraz bezkarność, aparat państwa może naruszać cele społeczne, włączając wymogi uczciwej sprzedaży narodowego majątku.
Wspólna korzyść
Żeby zrozumieć rolę korupcji w prywatyzacji, a właściwie w całej transformacji, trzeba się cofnąć w czasie do późnego komunizmu i jego upadku. Obowiązuje proste rozumowanie, że komunizm upadł, bo musiał upaść, gdyż był z gruntu złym systemem. Gdyby jednak przyjąć takie proste myślenie, stajemy bezradni wobec następującej kwestii: jak to jest możliwe, że skoro system komunizmu był od początku uważany za zły, to, dlaczego ten zły system nie został odrzucony niejako od ręki.
Przyznam, że przez jakiś czas nie znajdowałem odpowiedzi, aż natknąłem się na tekst Kołakowskiego (1990), w którym rzucił on tezę, że komunizm skończył się powolnie przez upadek wiary w jego racje tak po stronie partii, jak i mas. Stwierdzenie takie wymagało dużej odwagi, gdyż sugerowało, że to nie jest tak, że tylko partia chciała kiedyś komunizmu a masy nigdy go nie chciały. Odwrotnie, obie grupy początkowo wsparły system a potem – znowu razem – go porzuciły.
Pozostała mi jednak niejasność, jakie racje weszły w miejsce dawnej wiary w komunizm – czy przypadkiem inna wiara, w inny system, czy raczej niewiara w nic, a tym samym przyzwolenie na nie-system. Ponieważ wiara w system zakłada spójność moralną, rozumianą jako sens interesu publicznego, nie było też jasne, czy w miejsce byłego porządku wszedł związany z innym systemem moralny porządek, czy też raczej nastąpiło podważenie interesu ogólnego, czyli demoralizacja.
Z czasem doszedłem do wniosku, że istotnie komunizm z początku miał ogólne poparcie, włącznie z moralnym przyzwoleniem na monopol władzy oraz rutynową przemoc. Tak jak w każdym porządku moralnym, bazą poparcia był sens publicznego interesu, któremu niewolny i brutalny system miał służyć. Ale z czasem nastąpiło przewartościowanie, tyle, że wraz z nim przyszła demoralizacja, zdefiniowana wyżej jako odejście od poczucia interesu publicznego.
Uznałem też, że tego zwrotu, rozumianego jednak nie jako równoczesny zanik wiary, ale jako demoralizacja, dokonała tak partia/państwo, jak i masy. Jeśli chodzi o kadry, to w pewnej chwili uznały, że komunizm daje im przywilej decydowania o losie mas, ale nie osobiste korzyści materialne. Kiedy górę wzięły względy prywatne nad publicznymi, kadry uznały, że można by pozbyć się komunizmu, ażeby zacząć się bogacić w dowolny sposób, również nawet w drodze korupcji.
Z kolei rządzeni uznali, że system, który zawsze dawał im duże poczucie bezpieczeństwa, w tym stałą pracę i sztywne ceny, również oferuje im tylko marne korzyści materialne. Choć nie na taką skalę jak rządzący, masy również zaczęły systematycznie pasożytować na państwowej gospodarce. Zwyciężył konsumeryzm, wraz, z którym przyszło masowe wycofywanie się z politycznej aktywności, wraz z cichym przyzwoleniem na coraz bardziej widoczną korupcję władz.
Powyższy zwrot dokonał się w Polsce w okresie Gierka, choć nie można za ten fakt winić jego osobiście czy też jego ekipę. Podobnie, nie można postawić takiego zarzutu ekipie Breżniewa, czy też jemu osobiście, choć pod jego władzą nastąpił taki sam zwrot w Związku Radzieckim (patrz Jowitt 1992). A to dlatego, że komunizm miał w sobie od początku ziarno upadku, w tym sensie, że prędzej czy później musiało dojść do demoralizacji, czyli korupcji władz i obojętności ludzi.
U podstaw demoralizacji, jako odrzucenia interesu publicznego, leżała skrajna centralizacja władzy politycznej. Jeśli chodzi o samych rządzących, ogromna centralizacja zagwarantowała im nie tylko pełną swobodę działania, ale i bezkarność, nawet w sytuacji łamania ustanowionego prawa. Stąd też w momencie, gdy kadry partyjne zdecydowały się zastąpić interes ogólny własnym, nie musiały obawiać się poważniejszych sankcji prawnych czy też kadrowej reprymendy.
Partyjny monopol władzy miał równie demoralizujący wpływ na rządzonych, gdyż uczynił ich w zasadzie bezradnymi. Uderzając w instytucje tzw. społeczności cywilnej, jak rodzina czy wspólnota, zatomizował on rządzonych. Wszczepił im poczucie, że skoro ich glosy/czyny nie liczą się w ogólnym rachunku, więc lepiej wycofać się z życia publicznego. Rządzeni znaleźli dla siebie program zastępczy w formie u ucieczki w życie osobiste i pomnażanie dóbr konsumpcyjnych. Fakt, że to właśnie demoralizacja partii i mas spowodowała, że komunizm – jak każdy inny system objęty demoralizacją – musiał upaść, nie został w pełni uświadomiony. W ostatnich latach komunizmu pełno było opozycyjnych ataków na korupcję, tyle że rozumiano przez nią nie tyle nielegalne korzyści materialne co fakt sprawowania władzy przez uzurpację. Krytyka dotyczyła, więc prawie wyłącznie rządzących, tak jakby rządzeni, czyli większość nie cierpiała na tę dolegliwość.
Antykomunistyczna opozycja narzuciła koncepcję upadku komunizmu jako rewolucji mas walczących o inną wiarę, czyli moralność. To był ponoć proces, w którym rządzeni jako moralni nosiciele zmian ulegli niejako przebudzeniu z letargu. Motywowane troską o ogólny interes masy eliminują, więc kierowaną przez wąskie interesy członków partię. Burząc mocno związane z nią pokłady korupcji, przebudzone masy gwarantują nastanie moralnego państwa.
Negatywny wybór
O tym, że uzdrawiająca państwo moralna rewolucja nie doszła do skutku, najlepiej świadczy fakt, że wraz z upadkiem komunizmu nie zaczęło się budowanie sprawnego państwa tylko niszczenie resztek, które zostały z dawnego państwa. Zamiast odnowy ducha publicznego, nastąpiła raczej dalsza demoralizacja, znowu tak za sprawą rządzących jak i rządzonych, tym razem zainteresowanych w osiągnięciu jak największych korzyści osobistych z podziału schedy po komunizmie.
Wraz z załamaniem komunizmu, pojawiła się niespotykana, można powiedzieć – „historyczna”, szansa, przed którą chyba nigdy wcześniej nie stanęło prawie żadne państwo w historii. Raptem w rękach rządzących znalazła się do podziału nie jak za komunizmu roczna produkcja, ale zakumulowany przez dziesięciolecia narodowy kapitał. W ten sposób, teraz za kapitalizmu, uległy zwielokrotnieniu możliwości zaspakajania własnych korzyści dla ludzi aparatu państwa.
Pokusa była przy tym wyjątkowo ogromna, gdyż pozostawiony przez komunizm ogromny zasób kapitału był tak jak za komunizmu nadal swego rodzaju mieniem porzuconym. Za komunizmu kapitał był faktycznie niczyj, ale nie na sprzedaż, teraz ten kapitał, ciągle niczyj, mógł stać się przedmiotem sprzedaży. Dysponenci mogli, więc potraktować prywatyzowany majątek narodu jako bezpański i nie przejmować się ustaleniem jego faktycznej wartości ani ściąganiem zań pełnych cen.
Nic, więc dziwnego, że prywatne interesy rządzących, czyli korupcja stała się motorem całej ustrojowej transformacji, w tym wyboru jej modelowej koncepcji przejścia z komunizmu do kapitalizmu. Ten fakt, sam w sobie, dokładnie tłumaczy dlaczego wraz z upadkiem komunizmu, głównym celem władz, już nie starego partii/państwa ale nowego państwa bez partii, stało się nie dbanie o ogólny dobrobyt ale o grabież odziedziczonych zasobów majątku.
Nie mogło być inaczej, gdyż dla zainteresowanego własnymi korzyściami aparatu państwa wybór czym się zająć, produkcją czy rozdziałem, zależał głównie od tego, która z tych sfer dawała większe możliwości nadużyć. Przynajmniej początkowo, gdy zasoby majątku zastane po komunizmie były pilnowane przez załogi, nielegalne spijanie zysków z państwowej produkcji nie mogło dorównać prowizjom z ewentualnego rozdziału majątku państwa, z którego szła ta produkcja.
W ten sposób, porzucony został nie tylko model państwa z czasów właśnie pogrzebanego komunizmu, ale też model nowoczesnego państwa w ogóle. Przy wszystkich swoich ekscesach, państwo za komunizmu reprezentowało wspólny model państwa interwencyjnego, dbającego o produkcję. W polskiej drodze do kapitalizmu dokonał się regres nie tylko ze względu na wywłaszczenie z kapitału całego narodu, wraz z rządzącymi, ale też dlatego, że nagle państwo niejako porzuciło naród.
Korupcja podyktowała nie tylko wybór podziału zasobów kapitału w miejsce wspierania produkcji, ale zdeterminowała też wybór sposobu – metody – zmian własnościowych. Żeby zmaksymalizować możliwości korupcyjnych korzyści konieczne było przede wszystkim wyłączenie z prywatyzacji innych potencjalnych stron. Innymi słowy, ważne stało się, żeby przynajmniej w tej dziedzinie zapewnić daleko idącą autonomię państwa, charakteryzującą system komunizmu.
To tłumaczy, dlaczego szybko wykluczono samo prywatyzację przez załogi – robotników i dyrekcję – rozstrzygając niejasności z okresu komunistycznego tak, że majątek trwały uznano nie za własność ogólną, ale jako prawnie należny państwu. Korupcją został też podyktowany wybór sprzedaży majątku jako głównego kanału prywatyzacji. Porzucono bezpłatne rozdawnictwo majątku, gdyż nie gwarantowało ono państwu prowizji na tym poziomie co jego sprzedaż.
Stąd wzięła się napaść tzw. liberałów na popierane przez dawne „niezależne” związki rozdawnictwo, że równo dzieląc kapitał między obywateli, czy nawet tylko wśród załóg, doprowadzi się do wypaczenia kapitalizmu. Nie ma wątpliwości, że taki kapitalizm, nazywany przez jego zwolenników „kapitalizmem demokratycznym”, byłby wypaczeniem. Tyle, że obrany przez państwo wariant sprzedaży też groził wypaczonym kapitalizmem, bez lokalnej własności kapitału.
Z myślą o maksymalizacji prowizji został rozstrzygnięty kolejny podstawowy wybór w sprawie modelu prywatyzacji, mianowicie podjęto decyzję żeby przeznaczyć na sprzedaż jak najwięcej z dostępnych środków trwałych w jak najkrótszym czasie. Gdyby nie pogoń za łatwymi prowizjami aparat państwa wybrałby wolne tempo dystrybucji majątku sprzedaży. Tak, by mieć czas na prawidłowe przygotowanie majątku do oficjalnych przetargów oraz staranną selekcję ofert.
Tak, więc, prywatyzacja zamiast uzdrowienia państwa, odebrała mu na stałe kontrolę nad zasobami oraz dała okazję do nadużyć, stała się sama głównym źródłem dalszego jego rozkładu. Fakt, że w wyniku prywatyzacji państwo w ostatecznym rachunku traci swe zasoby nie miał już większego znaczenia dla jego moralnego stanu. Pozbawione resztek przyzwoitości państwo nie jest zdolne do własnej odnowy, a tym bardziej do zaszczepiania poczucia interesu ogólnego.
Potęga korupcji
Teza, że korupcja stała się napędową siłą prywatyzacji, a tym samym całej transformacji, mogłaby się oczywiście komuś nie spodobać, no bo gdzie są prokuratorskie dowody. Gdzie są dowody na to, że prywatyzatorzy rzeczywiście przed sprzedażą dopuszczają do załamania banków czy fabryk. Albo, gdzie są namacalne dowody, że w przypadku jakiegoś banku czy fabryki, ktoś rzeczywiście wykorzystał nadarzającą się okazję, żeby zaniżyć cenę majątku dla własnej korzyści.
Ktoś by mógł rzec, że przedstawione wcześniej wyliczenia na temat skandalicznie zaniżonych wycen to nie dowód na korupcję, gdyż gdyby to była prawda to mielibyśmy do czynienia z nie kończącymi się procesami nieuczciwych decydentów. Tyle, że w Polsce, nie mówiąc o Rosji, wymiar sprawiedliwości jest absolutnie niesprawny. Wykroczenia prywatyzacyjne zwykle nie są ścigane, a nawet jeśli dochodzi do rozpraw sądowych, sam wynik procesu zwykle bywa do kupienia.
Może u kogoś pojawić się inna wątpliwość, czy istotnie korupcja państwa rządzi sprzedażą majątku, gdyż nie bardzo wiadomo dlaczego korupcja miałaby prowadzić do zaniżania cen. Gdyby ceny były sztucznie zaniżone potencjalni nabywcy zaczęliby walkę między sobą. Zadziałałby więc rynek, czyli prawo popytu i podaży. Pod wpływem nadmiernego popytu musiałyby podnieść się ceny podaży majątku, na tyle że ostateczny nabywca zapłaciłby jego pełną wartość rynkową.
Tam, gdzie rządzi korupcja, nie rządzi jednak żaden rynek, ale zmowa, w której sprzedający decyduje o tym kto dokładnie dostanie majątek. Po to, żeby zaoferować zaniżoną cenę oraz wyciągnąć łapówkę, taki urzędnik ma tylko jedno wyjście, mianowicie uniemożliwić szeroki dostęp do przetargu na majątek kupującym. Innymi słowy, jedyną naprawdę zgodną z logiką korupcji strategią sprzedaży majątku stał się, jak już sugerowałem, fałszywy przetarg z „gwarantowaną” wypłatą.
Właściwie to chodzi o wielostopniowy proceder, w którym potencjalni nabywcy zagraniczni najpierw na zasadach rynku walczą, żeby z pomocą firm doradczych dotrzeć do odpowiednich urzędników. Najszybszy lub najhojniejszy z walczących wygrywa, po czym następuje nierynkowy przydział. Wytypowany kontrahent ma już zapewniony kontrakt, a inni inwestorzy stanowią tylko parawan albo służą jako gwaranci na wypadek jeśli taki „robiony bieg” nie zadziała od razu.
Ale nawet jak uporamy się z tymi dotyczącymi wyceny, ktoś mógłby kwestionować czy istotnie korupcja rządzi wszystkim, bo gdyby to była prawda to bezkarni sprzedający sami przyjęliby za bezcen majątek zamiast oddawać go obcym nabywcom. Takiej alternatywy jednak nie było, gdyż – ze względu na wspomniany wcześniej tragiczny stan gospodarki – żadni krajowi pretendenci, włącznie z decydentami, nie mogli marzyć o osiągnięciu trwałych zysków z przejętych obiektów.
Do tego dochodzi fakt, że urzędnicy dysponujący majątkiem nie byli zainteresowani zagarnięciem fabryk czy banków na stałe, nawet gdyby miały przynieść dobre zyski. Nie marzyli o zostaniu kapitalistą, nie tym z marksowskiej groteski, ale ciężko pracującym i pilnie oszczędzającym osobnikiem. Pragnęli oni głównie zdobycia łatwego pieniądza i dostępu do rozrzutnej konsumpcji, żeby odbić sobie do woli młode lata, które ponoć podle im zmarnował siermiężny komunizm.
Nawet gdyby się zgodzić z powyższym, pozostaje kolejna wątpliwość, że skoro sami sprzedający nie mieli ochoty na przejęcie na własność prywatyzowanego kapitału, dlaczego wybrali z reguły obcych zamiast lokalnych nabywców. Nie można dowieść przemożnej roli korupcji, dopóki się starannie nie wyjaśni, dlaczego nieuczciwi urzędnicy mieliby wzgardzić łapówkami oferowanymi ze strony lokalnych inwestorów na rzecz prowizji płynących od ich zagranicznych rywali.
Można by na to odpowiedzieć, że słabsi finansowo lokalni inwestorzy nie mogli przebić zagranicznych, ale to nie jest koniec sprawy. Zresztą, ponieważ łapówki płacone za darmowy majątek były marne, jak zasiłki, nie wydaje się żeby kwestie finansowe były tutaj najważniejsze. Istotnie, wybór padał głównie na zagranicznych nabywców, gdyż okazali się lepiej przygotowani niż krajowcy do działania w warunkach chronicznej korupcji jaka zapanowała w Polsce.
Trzeba pamiętać, że korupcja to świat ciemnych zakulisowych konszachtów, więc żeby w nim sobie radzić, nie tak jak na rynku – w pełnym świetle – trzeba opanować specjalne reguły. Jedną z nich jest, żeby nielegalnie układające się strony, bez możliwości odwołania się do prawa, mogły sobie ufać. Obcy nabywcy okazali się bardziej godni zaufania od krajowych pretendentów, gdyż przyjęli wypróbowana zasadę, że należy bezwzględnie wywiązywać się z przyjętych zobowiązań.
Zagraniczni nabywcy okazali się nie tylko bardziej wiarygodni jeśli chodzi o warunki szemranych umów, ale byli też w stanie bardziej skutecznie podporządkować polskich urzędników. Przyjęli zasadę opłacania wszystkich rywalizujących frakcji decydentów i to na jak najwyższym szczeblu. Zabrali się też do skrupulatnego zakładania kompromitujących dossier na wypadek wyłamania się zamieszanych w afery, co przemieniło Polskę w prawdziwie egzotyczną „krainę teczek”.
Podsumowanie
Nie ma, jak widać, innego wyjścia jak odrzucić kolejny wyjątkowo niedorzeczny pogląd na temat reform, że najlepszą gwarancją na szybkie usprawnienie systemu było masowe wpuszczenie obcych inwestorów, z ich większym doświadczeniem rynkowym i szacunkiem dla prawa. Z pewnością prywatyzacja majątku, który przechwycili obcy nabywcy, nie dostarcza na to dowodów, odwrotnie, w procesie zakupu zaczęli bezpardonowo gwałcić prawa rynku i nagminnie łamać prawo.
Trudno się temu dziwić, gdyż wśród zagranicznych inwestorów zainteresowanych sprzedawanym majątkiem przeważyły korporacje międzynarodowe. Mają one wyjątkowe doświadczenie robienia interesów w warunkach upadłego państwa, gdyż nie działają tylko w rozwiniętych krajach, jak Unia, gdzie korupcja jest raczej marginesem. Korporacje międzynarodowe są również głęboko zakorzenione w gospodarkach zacofanych, gdzie korupcja jest sposobem przetrwania.
Komparatywna (= względna) przewaga zagranicznych korporacji w korupcji obróciła się zresztą nie tylko przeciw krajowym inwestorom, kapitalistom, ale też przeciw samemu aparatowi państwa. Pierwszych wykluczyły one z procesu prywatyzacji majątku a drugich, czyli samo państwo, jego sprzedajnych decydentów, mimo że ci dostarczyli im ten majątek – niejako na talerzu – za ułamek realnej wartości, korporacje skłoniły do przyjęcia bardzo marnych łapówek.
Najlepiej jest przekonać się o tym, jak dalece obcy inwestorzy górowali nad sprzedawcami majątku przez zestawienie ukrytych korzyści nabywców z ukrytymi prowizjami dla urzędników. Prowizje można szacować na 2-4 procent wpływów z prywatyzacji równych 18-23 miliardów dolarów. Chodzi o 0,4 do 0,5 miliarda dolarów, co stanowi tylko pół procent 216 miliardów dolarów kapitału, który na czysto – po odliczeniu cen – zyskali zagraniczni nabywcy w zamian za łapówki.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
HANDLARZE ZŁOMEM
Z nadgorliwego apologety komunizmu inteligencka elita przekształciła się w jego najbardziej zdeterminowanego przeciwnika, żeby następnie zostać poplecznikiem innej dewiacji – kapitalizmu z obcym kapitałem i lokalną pracą.
Państwo nie jest anonimowe, a władza jest personalna, więc nie powinno być kłopotu z wyjściem poza ogólną analizę mechanizmów wyprzedaży majątku i ustaleniem jakie siły polityczne wykonały tę operację. Jako ekonomista nie powinienem wchodzić na teren, który należy do politologów, ale ci nie są skorzy do udzielenia odpowiedzi. Choć odpowiedź jest prosta, mianowicie, że wszystkie dotąd rządzące ośrodki przyłożyły się do tej wyprzedaży, tyle, że w nierównym stopniu.
Siła przewodnia
Szukając politycznych sił związanych z wyprzedażą majątku należy zacząć od analizy głównych grup interesu oraz ról, które te grupy wzięły na siebie w procesie wywłaszczenia. Kiedy się spojrzy na ten proces z tej perspektywy, wyłania się obraz przechodzenia do kapitalizmu, które stanowi wynik konfliktu dwóch grup. W jednej znaleźli się ci, którzy przy okazji chcieli po prostu zostać sami kapitalistami a w drugiej ci, którzy myśleli raczej o innych korzyściach niż kapitalizm dla siebie.
Sądząc po wynikach, czyli wywłaszczeniu kapitału na rzecz zagranicy, w tym konflikcie grup interesu prawie natychmiastowe zwycięstwo musiały odnieść nie te kręgi, które były zainteresowane przejmowaniem kapitału, by zostać produktywnym kapitalistą. Były to raczej kręgi, które wykorzystały władzę by stać się „pośrednikami” w wyprzedaży majątku w obce ręce. Wszystko z myślą o zaspokojeniu swych zgoła niekapitalistycznych potrzeb, czyli wybujałej konsumpcji.
Za tym zwycięstwem kryje się przede wszystkim zaskakująca wygrana stosunkowo mało liczebnej grupy, mianowicie trzonu inteligencji, prawie wyłącznie miejskiej. Ukształtowana w dużym stopniu przez opozycję wobec komunizmu grupa ta nie zdobyła sobie wielkiego wyborczego poparcia. Mimo braku tego poparcia, proces reform został podporządkowany tej grupie pozbawionej niestety bezpośredniego interesu w przywróceniu kapitalistycznej produkcji.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że główne inteligenckie środowiska przyłączyły się do opozycji wobec komunizmu nie z potrzeby kapitalizmu, czyli chęci stania się samemu kapitalistami. Chodziło im raczej o poszerzenie sfery wolności, często traktowanej jako wyższe dobro, samo w sobie. Dopisano do tego misję, żeby wzorem polskiej przeszłości nieść wolność ogółowi, choć nie było dla tych inteligenckich kręgów do końca jasne jak należy dokładnie rozumieć sens wolności.
Inteligenckie starcie ze skazanym na upadek komunizmem nie miało jednak charakteru wyłącznie ideowego, gdyż doszły do tego silne interesy osobiste, tym większe im bliżej znaleźli się ośrodków władzy. Z tegoż dokładnie powodu, gdy doszło do wyboru modelu prywatyzacji, środowiska inteligenckie użyły swoich wpływów nie dla zagarnięcia kapitału na własny użytek, bo go raczej nie chciały dla siebie. Użyły tych wpływów w tym celu, żeby z korzyścią własną sprzedać kapitał innym.
Na wyborze modelu prywatyzacji zaciążyła też typowa dla polskiej inteligencji awersja wobec charakterologicznie odmiennych kapitalistów, tyle, że tym razem przyjęła ona szczególną formę.
Jej potępienie spadło nie na wszystkich kapitalistów, ale wyłącznie na miejscowy żywioł kapitalistyczny. Żywioł ten uznano za zbyt prowincjonalny, żeby sobie poradził we współczesnym – globalnym – kapitalizmie, w ich miejsce powinni, więc przyjść światowcy z zagranicy.
Z powyższego rozumowania inteligenckie środowiska zdołały wyeliminować względy moralne, które mogłyby sugerować, że prowincjonalni czy nie, krajowcy mają prawo do własności tego co wypracowali bardziej niż ktokolwiek inny. Za tym kryło się ogólniejsze przekonanie tych kręgów, że nie należy mieszać kapitalistycznego rynku z tradycyjną moralnością, lub inaczej – ekonomii z socjologią. Zinterpretowali wolność gospodarczą jako formę społecznego nihilizmu.
Miało to niemałe znaczenie praktyczne, gdyż, zanegowanie moralności, jako bazy nie tylko rynku, ale każdej społecznej instytucji, stało się wygodnym usprawiedliwieniem dla sprzedaży ogólnego majątku bez oglądania się na prawo. W ten sposób, przynajmniej w ich oczach, dopuszczalna stała się powszechna praktyka zaniżania, cen w celu uzyskania prowizji przy zmianie właściciela zasobów kapitału z organu państwa na prywatną osobę, czyli na zagranicznego rezydenta.
Żadna inna grupa społeczna otwarcie nie przyjęła tej filozofii, nie wszystkie jednak rzuciły wyzwanie inteligencji. Niektóre z nich wręcz związały się z tymi kręgami w celach sprawowania władzy, chodzi głównie o robotników z dawnej opozycji – nielegalnych związków. Część tej grupy zawsze chciała, żeby kapitał został rozdany czyniąc kapitalistów ze wszystkich. Ale jej trzon szybko przesunął się w stronę wyprzedaży zagranicy za korzyści własne, czyli preferencyjne akcje.
To te dwie grupy, bez ambicji stania się kapitalistami, a w pewnym sensie nawet anty-kapitalistyczne, solidarnie, wykluczyły z gry o narodowe zasoby lokalne grupy, które chciały kapitalizmu dla siebie, czyli prokapitalistyczne. Co zakrawa na ironię, wśród pokonanych znalazła się jedyna ważna grupa, która za komunizmu zachowała własność – chłopi. Z tego tytułu byli bowiem wyjątkowo przygotowani do wykorzystania możliwości jakie daje normalny – ludzki – kapitalizm.
Narzucona przez inteligencję, jako „siłę przewodnią”, wyprzedaż w ręce zagraniczne zostawiła też na lodzie inną, tyle, że znacznie mniej zasobną, pozostałość po kapitalizmie, mianowicie wywłaszczonych po wojnie przedsiębiorców i kamieniczników. Jedyną szansą była dla nich reprywatyzacja przeprowadzona na tyle szybko, żeby ich zagarnięta własność nie została ponownie zagarnięta, tym razem przez zagranicznych inwestorów; do takiej reprywatyzacji nigdy nie doszło.
Wśród wyłączonych znaleźli się też dotychczasowi komunistyczni dyrektorzy banków i fabryk, którzy w przeciwieństwie do przedwojennych właścicieli zebrali bogate doświadczenie w zarządzaniu kapitałem. Sądząc po krajach rozwiniętego kapitalizmu, stanowili oni grupę najlepiej przygotowaną do przejmowania kapitału, ale odebrano im tę szansę argumentując, że jako związani z komunizmem nie mają do tego moralnego tytułu, ale mają go obcy nabywcy bez pytania o przeszłość.
Propaganda wyprzedaży
Kiedy się czyta powyższy opis swoistego „konfliktu klasowego” w którym grupy zainteresowane kapitałem ścierają się z tymi, którzy go nie chcą, rodzi się pytanie co to takiego pozwoliło trzonowi inteligencji stać się „siłą przewodnią” rodzącego się „niekompletnego kapitalizmu”. Przecież, inteligencja była nie tylko słaba liczebnie ale jej ewentualne korzyści z wywłaszczenia na rzecz zagranicy – prowizje – bladły w porównaniu z tym co mieli finansowo do zyskania lokalni nabywcy.
Kręgi inteligenckie wygrały, głównie dlatego że przejęły z komunizmu najważniejszy instrument władzy, czyli środki przekazu. Nie chodzi o to, że pojawił się jeden organ, ale o to, że najbardziej wpływowe media, choć wolne od państwowej cenzury, przyjęły tę samą generalną linię programową. Z wymianą redaktorów naczelnych nastąpiła niesłychana wulgaryzacja mediów, powrót do wczesnych wzorów komunistycznych, gdy demolowano tzw. wrogów klasowych.
Wykonując wyrok na sobie, inteligencja stoczyła się z obrońcy wyższej kultury do nosicielki anty-kultury, ale jednocześnie zyskała szansę bardziej skutecznego narzucenia społeczeństwu fałszów wspierających wyprzedaż majątku. W tym kłamstwa, że komunizm zostawił gospodarkę w tak kiepskim stanie, że fabryki i banki to złom, który powinien zaraz znaleźć solidnego użytkownika – najlepiej cudzoziemca. Oraz, po cenie złomu, żeby broń boże się nie rozmyślił.
W jednej, wspartej przez media, wersji stwierdza się, że odziedziczono złom, gdyż komunizm doprowadził do kompletnego fizycznego zużycia majątku trwałego. Wskaźniki zużycia są rzeczywiście wysokie, co nie zmienia jednak faktu, że niezużyta – aktywna – część polskiego majątku ciągle była bardzo dużo warta. Innymi słowy, ile by nie było tego złomu w postaci zużytych maszyn, nie miało to wcale wpływu na wartość sprzedawanych niezużytych maszyn.
Zgodnie z inną wersją, kiedy upadł komunizm, upadła też produkcja, więc ile by nie włożono kiedyś w budowę zakładów czy organizację banków dla nabywcy, to niewiele znaczyło, bo liczą się tylko zyski z przyszłej produkcji. Nie wiadomo jednak, dlaczego początkowe załamanie produkcji miałoby przekonać potencjalnych nabywców, że przyszłe zyski też będą marne. Jak gorliwie podają te same media, zaraz po załamaniu produkcja oraz zyski zaczęły przecież szybko rosnąć.
Najlepiej widać zabiegi środków przekazu na przykładzie poszczególnych sektorów, jak choćby finansów. Ile razy zaczynają się przygotowania do sprzedaży banków, pojawiają się lamenty, że tak źle działają bo np. wieki trwa realizacja zwykłego czeku. Od czasu to czasu do rangi niezwykłego wydarzenia urasta też informacja na temat bankructwa jakiegoś krajowego banku, tak jednak małego, że mało kto o nim kiedykolwiek słyszał, a jeszcze mniej miało z nim do czynienia.
Kiedy jednak trzeba pochwalić tzw. liberalnych reformatorów, że ci ratują bankowość, tak jak inne wystawione pod młotek sektory, ton mediów się zmienia. Nagle okazuje się, że od 1994 r., przed falą wyprzedaży, gdy rząd oddłużył banki w formie obligacji, stały się one najbardziej zyskowną dziedziną gospodarki. Nie tylko, że wyróżniają się na tle zbankrutowanych banków czeskich, czy tych rosyjskich – mafijnych, ale mają wyniki finansowe lepsze od banków unijnych.
Urabianie opinii przez środki przekazu okazało się na tyle skuteczne, że mało kogo zdziwiło, że zdrowe banki – z aktywami rzędu aż 90 miliardów dolarów – po 1994 r. zostały prawie w całości sprzedane zagranicy za 3 miliardy dolarów, czyli za darmo. Gdyż dokładnie tyle państwo wypłaci bankom do 2004 r. z budżetu w formie oprocentowania wspomnianych oddłużeniowych obligacji, które wraz z innymi aktywami przeszły w ręce nowych zagranicznych właścicieli.
Gdyby jednak ktoś śmiał się sprzeciwić tego rodzaju wywłaszczeniowej operacji, media mają nań repertuar niewybrednych ataków. Gdyby, na przykład, ten ktoś wspomniał, że nie należy chyba wszystkiego wyprzedawać zagranicy, dopadną go oskarżeniem, że jest szowinistą. Nigdy jednak dotąd nie przyszło ludziom mediów do głowy, by użyć jakiegoś odpowiedniego określenia na tych, którzy myślą, że najlepiej będzie wtedy jak w polskich rękach zostanie nic, ino sznur.
Na śmiałka, który z kolei zechciałby kwestionować ceny, po których majątek jest upłynniany, środki przekazu mają inną inwektywę. Na temat zaniżonych cen może bowiem rozprawiać tylko osobnik, który ma jakieś złudzenia na temat tego, że komunizm był w stanie tworzyć coś więcej niż złom. Z rozpędu, taki krytyk wyceny majątku, może nawet oberwać od machiny jako nieżyciowy sympatyk pokonanego komunizmu, czy – zgoła pogardliwie – jako komuch.
A prawda jest taka, że jeśli można w ogóle mówić o złomie w kontekście polskiej prywatyzacji to nie tak jak sobie życzą główne środki przekazu, że zastany kapitał był wart tyle co złom, ale że ten kapitał został potraktowany jak złom. Z pomocą środków przekazu sprzedano banki i fabryki, właściwie to całą Polskę w cenie złomu, rękami ludzi, których ominęły dotąd epitety. Z racji charakteru ich zajęcia należałoby od zaraz zacząć ich nazwać „handlarzami złomem”.
Zgrana władza
Inteligencji nie mogło wystarczyć samo przejęcie kontroli nad mediami. Żeby zdobyć władzę, potrzebowała ona też politycznej organizacji do realizacji swych celów. Stała się nią z początku Unia Demokratyczna, potem przemianowana, w tym samym duchu orwellowskiej nowomowy, na Unię Wolności. Nie mógł to być żaden innych duch, gdyż nikt inny poza tą partią nie zaangażował się z podobną silą w pozbawienie ogółu ludzi bazy, na której opiera się wolność, czyli ich własnego kapitału.
Unia przejęła ster władzy pierwsza, w 1989 r., ale nie bez wsparcia ze strony niezależnych związków zawodowych, głównie robotniczych. Był to stosunkowo zrozumiały sojusz, gdyż obydwie siły miały ten sam polityczny rodowód, antykomunistyczną opozycję. Byłe związki były dostatecznie silne, żeby wziąć rządy we własne ręce, ale ich kierownictwo postanowiło stronić od polityki. Zdecydowano, że w imieniu dawnej opozycji zmianami ustrojowymi pokieruje inteligencja.
Korzystając z wyjątkowej okoliczności, że trzeba było od podstaw sformułować program reform, Unia, z Balcerowiczem, podjęła się tego dzieła. Gdy w 1991 r., w miejsce rządu, w którym przypadły mu finanse, przyszedł następny, też z Unią, ale bez Balcerowicza, ruszyła integracja, z inną Unią, Europejską. Już wtedy było jasne, że główną techniką tej partii będzie radykalna sprzedaż inwestorom zagranicznym pod presją najprzeróżniejszych formalnych wymogów związanych z integracją.
Nie tego spodziewali się robotniczy sojusznicy, gdyż liczyli na to, że albo majątek zostanie w rękach państwa, tyle, że będzie zarządzany zgodnie z interesem robotników, albo, że zostanie rozdany wszystkim. To był tylko jeden z powodów do narastających zatargów w rządach byłej opozycji; innym był fakt, że nie doszło do obiecanej poprawy gospodarczej. Zaczął się natomiast okropny kryzys lat 1990-1992, który uderzył głównie w państwowy przemysł, czyli w bastion robotników.
Sytuację tę wykorzystały, odsunięte od władzy, partie wywodzące się z dawnego okresu tak, że w wyborach 1993 r. kontrolę nad gospodarką przejęła koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Nastąpił głęboki zwrot, gdyż zamiast żyć widmem komunizmu, jak była antykomunistyczna opozycja, koalicja zajęła się widmem kapitalizmu. Zdecydowała, że od ostrej walki o reformy ważniejsza jest walka z ostrym kryzysem gospodarki.
To dlatego pod rządami tej koalicji doszło do wyhamowania tempa prywatyzacji, jak to mówili wtedy odsunięci od steru ludzie Unii – prawie o połowę. Zamiast na siłę sprzedawać majątek państwa, lewicowa koalicja zaostrzyła nadzorczą kontrolę nad sektorem państwowym oraz wprowadziła zmiany w przepisach – zwane komercjalizacją. Miały one zwiększyć kompetencje państwowej dyrekcji, tak by zbliżyć warunki jej działania do sektora prywatnego.
Choć doszło do potrzebnego zwolnienia tempa transferu majątku za granicę, dopuszczono do kilku nierozważnych sprzedaży, np. całego sektora cementowego oraz wyrobów tytoniowych. Ważniejszy jest jednak fakt, że rządy lewicowej koalicji stanowią jedyny okres, kiedy świadomie starano się skierować kapitał głównie w ręce krajowe. Na ten okres przypadł rozwój krajowych tzw. holdingów w przemyśle, których zarządy znalazły się głównie z rękach byłej partyjnej nomenklatury.
Świadoma tego, że żadne preferencje dla krajowych nabywców na nic się nie zdadzą ze względu na narzucone Polsce pod rządami Unii Wolności zobowiązania otwarcia gospodarki na obrót towarem i kapitałem, koalicja podjęła jedyny jak dotąd krok, który mógł uratować kraj przed wywłaszczaniem. Podjęto próbę stworzenia zapory w postaci zgrupowanych wokół państwowych banków oraz ubezpieczyciela -monopolisty nowego typu holdingów – ale program ten szybko ugrzązł.
Trudno jest te wszystkie fakty zaakceptować byłej opozycji antykomunistycznej, jak również prawicy jako takiej, gdyż żyje ona obrazem partii z okresu komunistycznego jako sił antypolskich. Z tych samych powodów prawicowe partie niechętnie mówią o własnych dokonaniach po 1997 r., kiedy na zasadzie rykoszetu wyrwały władze lewicowej koalicji. Mają do tego realne powody, gdyż największą wyprzedaż zagranicy dokonały te właśnie siły, programowo narodowe.
Najbardziej szkodliwym aktem prawicy było przekazanie w ręce zagraniczne całego systemu finansowego, który obraca pieniądzem, dzięki któremu – z kolei – obraca się rynek. Kiedy odchodziła lewicowa koalicja, udział obcego kapitału w bankach wynosił poniżej 20 procent. Dzięki prawicy ten udział podniósł się do wspomnianych wcześniej 75 procent. Co więcej, lewica trzymała większość ubezpieczeń w gestii krajowej, gdy za sprawą prawicy są one już głównie w obcych rękach.
Szczególną rolę w tej prawicowej koalicji odegrała Unia, gdyż znowu na zasadzie tzw. pasa transmisyjnego z komunistycznych czasów, gdy związki szły za partią, związkowy trzon AWS lub Akcji dał gospodarkę Unii, czyli Balcerowiczowi. Zaczął swe rządy od decyzji, żeby bez żadnej zwłoki sprzedać zagranicy pozostałe banki. Ale gdy Unia, wraz z nim, wyszła z koalicji, orgia wyprzedaży się nie skończyła, o czym świadczy m.in. ostra „walka” rządu Akcji o niepolski cukier.
Podsumowanie
Nie da się więc utrzymać ogólnie przyjętego poglądu, mianowicie że główną przeszkodą w budowie kapitalizmu od początku były przeżytki komunistycznego myślenia reprezentowane przez siły polityczne sprzed upadku komunizmu. Jest w tym trochę racji, gdyż istotnie intelektualna spuścizna z dawnego okresu boleśnie odbiła się na zmianach ustrojowych, tyle, że wyłącznym nosicielem tego przeżytku okazała się była opozycja antykomunistyczna, zwłaszcza inteligencka.
Inteligencja nie przyjęłaby, wzorem komunizmu, wrogiej postawy wobec krajowych kapitalistów, gdyby nie jej gorliwa akceptacja idei internacjonalizmu. Nawet za trudnych czasów komunistycznych, internacjonalizm, z negacją narodu, nie był jednak traktowany tak poważnie jak obecnie. Miał on co najwyżej charakter sloganowy, gdyż nikomu z komunistycznych władz nie przyszłoby do głowy, żeby dzielić się narodowym kapitałem z innymi krajami, nawet spośród tzw. obozu.
Wdrażanie takiej doktryny jak internacjonalizm, czy to w imię wspólnoty robotników, jak w podręcznikowym komunizmie, czy wspólnoty kapitalistów z „niekompletnego kapitalizmu”, wymaga zakwestionowania tradycji moralnej. Gdy w komunizmie odbierano własność prywatną, moralność była naginana przez partię. Przy budowie „niekompletnego kapitalizmu” przez wywłaszczenie narodu doszło jednak – przy udziale inteligencji – do odrzucenia moralności.
Choć nikt nie potrzebował inteligencji, żeby zachęcała go do przyjęcia kapitalizmu, zabrała się ona jednak do propagandy „wyższości” kapitalizmu, tego „niekompletnego”, nad komunizmem. Zrobiła to w rewolucyjnym stylu, który monopartia porzuciła na długo przed upadkiem komunizmu. Zamiast zająć się polepszeniem bytu przeciętnego człowieka, była opozycja, jako „przeżytek komunizmu”, wybrała jego rewolucyjne uświadamianie – w nieświadomości klęski.
CZĘŚĆ TRZECIA
PRZEKLEŃSTWO HISTORII
Likwidacja narodowego kapitału przez półdarmową wyprzedaż zagranicy stawia Polskę w sytuacji gorszej niż kiedykolwiek w nowoczesnej historii jej gospodarki. Od dwóch już stuleci Polska zmaga się o zachowanie narodowej kontroli nad swym majątkiem, głównie w obliczu gospodarczej ekspansji jej sąsiadów. Tak było oczywiście w okresie zaborów, czy to w drodze niemieckiego rugowania z ziemi czy rosyjskich konfiskat majątków.
Polska ziemia, jako główny składnik narodowego kapitału, przechodziła wtedy w obce ręce z reguły za ułamek wartości. W niemieckim zaborze działo się tak pod presją długów, a w zaborze rosyjskim ze względu na krótki czas wyznaczony na sprzedaż posiadłości. Na to, żeby pozbawić Polaków wszystkich zasobów, zaborcy potrzebowaliby jednak następnych stu lat, pod koniec, których wyrwaliby z polską ziemią również korzenie polskości. Do tego nigdy nie doszło, gdyż w międzyczasie Polska odzyskała niepodległość. Nadal jednak pokaźna część zasobów kapitałowych była w rękach zagranicznych, zwłaszcza w niemieckich, ale już nie w rosyjskich. Dopiero, gdy nastał komunizm po raz pierwszy we współczesnej historii Polski kapitał stał się wyłącznie narodowy. Jakkolwiek silna była wtedy rosyjska kontrola polskiej gospodarki nie zmienia to oczywistego faktu, że rosyjscy mocodawcy nie mieli tytułów własności. Natomiast po upadku tego jak by nie było narodowego komunizmu, zaledwie w ciągu dziesięciolecia, wyłonił się nienarodowy kapitalizm. Ponieważ większość kapitału, banków i fabryk, znalazła się w rękach zagranicznych, w tych też rękach znalazła się prawie pełna kontrola gospodarki. W tym sensie, czyli pod względem suwerenności gospodarczej, w wyniku wywłaszczeniowej prywatyzacji, sytuacja uległa nagłemu pogorszeniu. Sprzedany majątek trafił raczej do rak niemieckich, a w każdym razie nie do rosyjskich, także obecnego ograniczenia suwerenności nie można dalej przypisywać Rosji. Mimo tych niezbitych faktów, jedyne zewnętrzne zagrożenie, które przykuwa dzisiaj uwagę większości Polaków jest nie to realne, ale to nieistniejące – rosyjskie. Nic chyba bardziej nie świadczy o niskim stanie świadomości przeciętnego obywatela oraz o tym, jak bezmierny musi być cynizm tych, którzy z racji dostępu do władzy manipulują zbiorową świadomością. Po to, żeby żałosne dzieło rozdrapywania polskiego kapitału doszło do swego naturalnego końca, czyli do pełnej likwidacji polskości.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ZAKŁAMANA PRZESZŁOŚĆ
Nie mogło się udać przejście z komunizmu do kapitalizmu, gdyż mało kto rozumie czym był komunizm, nawet ta część społeczeństwa, czyli większość, która uważa szczytową dekadę późnego komunizmu za gospodarczo najlepsze lata po wojnie
Istotą „polskiej drogi” do kapitalizmu jest manipulacja historią dla doraźnych korzyści tych, którzy marnują historię. Najlepiej o tym świadczą ciągle odwołania tzw. liberałów do dekady Gierka. Jest to ponoć okres bezsensownego uzależnienia gospodarki oraz wynikającego stąd krachu. Dopiero na tym tle można ponoć ogarnąć gospodarcze uniezależnienie oraz zbudowany na nim cud obecnej dekady Balcerowicza. Niestety, porównanie wypada mocno na korzyść Gierka.
Zapomniane reformy
U podstaw tezy tzw. liberałów, że polityka Gierka, będącego u steru partii w latach 1970-1980, dopuściła do nadmiernego uzależnienia gospodarki od zagranicy leży opinia, że tak jak wszyscy partyjni liderzy bal się reform gospodarki. Były one potrzebne dla rozruszania gospodarki, ale wymagały delegowania władzy w dół, z czym wiązało się ryzyko utraty kontroli. A to dlatego, że jak ktoś poza ścisłym centrum zasmakuje uroków władzy to zaraz będzie chciał jej więcej, kosztem tegoż centrum.
Według tej szeroko przyjętej interpretacji, w obliczu kulejącej gospodarki zostawionej przez Gomułkę, Gierek miał ograniczony wybór. Doszło do zastoju gospodarczego, gdyż ze względu na niską wydajność, brakowało środków na inwestycje. Zwiększenie wydajności wymagałoby głębszych zmian systemowych, których nikt nie brał poważnie pod uwagę. Jedynym wyjściem okazały się zagraniczne kredyty na zakup dóbr inwestycyjnych, tak więc zaczęło się pożyczanie.
Nic nie jest jednak dalsze od prawdy, gdyż reformowanie było ostatnią rzeczą, od której musieli stronić partyjni przywódcy. Przecież komuniści zaczęli od gigantycznej reformy, jaką było zburzenie podstaw kapitalizmu. Wynikało to z ich wiary, że można organizować gospodarkę w dowolny sposób, tak by polepszyć wykorzystanie zasobów, kapitału czy pracy. To nastawienie nigdy się nie zmieniło; reformy szły nieustannie, tyle, że już na wyraźnie skromniejszą skalę.
Ci nieliczni spośród tzw. liberałów, którzy dostrzegają fakt, że mono-partia ciągle grzebała w systemie gospodarki, uważają z kolei, że nie miało to większego znaczenia. Nie były to bowiem prawdziwe reformy, ale zabiegi kosmetyczne, głównie obliczone na dobre wrażenie, zwłaszcza w wydaniu nowych liderów. Nie inaczej miał, ich zdaniem, postąpić Gierek, kiedy doszedł, więc do władzy, żeby pokazać swój dynamizm, zarządził huczne reformy, aby je następnie szybko porzucić. Znowu nie ma w tym łutu prawdy, gdyż za Gierka doszło do bardzo ważnych zmian ustrojowych, zresztą utrzymanych w tym samym duchu co reformy jego poprzednika, Gomułki. Tak jak w przypadku Gomułki, reformy Gierka dokonały dalszej erozji systemu komunistycznego. Nawet jeśli oficjalnie głoszono, że wprowadzane przez partię reformy mają służyć utrwaleniu scentralizowanego porządku, prowadziły one do systematycznego odchodzenia od komunizmu.
Niczego innego nie mogła przynieść decyzja Gierka, żeby rozczłonkować centrum gospodarcze, przekazując kompetencje z organów planowania do tzw. ministerstw branżowych. Proces planowania, z milionami formularzy idących do góry oraz tysiącami decyzji idących w dół, stał się nagle mało ważną formalnością. Dla przeciwwagi skoncentrowano produkcję w tzw. zjednoczeniach branżowych, co tylko pociągnęło za sobą dalszą decentralizację decyzji.
Nie może być więc mowy o strachu przed decentralizacją władzy, gdyż nie tylko, że do niej doszło, ale stało się tak nie przez przypadek. Zmiany były potraktowane przez Gierka jako niezbędny warunek skutecznego otwarcia gospodarki na świat, na import i kredyty. To otwarcie było zresztą samo w sobie aktem odwagi, gdyż zdawano sobie sprawę z tego, że wraz z uzależnieniem od zagranicznego importu i kredytu, pole manewru dla władz partii musi się dodatkowo zawęzić.
Krył się za tym, jak i za całym programem reform, swoisty przełom ideologiczny, gdyż marksizm ma wyjątkowo wyraźną awersję do kapitałowego wiązania gospodarki narodowej z zagranicą, nawet ograniczonego. Albowiem każdy kapitał, tak własny jak i obcy, jest traktowany jako nieuchronne źródło eksploatacji pracy, siły roboczej. Praca jest jedynym źródła dobrobytu, bądź, używając marksowskiej frazeologii, tzw. wartości, kapitał może, więc tylko żyć kosztem pracy.
Ze zmianami w systemie gospodarki przyszły też, kto wie czy nawet nie bardziej brzemienne w skutkach, zmiany polityczne, zwłaszcza w naborze kadry. Rozluźniono kryteria ideologiczne, w tym sprawy pochodzenia społecznego czy partyjnej gorliwości, stanowiące źródło tzw. negatywnej selekcji. Nastąpił jednocześnie przełom w stylu sprawowania władzy, gdyż Gierek, jako pierwszy, uznał, że – typowe dla komunizmu – użycie przemocy nie może być instrumentem władzy.
Należy dodać do tego wymiar zewnętrzny, mianowicie to, że za posunięciami Gierka kryła się chęć powiększenia niezależności od Związku Radzieckiego. Tak jak nikt w kierownictwie partii nie starał się obalić komunizmu, nikt na serio nie rozważał oderwania od Związku Radzieckiego. Zainteresowana władzą, ekipa ta postanowiła tylko poszerzyć pole swego działania przez zachodnie kontakty, zwłaszcza z Europą, gdzie ranga komunistycznej Polski podniosła się niezwykle.
Na tym etapie zależność od Związku Radzieckiego nie była odbierana przez przywództwo jako pozbawiona pewnych zalet. Podczas gdy wschodnie granice wydawały się trwałe, zachodnie stały pod pewnym znakiem zapytania. Polska potrzebowała dobrych stosunków z Sowietami, wtedy gdy Gomułka uzyskał od Niemiec Zachodnich potwierdzenie ustalonych po wojnie granic. Jak również wtedy, gdy Gierek przystąpił z kolei do przesiedlenia półtora miliona autochtonów.
Ukrywane realia
Ktoś mógłby ciągle twierdzić, że na polu reform Gierek działał zbyt mało, zwłaszcza w porównaniu z reformami w dekadzie Balcerowicza, pod którym jakby zerwała się tama. Tyle, że przecież reformy ustrojowe to nie jest wyścig na czas, chodzi w nich o to, żeby usprawnić gospodarkę. Gdyby przyjąć tę miarę, to reformy Gierka, choć skromniejsze, dały lepsze wyniki niż reformy Balcerowicza, włącznie z tą sferą, którą najostrzej atakują przeciwnicy Gierka – uzależnieniem. Żeby nie być gołosłownym, weźmy dla porównania siedem lat ujemnych bilansów handlowych dla okresu Gierka z lat 1971-1978 oraz Balcerowicza z lat 1991-1998. Przyjmijmy jako miarę procentowe relacje skumulowanego deficytu handlowego do skumulowanego eksportu za te różne lata. W epoce Gierka deficyty importowe wyniosły 47 procent eksportu a w epoce Balcerowicza – 36 procent, czyli niewiele mniej, w każdym razie na poziomie, który też należałoby uznać za ryzykowny.
Gdyby iść dalej z tym porównaniem dwóch dekad okazałoby się, że po 1978 r. deficyt handlowy został bardzo szybko wyeliminowany, podczas gdy obecny deficyt handlowy najpierw uległ zwiększeniu, by pokazać mały spadek dopiero w 2001 r. Stąd, gdyby przedłużyć okres analizy o następne trzy lata, wtedy w latach 1979-1981 skumulowany import okazałby się mniejszy niż cały eksport, natomiast dla lat 1999-2001 deficyt w imporcie byłby o 66 procent wyższy od całej wartości eksportu.
W obydwu dekadach nierównowaga w handlu zagranicznym znalazła odbicie w rosnącym długu zewnętrznym, gdyż dziurę w obrotach towarowych trzeba było pokryć kredytami. W dekadzie Gierka dług podniósł się od zera do 23 miliardów dolarów, co stanowiło 160 procent przeliczonego na dolary eksportu w 1979 r. W dekadzie Balcerowicza, dług zwiększył się z 48 do 61 miliardów dolarów, co stanowiło ekwiwalent aż 230 procent dolarowego eksportu w 1999 r..
Tzw. liberałowie nie zostawiają suchej nitki na Gierku twierdząc, że nie tylko pożyczył za dużo, ale że użył importu nie na tworzenie mocy eksportowych, ale wsparcie konsumpcji. To nieprawda, gdyż blisko 40 procent importu składało się z dóbr inwestycyjnych, często całych obiektów przemysłowych. Ale krytyka ta jest zasadna jeśli chodzi o okres Balcerowicza, kiedy ten udział wyniósł tylko 15 procent; także efekt proeksportowy okazał się jak dotąd znikomy (Podkaminer 2000).
Bliższe porównanie wyników w eksporcie za Gierka i Balcerowicza potwierdza powyższy kontrast w ich sposobie wykorzystania importu. Okres Gierka to były lata głębokich zmian w strukturze eksportu na rzecz dóbr przetworzonych oraz budowania nowych specjalności (np. obiekty przemysłowe, Poznański 1997). Okres Balcerowicza to lata, w których właśnie doszło do wyhamowania tempa eksportu oraz zamiany Polski w kraj bez żadnej chyba specjalizacji.
Ktoś mógłby starać się zignorować te fakty twierdząc, że bez względu na to jakie były efekty w eksporcie jedynie strategia Gierka tak czy inaczej zawiodła, gdyż w przeciwnym razie Polska nie stanęłaby w 1980 r. na granicy finansowej niewypłacalności wobec swych zagranicznych kredytodawców. W ostatecznym rachunku, właśnie ze względu na niedostateczny potencjał eksportowy, gospodarka stoczyła się w kryzys 1979-1982; należy dodać, jedyny jaki zna dotąd komunizm.
Fakt, że doszło do kryzysu, który kosztował Polskę jedną czwartą jej dochodu narodowego oraz ogromne straty w konsumpcji prywatnej, nie ma jednak wiele wspólnego z sytuacją w eksporcie. Z pewnością dług był dostatecznie wysoki, żeby spowodować pewne perturbacje, ale nie tego typu rujnujący kryzys. Prawdziwym powodem kryzysu nie był wcale brak mocy eksportowych ale niemożność ich mobilizacji przez władze w obliczu niepokojów robotniczych, które wybuchły w 1980 r.
To, że u źródeł recesji tkwił wybuch polityczny, powinno stać się całkiem oczywiste jeśli porówna się Polskę np. z Węgrami, które mimo większego obciążenia długami na jednego mieszkańca uniknęły recesji. Podobnie z bardzo zadłużoną Rumunią, której potencjał eksportowy był znacznie słabszy niż Polski czy Węgier. Stało się tak, gdyż tak Węgry jak Rumunię ominął polityczny kryzys, więc ich władze mogły uruchomić niepopularne instrumenty potrzebne dla opanowania długu.
Jak już chce się oceniać Gierka na podstawie tego, że nie udało mu się uniknąć recesji, to trzeba wtedy przyznać, że Balcerowicz nie okazał się lepszy. Doprowadził do początków recesji w 2000 r., której zarysy przypominają los innych nadmiernie zadłużonych rozwijających się krajów, które wpadły w finansowe tarapaty, jak np. Meksyk w 1994 r. czy Tajlandia w 1997 r. Jeśli Polska pójdzie ich drogą, jej recesja może spowodować straty w produkcji gorsze niż w latach 1979-1982.
Za tym, że obecna recesja może okazać się gorsza przemawia fakt, że obecnie, tak jak za Gierka, ważnym motorem recesji są trudności polityczne, tyle, że nieporównywalnie większe. Za Gierka, recesja stała się nieodwracalna ze względu na zbuntowane społeczeństwo w obliczu spójnego państwa, które miało jak ratować sytuację. Choć za Balcerowicza, w obliczu recesji, społeczeństwo jest spokojne, polityczne warunki są gorsze, gdyż w wyniku korupcji państwo stało się bezradne.
Utajnione porównanie
Obraz dwóch dekad jest ciągle niepełny, gdyż nie wiadomo na ile, mimo recesji, udało się Gierkowi i Balcerowiczowi wykorzystać deficyty handlowe oraz długi zagraniczne dla rozbudowy gospodarki. Nawet gdyby żadnemu z nich nie wyszło pomnożenie potencjału eksportowego, pozostaje ważne pytanie na ile import przysłużył się do powiększenia zasobów kapitału. W końcu, właśnie radykalne powiększenie tych zasobów było ważnym celem obydwu tych liderów.
Z pewnością Gierek osiągnął pod tym względem więcej w swej dekadzie niż Balcerowicz, gdyż zasoby kapitału, mierzone wartością środków trwałych brutto, wzrosły za Gierka po 1970 r. przyjętym jako 100 do 181 w 1980 r., podczas gdy przyjmując 1989 r. za 100 indeks przyrostu za Balcerowicza w 1999 r. wyniósł tylko 123, czyli jedną czwartą tego co dokonał Gierek (i tyle, ile udało się osiągnąć w bardzo trudnych dla polskiej gospodarki latach 1982-1989, za Jaruzelskiego).
Warto przypomnieć, że Gierek zdecydował się na napędzanie gospodarki na kredyt, oraz długami, nie tyle dla samego pomnażania zasobów kapitału, gdyż nie kierował się jakąś obsesją budowania fabryk czy kopalń ale raczej chęcią zapewnienia pracy zbliżającemu się tzw. wyżowi demograficznemu. W tym względzie też osiągnął sukces, który przyćmiewa Balcerowicza, gdyż za Gierka powstało 2.1 miliona, a za Balcerowicza zlikwidowano 2.1 miliona miejsc pracy, czyli jedną piątą.
Upór, z jakim Balcerowicz wpędzał Polskę w wysokie bezrobocie jest niespotykany, gdyż większość tych 2.1 miliona ludzi wywalono na bruk w pierwszych latach jego reform. Gdy w 1994 r. zaczęły się rządy lewicowej koalicji, SLD z PSL, liczba bezrobotnych zaczęła szybko spadać, tak, że pod koniec jej rządów, w 1997 r. wyniosła l milion mniej. Gdy w 1997 r. Balcerowicz wziął gospodarkę w swoje ręce za koalicji AWS z UW, szybko dodano l milion ludzi do statystyk bezrobotnych.
W strategii Gierka mieściło się też zapewnienie realnych przyrostów dochodu, oraz konsumpcji, dla gospodarstw domowych, bo to nie była jakaś kolejna stalinowska industrializacja, kiedy gotuje się stal, ale garnki są puste. Balcerowicz to też nie inne wcielenie Stalina, ale jednak konsumpcja, policzona w cenach stałych, wzrosła za Gierka o blisko 65 punktów procentowych w latach 1970-1979, podczas gdy za Balcerowicza odpowiedni wskaźnik wzrostu wyniósł tylko 35 punktów.
Powyższe porównanie nie oddaje prawdziwego kontrastu, gdyż w wielu ważnych dziedzinach konsumpcji korzystne zmiany za Gierka zostały zniwelowane za Balcerowicza, jak np. w spożyciu mięsa. Polak spożywał 49 kilogramów rocznie w 1970 r. ale już 69 kilogramów w 1980 r., 20 kilo, czyli 40 procent więcej. Jeszcze w 1989 r. za Rakowskiego spożycie było takie jak w 1980 r., by spaść do 57 kilogramów w 1997 r., o 12 kilogramów lub 20 procent (Załącznik 3).
Gorzej wypada też epoka Balcerowicza w sferze kultury; z pewnością jeśli mierzyć ją ilością sprzedanych książek, trzeba przyznać, że zawsze jedną z najniższych w powojennej Europie. W 1970 r., gdy zaczęła się epoka Gierka, na tysiąc mieszkańców przypadało 3451 książek, ale w 1980 już 4136, a – po jego odejściu – za Jaruzelskiego, w 1989 r., aż 4165. W 1997 r., już w tzw. „wolnej Polsce”, pod rządami Balcerowicza, sprzedano 2425 książek, czyli 1800 woluminów mniej.
Gdyby przyjąć jako wskaźnik dostępność mieszkań, zwykle umieszczoną wysoko na skali preferencji konsumentów, za Gierka liczba izb na tysiąc mieszkańców wzrosła z 19,4 w 1970 r. do 23,3 w 1980 r.., czyli o jedną piątą, podczas gdy za Balcerowicza liczba ta spadła do 8,5 izb, czyli aż o dwie trzecie. Jednocześnie, ogólna powierzchnia użytkowa mieszkań uległa redukcji między 1980 r. i 1999 r. z 13,9 do 7,2 kilometrów kwadratowych, czyli o prawie połowę.
Co więcej, zmiany w konsumpcji w tych dwóch dekadach dokonały się przy innych założeniach jeśli chodzi o podział korzyści ze wzrostu narodowej produkcji. Za Gierka, podział był z pewnością zbyt spłaszczony, co stanowi grzech komunizmu, ale ciągle w zgodzie z koncepcją nowoczesnego państwa, które nie toleruje biedy. Za Balcerowicza, w biedę zostały wpędzone całe grupy zawodowe, zwłaszcza rolnicy, a biedni ogółem stanowią już jedną czwartą ogółu.
Powyższe porównania oczywiście nie mają służyć wykazaniu wyższości komunizmu nad kapitalizmem, jak chcieliby tego tzw. liberalni krytycy. Tutaj chodzi tylko o wydobycie na jaw wstydliwie ukrywanych statystyk dotyczących porównania konkretnego przypadku komunizmu oraz kapitalizmu.
Z takiego zestawienia niestety wynika, że skazany na zagładę komunizm radził sobie lepiej za Gierka niż kapitalizm w wydaniu Balcerowicza, też chyba skazany na zagładę.
Wyrażając się bardziej dobitnie, nie chodzi o wybielanie komunizmu nawet z tych najlepszych jego lat za Gierka, ale raczej o obnażenie zwyrodniałego kapitalizmu ostatnich lat, gdy doszło do klęski.
W tym sensie, jest to też próba ukazania wyższości normalnego kapitalizmu, takiego jak w Unii Europejskiej, który „pracuje” na wszystkich ludzi, z nienormalnym, jak w Polsce, który „pracuje” na uprzywilejowane warstwy, zresztą głównie nie z kraju ale z zagranicy.
Podsumowanie
Konieczne jest – jak widać – rozstanie się z marnym mitem dotyczącym oceny niedawnej przeszłości, mianowicie, że reformy tzw. liberalne przeniosły gospodarkę z piekła do raju, z łap Gierka w dłonie Balcerowicza. Balcerowicz nie zabrał Polski ze sobą do raju, nie dał Polsce nawet cudu, o którym rozpisują się tzw. liberałowie, tak, że jeśli można w ogóle mówić o cudzie gospodarczym w powojennej Polsce, to wypada, że w grę wchodzi tylko dekada z czasów Gierka, za komunizmu.
To, że większość ludzi uważa dzisiaj, że okres Gierka był najlepszym jakiego doświadczyli po wojnie, to nie dlatego, że – jak twierdzą tzw. liberałowie – mają zamęt w głowie z powodu nostalgii za latami, gdy byli biedni, ale młodzi. Prawda jest taka, że to tzw. liberałowie, wykorzystując monopol medialny, starają się zamącić w głowach innym propagując swoją wersję komunistycznego kultu jednostki, czyli „architekta cudu gospodarczego” – Balcerowicza.
Nie mogło dojść do cudu za Balcerowicza, gdyż wsparł on wzrost produkcji na jeszcze większych deficytach handlowych niż Gierek, stworzył jedynie „domek z kart”, który nie jest w stanie stać o własnych siłach. Ten „domek z kart” został postawiony w trakcie zupełnie zbędnej „pierwszej recesji Balcerowicza” z lat 1990-1992, a poczynając od 2000 r., zaczął się on rozpadać już w „drugiej recesji Balcerowicza”, wynikłej nie tyle z błędów państwa co z jego niemocy.
Nie może też być mowy o cudzie, gdyż Balcerowicz nie zadowolił się deficytami handlowymi, ale sięgnął po inny środek, iście piekielną sztuczkę, żeby ożywić gospodarkę przez wyprzedaż w obce ręce stworzonego głównie za Gierka kapitału. Podczas gdy Gierek obiecał Polakom podwojenie kapitału, czyli zbudowanie „drugiej Polski”, Balcerowicz cały ten podwojony kapitał, główne źródło narodowego bogactwa, roztrwonił za bezcen, zostawiając niestety „Polskę zerową”.
ROZDZIAŁ ÓSMY
NIEMIECKIE NIEPORZĄDKI
„Polska droga” do „niekompletnego kapitalizmu” nie zaczęła się w Polsce, ale w Niemczech Wschodnich, albo dokładniej w Niemczech Zachodnich, które na swój własny sposób szybko zreformowały bezwolne Niemcy Wschodnie
Dopiero jak się przyjmie, że prototypem „polskiej drogi” są reformy przeprowadzone w Niemczech Wschodnich, możliwe staje się uzyskanie klarownego obrazu obecnej Polski. Mianowicie, w obydwu przypadkach w wyniku zmian lokalne gospodarki, zwłaszcza przemysł oraz rolnictwo, uległy na wstępie reform dewastacji. Zaś, podobnie jak w przypadku Niemiec Wschodnich, główne korzyści z półdarmowego rozdysponowania publicznego majątku odniosły Niemcy Zachodnie.
Spreparowane umysły
Szukanie użytecznych analogii, należy zacząć od przebadania, w jaki to sposób Niemcy Zachodnie zdobyły wpływ na opinię publiczną w Niemczech Wschodnich, jak również w Polsce. Wpływ ten był potrzebny, żeby zyskać aprobatę dla scenariusza na przechodzenie do kapitalizmu przez jednoczesny kryzys produkcji i oddanie kapitału. Odpowiedź brzmi, że w obydwu krajach u podłoża leży mobilizacja środków masowego przekazu, jako propagatora tegoż scenariusza
W Niemczech Wschodnich uzyskanie kontroli nad środkami przekazu było wyjątkowo proste, gdyż kraj ten został wcielony do Niemiec Zachodnich w drodze eliminacji jego wszystkich odrębnych instytucji politycznych, włącznie z mediami. W miejsce wyłącznie partyjnej prasy i telewizji weszły koncerny oraz ośrodki polityczne, czyli główne partie, z Niemiec Zachodnich, gdyż zwyczajem Europy Zachodniej główne tytuły prasowe przeważnie należą do samych partii.
Wariant ten nie mógł być oczywiście powtórzony w Polsce, nie było zwłaszcza mowy o natychmiastowej wymianie lokalnych partii czy nawet ich podporządkowaniu. Ale, od pierwszej chwili zaczęło się wykupywanie prasy przez zagraniczne koncerny, w tym w szczególności te z Niemiec Zachodnich. Ci ostatni, bardzo szybko zdobyli mocną pozycję w paru sektorach ogólnokrajowej prasy, np. w pismach gospodarczych. A teraz wchodzą już potężnie w tygodniki polityczne.
Po kilku latach prawie 50 procent prasy znalazło się w rękach zagranicznych, a dzisiaj ten udział jest najprawdopodobniej bliski 75 procent. To jest absolutnie niezwykła sytuacja, z pewnością w świetle doświadczeń Europy Zachodniej, gdzie obce udziały są minimalne, szczególnie jeśli chodzi o pisma polityczne. Dostęp do obcej prasy jest w tych krajach szeroki, ale – dla ochrony interesów swych obywateli – ich konstytucje zabraniają obcej dominacji w publikacjach lokalnych.
Choć uzależnienie prasy przez Niemcy Zachodnie okazało się totalne w Niemczech Wschodnich, a w Polsce tylko częściowe, nie miało to większego znaczenia, gdyż inne zagraniczne koncerny przyjęły podobna wykładnię. Bez potrzeby uzgodnienia, kierując się interesami zagranicznych nabywców, przystąpiły do przekonania miejscowej ludności, że będzie najlepiej gdy będzie się ona biernie przyglądać jak dla jej wspólnego dobra zagraniczni nabywcy tworzą system kapitalizmu.
W ramach lekcji bierności, zaczęto powtarzać opinię, że tylko oparcie na siłach zewnętrznych daje szansę dojścia do kapitalizmu, gdyż chory komunizm zostawił głównie „skażonych” ludzi, niezdolnych do zdrowego działania. Komunizm to ekwiwalent hitleryzmu, albo nawet coś gorszego, więc jego elity, włączając kadrę kierowniczą przemysłu czy finansów, nawet jeśli w ogóle mają jakieś przydatne kwalifikacje, nie mają żadnego moralnego tytułu do tego, żeby budować kapitalizm.
Innym, ważnym elementem kampanii bierności stała się teza, że jeśli wkroczą np. Niemcy Zachodni, jako autorzy powojennego cudu gospodarczego, wtedy Niemcy Wschodnie czy Polska będą, tak jak Niemcy Zachodnie, bogate i spokojne. Miał się więc wreszcie powtórzyć cud gospodarczy na wschodnich rubieżach Europy. Skoro zaś czeka cud, a cudu nie da się przecież w żaden sposób przyspieszyć, wschodnie rubieże mogą tylko posłusznie czekać aż cud ten się faktycznie objawi.
To właśnie w ramach tego widzenia zmian ustrojowych, akcenty w myśleniu przesunęły się z początkowo centralnego dla reform pojęcia „przejścia do kapitalizmu”, jako zbiorowego wysiłku, na rzecz terminów, które sugerują łatwe „włączenie do kapitalizmu”. W kontekście Niemiec Wschodnich pojawił się zwrot „zjednoczenie” z Niemcami Zachodnimi, w przypadku zaś Polski wprowadzono nasycony magiczną mocą zwrot „integracja” – naturalnie ta z Unią.
Choć przejęcie prasy było istotne dla ukształtowania takiego widzenia zmian ustrojowych, nie należy przeceniać tego faktu, gdyż zagraniczne koncerny trafiły na podatny grunt. Inteligencja, zwłaszcza ta opozycyjna, w dużym stopniu sama uznała, że najlepszą postawą dla Polski jest bierność. W tym mieściło się również przekonanie o własnej niższości; stąd zadowolenie, że jej poglądy są zbieżne z opiniami z zagranicy oraz gorąca aprobata przejęcia prasy przez obce koncerny.
W świetle tych uwag, wspomniany wcześniej monopol byłej opozycyjnej inteligencji na środki przekazu nie może być traktowany dosłownie, gdyż faktycznie znalazł się on w obcych rękach. Ze względu na powinowactwo poglądów w sprawie transformacji, inteligenckie kręgi uzyskały od obcych właścicieli „licencję” na prezentowanie wspólnego spojrzenia na reformy, w którym nie ma miejsca na lokalną inicjatywę w budowie kapitalizmu a tym samym na własną klasę kapitalistyczną.
Fakt, że przy tym bardzo nieeuropejskim modelu mediów, nigdy nie doszło do rzetelnej debaty na temat zasadności masowego przejmowania miejscowego kapitału przez obcych inwestorów, stanowi dostateczne potwierdzenie, że zagraniczne media nie przyjęły roli bezstronnego nośnika informacji. Rzadkie próby poruszenia tego tematu stały się wyłącznie przedmiotem ataku ze strony gorliwie występujących w obronie zgubnej propagandy lokalnych informatorów.
Wyłudzenie gospodarki
Ponieważ w wyniku faktycznego zawieszenia życia politycznego Niemcy Wschodnie najlepiej nadawały się do skoku na majątek, tutaj doszło też do skrajnej wersji wyprzedaży w obce ręce. Prawie bez wyjątku fabryki oraz banki były sprzedane w ręce nabywcy zachodnioniemieckiego. Tylko 5-6 procent majątku wykupili inni obcy inwestorzy, a następne 4-5 procent kapitału, głównie w formie małych zakładów w przemyśle, zostało wykupione, na ratalnych zasadach, przez Niemców Wschodnich.
Równie skrajną formę przybrała wycena majątku, gdyż w żadnym przypadku, włącznie z Polską, wycena nie została dokonana wyłącznie przez nabywców. W Niemczech Wschodnich na czele prywatyzacji stanęła powołana przez Niemcy Zachodnie agencja, która ani razu nie sięgnęła po niezależne wyceny przez międzynarodowe firmy audytorskie. W Polsce, przynajmniej, posłużono się takimi firmami, co samo w sobie, sądząc po wynikach, nie gwarantuje realnych wycen.
Ale w przeciwieństwie do Polski, przed przystąpieniem do prywatyzacji rząd Kohla przygotował stosunkowo solidny inwentarz majątku Niemiec Wschodnich. Cały majątek trwały – maszyny i budynki – został w 1989 r., jak już wspomniałem, wyceniony na 320 miliardów dolarów, plus pominięte wcześniej 270-320 miliardów dolarów w formie nieruchomości (wg. Sinn i Sinn 1992). Wskazywało to na raczej zasobną gospodarkę, nieco większą od gospodarki Polski.
Mimo że gospodarka Niemiec Wschodnich była nieco większa od gospodarki Polski, sprzedano ją nie za większe pieniądze ale wręcz z dopłatą dla nabywców. Zamiast otrzymać oczekiwane 320 miliardów dolarów za sprzedaż środków trwałych Niemiec Wschodnich, agencja prywatyzacyjna skończyła z deficytem 180 miliardów dolarów, który musieli pokryć obywatele Niemiec Zachodnich, w ramach specjalnie utworzonego na cele zjednoczenia podatku, tzw. „solidarnościowego”.Pod względem niedoszacowania kapitału, polski „wielki przekręt” blednie więc przy wschodnioniemieckim, w grę weszły też większe sumy. Gdyby dodać nieopłacone 320 miliardów dolarów środków trwałych włożonych przez obywateli Niemiec Wschodnich do 180 miliardów dolarów deficytu pokrytego przez obywateli Niemiec Zachodnich, łączna suma wyniosłaby 500 miliardów dolarów. Tyle mniej więcej zyskali na „największym przekręcić” inwestorzy z Niemiec Zachodnich.
Wykup kapitału przez Niemcy Zachodnie nie zakończył się jednak na Niemczech Wschodnich, to było raczej tylko pole doświadczalne. Po Niemczech Wschodnich przyszła kolej na inne kraje Europy Wschodniej, tyle, że nie na podobną skalę, gdyż do walki o ich kapitał narodowy stanęły też inne kraje Europy Zachodniej. Rola Niemiec Zachodnich od początku była jednak najsilniejsza, między innymi dzięki doświadczeniu zdobytemu w Niemczech Wschodnich.
Stąd wzięły się główne argumenty na rzecz bardzo szybkiej sprzedaży lepiej przygotowanym finansowo, czy fachowo, zagranicznym inwestorom, wsparte jak by nie było iście rekordowym tempem operacji na froncie wschodnioniemieckim. Tu ma też swoje źródło pokrętna teza, że komunizm zostawił tylko bezwartościowy złom, czyli jak barwnie sformułowały to media w Niemczech Zachodnich, że jest tak fatalnie, że konieczne będzie pełne zaoranie co najmniej połowy fabryk i banków.
Decydująca rola Niemiec Zachodnich w prywatyzacji na terenach Europy Wschodniej, wzięła się również czy szczególnie stąd, że to jej inwestorzy wkroczyli na te tereny najlepiej uzbrojeni w techniki wykupywania za bezcen. Nie powinno się mieć bowiem żadnych złudzeń, że w Niemczech Wschodnich rozegrała się walka, w której wygrywali ci, którzy najlepiej byli przygotowani do skorumpowania pozbawionych jakiegokolwiek nadzoru urzędników prywatyzacyjnych.
Przykładem tego, jak skuteczne okazały się starania Niemiec Zachodnich są Węgry, ale Polska też może służyć jako przykład, gdyż ich inwestorzy zdobyli największą ilość skazanego na wyprzedaż kapitału. Przynajmniej jedna trzecia tego co dostało się w zagraniczne posiadanie, w tym w bankowości, trafiła do nabywców z Niemiec Zachodnich. Poprzez obecne konsolidacje udział ten systematycznie się podnosi, nie da się, więc wykluczyć, że może on łatwo dojść do polowy.
Polska dowodzi jednocześnie, że inwestorzy z Niemiec Zachodnich trzymają się utartych szlaków, które pokrywają się z ich historycznymi sferami wpływów. Nie jest to bowiem tylko rezultat geograficznej bliskości, że na terenach tzw. Ziem Odzyskanych poza inwestorami z Niemiec Zachodnich nie liczy się prawie nikt inny. Do nich należy nie tylko prawie cała prasa regionalna, ale wszystkie lokalne banki i większość fabryk, nie tylko tych największych ale nawet tych średnich.
Jedynym elementem kapitału, który czeka na przejęcie są tereny rolne i nieruchomości, głównie ze względu na ciągle obowiązujące polskie klauzule ochronne. Tyle są one jednak warte co aparat państwa stojący na ich straży, ten sam aparat, który wyprzedał za półdarmo fabryki i banki. Dane statystyczne w tym zakresie są wyjątkowo mało dostępne, ale na Ziemiach Odzyskanych powoli dokonuję się wykup ziemi i nieruchomości, znowu głównie przez niemieckich nabywców.
Podlejszy koniec
Gdyby ktoś miał jakieś złudzenia, co przynosi ze sobą oddanie narodowego kapitału w obce ręce, powinien się tylko przyjrzeć temu, co się stało z gospodarką Niemiec Wschodnich pod wpływem Niemiec Zachodnich. Mogłoby się wydawać, że kapitalistyczni nabywcy, kierowani zyskiem, zabiorą się do pomnażania kapitału i tworzenia atrakcyjnych miejsc do pracy. Innymi słowy, że rzeczywiście zapewnią oni, że Niemcy Wschodnie bardzo szybko przerodzą się w Zachodnie. Nic podobnego się nie stało, gdyż Niemcy Zachodnie bardzo szybko zdewastowały gospodarkę Niemiec Wschodnich, mimo że stały się one częścią wspólnych już Niemiec. Powinno to stanowić ważne ostrzeżenie dla innych krajów, w których doszło do przejęcia kapitałowego przez zagranicę. Albowiem, jeśli Niemcy Zachodnie nie cofnęły się przez zrujnowaniem swoich Niemiec Wschodnich, można by oczekiwać tylko czegoś gorszego gdzie indziej, w tym w obcej Polsce.
Wraz z przejęciem majątku, Niemcy Zachodnie zastosowały w Niemczech Wschodnich najbardziej skrajną odmianę „terapii szokowej”, taką jaka polskim tzw. liberałom nawet się nie śniła. Doszło, więc też do wyjątkowej katastrofy, gdyż w dwa lata po rozpoczęciu reformowania Niemiec Wschodnich przez Zachodnie, ich dochód narodowy spadł o około 32 procent. Tej głębokości spadek w okresie zaledwie dwóch lat reformowania zanotowała tylko zdziczała Albania.
Mimo że minęło ponad dziesięć lat od chwili gdy Kohl, nazwany „kanclerzem zjednoczenia”, zarządził „szokową terapię” w swojej wersji, Niemcy Wschodnie nie wyszły ze swego kryzysu. Dochód narodowy Niemiec Wschodnich w 2000 r. był 5 procent poniżej 1989 r., a główny sektor gospodarki, czyli przemysł, było 45 procent poniżej 1989 r. Wypada, więc, że w ramach budowania kapitalizmu, Niemcy Wschodnie chyba na stałe tracą swoją zdolność produkowania dóbr kapitałowych.
Z rozbitego przemysłu pochodzi większość bezrobotnych, których udział wśród ludzi zdolnych do pracy jest od początku zmian najwyższy w Europie Wschodniej. W 1993 r., oficjalna stopa bezrobocia wyniosła 25 procent, a w 2000 r. była w granicach 20 procent. Pełna stopa jest bliższa 30 procent, gdyż trzeba uwzględnić osoby włączone w rządowe programy szkoleniowe a zwłaszcza rzesze wyrzuconych na wczesne emerytury, które zamieniają Niemcy Wschodnie w „kolonię emerytów”
Wszystkie te plagi można odnaleźć w Polsce, choć jej gospodarka mocniej wyszła z kryzysu, skoro polski dochód narodowy podobnie jak produkcja przemysłowa były w 2000 r. prawie 25 procent powyżej stanu z 1989 r. Nie należy jednak pocieszać się tym kontrastem, gdyż mimo swych obecnych perypetii, jako część Niemiec, za dekadę Niemcy Wschodnie, choć mniej uprzemysłowione, będą rozwinięte i stabilne jak Niemcy Zachodnie. W przypadku Polski nie wchodzi to w rachubę.
Ściślej, z co trzecim dorosłym na emeryturze, Polska też stalą się „kolonią emerytów”, tyle, że w odróżnieniu od Niemiec Wschodnich, Polska nie korzysta z takich błogosławieństw, które spadły na Niemcy Wschodnie. Głównie dlatego, że poprzez zjednoczenie Niemcy Wschodnie zyskały dostęp do „opiekuńczego państwa” Niemiec Zachodnich. Gospodarka padła pod uderzeniami „terapii szokowej”, ale mocno wspierani finansowo Niemcy Wschodni poczuli się lepiej.
Natychmiast Niemcy Zachodnie zaczęły wspomagać konsumpcję w Niemczech Wschodnich na poziomie 40 procent całego spożycia. Wyrzuceni na emerytury ludzie uzyskali zasiłki wielokrotnie przewyższające ich dawne płace. Pomimo niższej wydajności, pod presją ogólnokrajowych związków zawodowych Niemcy Wschodni zaczęli dostawać płace takie jak Niemcy Zachodni. Oczywiście, Polska nie może liczyć na żadne takie transfery nawet gdyby weszła do Unii.
Jakby policzyć wszystkie transfery z Niemiec Zachodnich, nie tylko te na wsparcie dochodów ludności, w grę wchodzą nieprzerwane potoki rzędu 100 miliardów dolarów rocznie, czyli równowartość trzech piątych rocznego dochodu narodowego Polski. Polska może najwyżej liczyć na kwoty z kasy Unii rzędu 5 – 10 miliardów dolarów rocznie dopiero w nieokreślonej przyszłości. Przy czym grozi jej, że będzie się musiała w ogóle wyrzec finansowych roszczeń, żeby zostać przyjęta. To prawda, że strategia prywatyzacji przez wywłaszczenie pozbawiła Niemców Wschodnich, tak jak Polaków, szansy na własną warstwę kapitalistyczną. Tyle, że Niemcy, jako zjednoczony naród mają swoją narodową klasę kapitalistyczną, więc w odróżnieniu od Polski, Niemcy mają „kompletny kapitalizm”. Wypracowywane w Niemczech zyski nie są, więc przedmiotem wywozu ale mogą być przekute w nowe inwestycje, a więc dodatkowe, może nawet lepiej płatne, miejsca pracy.
Ma to korzystny wpływ na Niemcy Wschodnie, gdyż nawet jeśli te inwestycje dokonują się w Niemczech Zachodnich, możliwe jest przeniesienie się. Faktycznie, od momentu zjednoczenia w Niemczech Zachodnich znalazło pracę ok. 2 miliony Niemców Wschodnich. Proporcjonalnie do wielkości ludności, odpowiadałoby to migracji około 8 milionów Polaków, gdyby Polska dostała taki sam dostęp do rynku pracy w Niemczech Zachodnich, czy też do całego rynku pracy Unii.
Ale otwarcie Unii, nawet Niemiec Zachodnich, dla polskiej siły roboczej jest wątpliwe, o czym może świadczyć fakt, że jak dotąd, biedniejsza Polska tworzy miejsca pracy dla bogatszej Unii. Mimo znacznie niższych płac Polska od lat generuje ogromne deficyty handlowe. W ten sposób zamiast stworzenia w Polsce około 400 tysięcy miejsc pracy, powstały one w krajach, z którymi ma ona deficyty handlowe, czyli u członków Unii, zwłaszcza w Niemczech Zachodnich.
Podsumowanie
W oczach wielu polskich ekonomistów Balcerowicz jest „ojcem reform” polskich, czy wręcz wschodnioeuropejskich, oraz związanych z nimi gospodarczych cudów, a więc również drugim Erhardem. Tyle, że ten niemiecki polityk zamiast „niekompletnego kapitalizmu” stworzył po wojnie „społeczną gospodarkę rynkową”. Z pomocą tego modelu, gdzie związki, pracodawcy i państwo dzielą władze, nie tylko, że wyrwał Niemcy Zachodnie z prawdziwych ruin, ale zapewnił też prawdziwy cud.
Jeżeli już szukać użytecznych analogii, należałoby porównać Balcerowicza z bardziej współczesnym niemieckim politykiem, Kohlem, niekwestionowanym „ojcem reform” w Niemczech Wschodnich, a także w pozostałej części Europy Wschodniej. W przeciwieństwie do swego poprzednika, Erharda, Kohl nie jest jednak autorem żadnego cudu gospodarczego, gdyż raczej bezwstydnie, chociaż oczywiście nie na trwałe, zmarnował Niemcy Wschodnie, jej przemysł oraz rolnictwo.
Nieświadom tych bliskich współczesnych związków, Balcerowicz podjął się, z gorszym skutkiem, realizacji zbliżonego wzorca zmian systemowych w Polsce nie tyle w roli „ojca reform”, ale „nieślubnego dziecka” Kohla. W ten sposób, chcąc nie chcąc, wsparł starania inwestorów z Niemiec Zachodnich, żeby – choćby nawet na znacznie mniejszą skalę – powtórzyć ich wyjątkowo udaną wschodnioniemiecką operację półdarmowego wykupu kapitału również w sąsiedniej Polsce.
Nie odrobił przy tym swojej lekcji z ekonomii liberalnej, mianowicie, że jak się odda pełną władzę nad reformami w ręce państwa, to może ono tak jak państwo Kohla doprowadzić do tego co niemiecki autor (Jurges 1997) nazwał „sfingowaną aukcją”, która pozbawiła Niemcy Wschodnie kapitału, wpędzając je przejściowo w stan swoistej „kolonizacji”. Gdyby odrobił tą lekcję, pojąłby w porę, w jaki stan podobna „sfingowana aukcja” może wpędzić na trwałe Polskę.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
UTRWALONE NIERÓWNOŚCI
Przemiany ustrojowe miały zapewnić Polsce powrót do Europy, czyli zbliżenie do jej instytucji oraz jej poziomu życia, ale nastąpiło odejście od Europy, gdyż wdrożono odrębne instytucje, bez szans na zbliżenie poziomu życia.
W jakiś przedziwny sposób, po latach ogromnych wysiłków o odzyskanie pełnej państwowości, a tym samym nieskrępowanej swobody decydowania o losie narodu, polska opinia publiczna poddała się złudzeniom, że usunięcie jednego zagrożenia, rosyjskiego, oznacza koniec wszelkich zagrożeń. Takie naiwne myślenie samo w sobie stało się zagrożeniem dla polskiej państwowości, gdyż stworzyło pokusę dla innych państw, by realizować swoje interesy kosztem tych polskich.
Dwuznaczny rozłam
Żeby zrozumieć, co się stało z polską państwowością, trzeba zacząć od uczciwego spojrzenia na okres gdy powojenna Europa była wyraźnie podzielona na kapitalistyczną oraz komunistyczną, ze stroną komunistyczną pod dominacją Związku Radzieckiego. Opinia publiczna dawno już przyjęła stanowisko, że powojenny podział Europy był totalny a dominacja radziecka była niczym innym jak niewolą. Mało gdzie, wraz z Polską, widać dzisiaj zapał, żeby tę sprawę analizować.
Do sprawy tej jednak warto powrócić, gdyż oceny te zawsze cierpiały na nadmiar emocji, niepotrzebnie zaciemniając prawdziwą sytuację Polski. Kto wie czy nastroje antyrosyjskie nie są dzisiaj nawet silniejsze niż te antyradzieckie, gdy komunizm ciągle istniał, więc było więcej powodów do emocji. Na pytanie, jaki kraj ma najbardziej niekorzystny wpływ na Polskę, włącznie z jej zmianami ustrojowymi, zwykle pada dzisiaj odpowiedź – Rosja, a potem jest bardzo długo nikt.
Zarzut sowieckiej niewoli ma coś do siebie, gdyż komunizm nie miałby szansy w Polsce bez dyktatu Sowietów po wygranej z Niemcami wojnie. Ale na tym kończy się jednak istota powojennej sowieckiej niewoli, gdyż faktycznie gdyby nie zaskakująca zgoda samego Związku Radzieckiego na odejście od tego systemu, Polska ciągle byłaby w jego jarzmie. Ale wszystkie inne aspekty tej niewoli, a lista ich jest długa, nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, przynajmniej od chwili gdy padł stalinizm.
Przez niewolę rozumie się bowiem też, że Związek Radziecki był właścicielem majątku Polski, ale to nijak się ma do stanu faktycznego. Formalnie, nic nie należało do Sowietów, w przeciwnym razie po upadku komunizmu mieliby tytuł do sprzedaży polskiego majątku, ale do tego nie doszło. Polski rząd nie musiał podejmować żadnych kroków prawnych, żeby wydziedziczyć Związek Radziecki; jedyny krok, jaki rząd podjął, polegał na wydziedziczaniu obywateli na rzecz aparatu państwa.
Inni dowodzą, że nawet jeśli Sowieci nie posiadali majątku, to go używali przez narzucanie Polsce produkcji w zgodzie z potrzebami Związku Radzieckiego. Bez wątpienia, choćby ze względu na ścisłą kontrolę dostaw energii, Związek Radziecki miał wiele do powiedzenia. Tyle, że ta kontrola nie mogła być zbyt rozległa, skoro całkowita wymiana towarowa pomiędzy Związkiem Radzieckim a Polską stanowiła raptem 10 procent całości polskiego dochodu narodowego.
W tym miejscu krytycy wtrącają, że nawet jeśli wymiana handlowa nie była zbyt rozległa, Związek Radziecki wykorzystywał swoją dominującą pozycję, żeby eksploatować Polskę. Ulubiony przykład to dostawy polskiego węgla po zaniżonych cenach za Bieruta, ale to nie jest dowód eksploatacji. Starty dla Polski wynikały nie z dyktatu odbiorcy, ale ze sztywnego systemu cen, tak, że gdy do władzy doszedł Gomułka to wymógł na Sowietach pełną rekompensatę strat.
Istnieje jeszcze inny dowód na nie ekwiwalentną wymianę, tyle, że wskazuje on na bardzo poważne, choć przejściowe, straty ze strony Związku Radzieckiego, w związku z zaniżonymi cenami jego energii. Stało się tak, gdyż sowieckie ceny zostały przez lata sztywne, podczas gdy pod wpływem kryzysu w 1979 r. ceny światowe podniosły się trzykrotnie. Na ten temat istnieje cała masa szczegółowych badań amerykańskich (Marrese and Yanous, 1983, oraz Poznański 1989).
Warto to wszystko wziąć pod uwagę, w szczególności zaś fakt, że w ramach sowieckiej niewoli Polska nie tylko była wolna od sowieckiej własności na swych terenach, ale, co ważniejsze, cieszyła się pierwszym w swej nowoczesnej historii systemem, w którym własność była wyłącznie narodowa. Natomiast posowiecka Polska, bez narzucania, zbudowała system bez narodowej własności. Gdyby, więc użyć tylko kryterium własności wypadłoby, że obecna Polska musi być bardziej, a nie mniej wolna. Nie ma nawet co się spierać z faktem, że z racji braku swojej własności Polska musi być dzisiaj mniej wolna, ale może przynajmniej ma kontrolę nad produkcją, a tym samym sytuacja jest lepsza niż za sowieckiego dyktatu. Jest odwrotnie, gdyż ten kto ma własność ma też kontrolę, więc obcy właściciele nie dyktują już tylko będące przedmiotem handlu 10 procent dochodu narodowego, co się zarzuca byłym Sowietom, ale 50 procent, tego z banków oraz przemysłu.
Gdyby zestawić niedowiedzioną, mimo dziesięciu lat otwartych archiwów komunizmu, eksploatację Polski przez Sowietów z obecną, wychodzi znowu, że jest więcej niewoli. Nie da się ukryć, że narzucając Polsce komunizm, Związek Radziecki skazał ją na dalsze gospodarcze zacofanie, ale nie wykorzystał swojej dominującej pozycji, żeby wyrwać prawie cały polski kapitał trwały za 10 procent jego realnej wartości, jak to teraz uczyniły inne kraje, w tym zwłaszcza Niemcy Zachodnie.
Kolejne cofnięcia
Gdyby na ten najnowszy obrót rzeczy spojrzał historyk gospodarczy, mógłby się zastanowić czy obecna zamiana rozmiękczonego komunizmu na „niekompletny kapitalizm” mieści się przypadkiem w jakimś ogólniejszym trendzie. Zapytałby, czy zbudowany po wojnie komunizm, jak również zbudowany po jego upadku kapitalizm, nie mogą być potraktowane jako kolejne próby przyśpieszenia modernizacji gospodarki Polski, która zaczęła się mniej więcej dwa stulecia wstecz.
Szukając takich trendów, przez te stulecia, nieuprzedzony historyk musiałby dojść do wniosku, że Polska, tak jak reszta Europy Wschodniej, bardzo słabo radziła sobie z modernizacją. W dodatku ta część Europy wystartowała z poważnym opóźnieniem do tzw. rewolucji przemysłowej. Nigdy też nie udało się jej zasypać luki gospodarczej, jaka wyłoniła się w momencie tego rozłamu, który spowodował trwały podział kontynentu – można go nazwać „tektonicznym pęknięciem”.
Tego typu podział mógł mieć tylko swoje źródła w tym, że Polska okazała się niezdolna na czas do przetworzenia swoich instytucji na modłę tego, co w momencie rewolucji stworzyła Europa Zachodnia. Nie może być inaczej, gdyż wszystkie istotne różnice w wynikach gospodarowania biorą się z różnic w instytucjach. Europa Zachodnia wybrała wtedy kapitalizm, z jego instytucjami, wolnym rynkiem i nowoczesnym państwem, natomiast Europa Wschodnia tkwiła nadal w feudalizmie.
Brak nowoczesnego państwa okazał się szczególnie dotkliwy, gdyż bez państwa nie jest możliwe działanie wolnych rynków, a bez tych ostatnich nie ma miejsca na powstanie klasy kapitalistycznej. Wyłoniła się, więc dziwna sytuacja, w której z powodu braku własnej klasy kapitalistycznej, zadanie rozwijania gospodarki spadło na element napływowy. A zwłaszcza na państwo, tyle, że państwo nie było w pełni rozwinięte – nie było nowoczesne – więc stało się ono swoistą barierą rozwoju.
Od chwili „tektonicznego pęknięcia”, państwo zabrało się do okresowej wymiany istniejących instytucji, z reguły w sposób drastyczny i nieprzystosowany do prawdziwych potrzeb. Zwrócił na to uwagę amerykański historyk Berend (1986), nazywając te wymiany „negatywnymi reformami”. Poczynając od próby odpowiedzenia na wzrost popytu na żywność z przemysłowej Anglii, nie przez rozszerzenie prywatnej własności, ale przez odbudowę systemu pańszczyźnianego.
W kolejnych próbach nie cofano się do wczesnego feudalizmu, ale kopiowano wzorce z kapitalistycznej Europy Zachodniej, znowu w formie „negatywnych reform”. Tak się stało na przełomie wieku, gdy postanowiono pełniej wykorzystać państwo do aktywizacji własnej gospodarki. Tyle, że pozbawione niezbędnych demokratycznych ograniczników państwo wdało się w działania nastawione bardziej na jego własne potrzeby niż te rodzącego się przemysłu oraz bankowości. Z niepowodzenia tej kolejnej, już kapitalistycznej próby, wyrosła popularność komunizmu jako ruchu modernizacyjnego, obiecującego swój sposób na przełamanie gospodarczego zapóźnienia. Mimo swego antykapitalistycznego nastawienia, była to w istocie próba imitacji kapitalizmu. Tyle, że w grę wchodziła imitacja nie takiego kapitalizmu, jaki wtedy działał powiedzmy w Europie Zachodniej, ale raczej imitacja systemu, do którego ten kapitalizm miał ponoć nieuchronnie zmierzać.
Komunizm nie okazał się jednak konkluzją kapitalizmu czy jego ukoronowaniem, ale nieporozumieniem, czyli kolejną „negatywną reformą”, tyle, że nie ostatnią. Właśnie Polska oraz reszta Europy Wschodniej dopisały następny rozdział w tworzeniu nieudanych kopii instytucji z Europy Zachodniej. Tym razem, przez budowę kapitalizmu, który podobno tam ma istnieć, ale którego tam nie ma, mianowicie „niekompletnego kapitalizmu”, w którym ciągle brak klasy średniej.
Ponieważ te kolejne, bez wyjątku radykalne, reformy okazały się nieudane, zamiast redukować zapóźnienie wobec Europy Zachodniej Polska zezwoliła na jego pogłębienie. W momencie „tektonicznego pęknięcia”, dochód na mieszkańca w Polsce wynosił 90 procent średniej obliczonej dla Europy Zachodniej. Kiedy na początku wieku Polska przystąpiła do przyspieszonej industrializacji, dochód na mieszkańca wyniósł 40 procent średniej, czyli że chodziło o różnicę całych pokoleń.
Mimo swych ambitnych planów prześcigania rozwiniętego kapitalizmu, komunizm, jako „negatywna reforma”, doprowadził do pogłębienia dystansu. Pod koniec tej nieudanej próby stworzenia czegoś wydajniejszego niż ówczesny kapitalizm, przeciętny dochód w Polsce stanowił 30 procent średniej. Po upadku komunizmu, w trakcie budowy „niekompletnego kapitalizmu”, w wyniku głębokiej recesji, Polska spadła do około 25 procent poziomu Europy Zachodniej (Janos2001).
Trudno ocenić, jak dalej potoczą się losy polskich wysiłków modernizacyjnych, ale jedno jest pewne, że związane z „niekompletnym kapitalizmem” przepływy części polskiego dochodu narodowego w formie zysków i rent, tych z nieopłaconej siły roboczej, do Europy Zachodniej, będą utrudniały zasypywanie luki w poziomie życia między Polską a Europą Zachodnią, W najlepszym chyba razie możliwe będzie utrzymanie wyjściowego dystansu, czyli obecnego stanu marginalizacji.
Uścisk globalizacji
Kiedy już sięgnęliśmy do historii, żeby zrozumieć sens obecnych wydarzeń, warto przywołać inny ważny trend, mianowicie, że ze względu na swoją słabość gospodarczą, państwo, tak w Polsce, jak i w innych krajach Europy Wschodniej, było wyjątkowo słabiutkie. Z tego powodu, kraje te stale znajdowały się w obliczu ograniczenia lub utraty państwowości. Dowody są liczne, włącznie z przypadkiem rozbiorów Polski, które przerwały polską państwowość na przeszło stulecie.
Może to zabrzmieć dziwnie, ale wygląda na to, że jedynym dotąd w polskiej historii momentem, w którym państwo było nowoczesne był epizod komunizmu. Sam nie miałbym chyba odwagi napisać takiego zdania, gdyby nie to, że zdanie takie padło z ust byłego bardzo znanego dysydenta z Węgier, Tamasa (1999). Dzisiaj ze względu na swoje krytyczne opinie w sprawie transformacji ustrojowej ten filozof społeczny jest znowu w opozycji, już legalnej, ale równie nie tolerowanej.
Trudno mi się oprzeć, żeby nie przywołać pełniej jego opinii, że zmiany ustrojowe po komunizmie nie polegają na budowaniu czegokolwiek, ale na niszczeniu tego co zastano. To co zastano to była forma nowoczesności, natomiast to co się teraz stało to forma barbarzyństwa. Zamiast ulec reformie, byłe państwo jest używane dla pośpiesznego wzbogacenia się przez plemiennych wodzów. Obojętnych wobec marnego losu współplemieńców, porzuconych w szarych blokach.
Powyższa opinia, ani moje powołanie się na nią, nie są żadną próbą wybielenia komunizmu, ale zwrócenia uwagi na fakt, że komunizm wprowadził system biurokracji. W tym okresie, autorytet państwa był bardzo wysoki, nie tylko ze względu na strach, ale też jego ogólną sprawność. Działanie aparatu państwa oparte zostało na ścisłych regułach, na tyle przestrzeganych przez służbę publiczną, że zajmowała się przede wszystkim realizacją funkcji wyznaczonych organom władzy.
Żeby nie było jakiś wątpliwości: komunistyczne państwo było oczywiście ideologiczne, tak, że spajała je bardziej doktryna niż prawo; co więcej, przemoc odgrywała w nim wielką rolę. Ale to ciągle było państwo porównywalne do logiki państwa, które zbudowały rozwinięte kraje Europy Zachodniej. Trzeba bowiem pamiętać, że instytucja nowoczesnego państwa nie jest z definicji demokratyczna, może wystąpić w najróżniejszej formie, w tym w formie niedemokratycznej. Wymowę tego wywodu można łatwiej pojąć, jak się uwzględni fakt, że ze względu na wspomnianą historię braku państwowości, kraje Wschodniej Europy nie miały wiele czasu, żeby budować nowoczesne państwo. Okres międzywojenny był niedostatecznie długi – także dla Polski. Choć udało się jej spoić trzy byle zabory w jedną całość, jej państwo do końca było rozdzierane politycznymi sporami. Chyba z tej racji, niemieccy politycy nazywali to polskie państwo „sezonowym”.
Na rzecz oceny komunizmu, jako krótkiego okresu, gdzie działało nowoczesne państwo, tyle, że opanowane błędną wizją historii, przemawia jeszcze bardziej opłakany stan państwa po komunizmie. Polska miała „wrócić” do historii, należy rozumieć do tej z kapitalizmem, czyli przedwojennej. Tyle, że nie wróciła nawet do tego stanu w jakim była w okresie międzywojennym. Nie można niestety wykluczyć, że państwo polskie jest właściwie w stanie samolikwidacji.
Tak znaczne osłabienie polskiego państwa byłoby bez znaczenia, gdyby prawdą było to co mówią zwolennicy tzw. globalizacji, pojętej jako zanik państw na rzecz rynku, czyli korporacji. Osobiście uważam to za nonsens, ale nawet gdyby to była prawda, nie należy wnosić, że ta zapaść polskiego państwa nie niesie za sobą zagrożenia. A to dlatego, że nawet jeśli w wyniku globalizacji, inne państwa nie będą zagrożeniem, może ono dalej przyjść z zewnątrz pod inną postacią, tychże korporacji.
Ale prawda o globalizacji jest taka, że istotnie korporacje stały się potężniejsze niż kiedykolwiek, tyle, że zamiast wymieść państwo, mają je teraz po swojej stronie. Korporacje z Europy Zachodniej nie wchodzą do Polski na własną rękę, ale z pomocą państwa oraz Unii Europejskiej. W tej roli, państwa nie kierują się względami politycznymi, w tym poszanowaniem innych państw, ale logiką ekonomiczną, bo to jest jedyna logika, która rozumieją ich zorientowane na świat korporacje.
Z tego też względu, prowadzone przez Unię negocjacje nie wiele mają dzisiaj wspólnego z budowaniem „wspólnego domu”, jak wówczas, gdy przyjmowano byłe, faszyzujące, dyktatury, czyli Grecję, Hiszpanię czy Portugalię. Nie stawiano wtedy niewykonalnych żądań, które zaspakajałyby potrzeby własnych korporacji kosztem osłabienia tych zacofanych gospodarek, a tym samym ich przebudowywanych państw. Odwrotnie, otwarto kasę na wielką skalę do czasu likwidacji zacofania.
Dzisiaj, ta sama organizacja deklaruje chęć budowy „wspólnego domu” z Polską, tyle, że w trakcie stale uzgadnianych reform następuje osłabianie jej zacofanej gospodarki oraz rujnowanie jej państwa w przebudowie. Przejmowanie większości fabryk i banków spowodowało, że zamiast wejść do „wspólnego domu” Polska staje się bezdomna. Wraz z tym staje się również bezrządna, a tym samym coraz mniej zdatna do unijnego członkostwa, przynajmniej jako suwerenny kraj.
Podsumowanie
Nie do utrzymania jest obecna pewność siebie, że Polska wyrwała się ze swojej trudnej historii, okresowego obezwładniania przez obce potęgi, gdyż być może właśnie wróciła do tej trudnej historii. Zwłaszcza jeśli prawdą jest, że – jak pisze wybitny francuski politolog Moisi (1999) – cała Europa dokonała zwrotu w stronę tzw. ancien regime. A więc porządku działającego przed wybuchem Rewolucji Francuskiej, w którym jedne kraje słabły dając okazję innym krajom, by narzucały im swoją wolę.
Dzisiaj znowu silni prowadzą gry, które bezceremonialnie łączą lub dzielą słabsze kraje, z tym, że „międzynarodowe” korporacje o narodowym charakterze są odpowiednikiem absolutnych monarchów. Obecnym odpowiednikiem -związanej z monarchą-arystokracji są akcjonariusze, równie egoistyczni i pasywni. Wciśnięte między korporacje oraz akcjonariuszy, państwo staje się wobec nich służebne, posłusznie asystując w ich próbach łączenia i dzielenia osłabionych krajów.
Przez swoje cyniczne posunięcia na arenie międzynarodowej monarchowie przyśpieszyli Rewolucję Francuską, zwłaszcza przez dwa podziały terytorium Polski, odpowiednio w 1772 oraz 1795 roku. Ten sam cynizm, żarłocznych monarchów, starających się podporządkować słabsze kraje, doprowadził do rozdźwięków między mocarstwami. A to dlatego, iż głęboko poderwał, zwłaszcza ze względu na machinacje pruskiego Fryderyka Wielkiego, ich wzajemne zaufanie do siebie.
Jeśli chodzi o obecną europejską scenę, historia może się łatwo powtórzyć, w tym sensie, że znowu powodem do regionalnej zawieruchy może się stać, choć pozbawiony tym razem udziału Rosji, „międzynarodowy” podział Polski, czy to z zachowaniem jej granic, czy bez. W ten sposób, ponownie, w bolesny sposób politycy nauczą się, że ekonomia nie może rządzić polityką, krajową czy światową, oraz że u podłoża ludzkich zachowań leży potrzeba wolności, własnej i zbiorowej.
POSŁOWIE
Konkludując, w wyniku reform podjętych po upadku komunizmu został zmarnowany polski system gospodarczy, gdyż w wyniku wyprzedaży majątku obcym kapitalistom, polski kapitalizm stał się głównie niepolski. Pod wpływem błędnych reform zrujnowana została również narodowa gospodarka, gdyż jej potencjał nie pracuje wcale na rzecz lokalnej siły roboczej. Nawet jeśli gospodarka polska będzie sobie dobrze radzić, nie musi wyjść to wcale na dobre polskiej sile roboczej.
Ten zbiorowy akt samozniszczenia mógł się dokonać tylko dlatego, że świadomość społeczna oparta jest od początku reform ustrojowych na powtarzanych w nieskończoność kłamstwach. Choć z gruntu nieprawdziwe, przyjęte opinie o reformach, składają się o dziwo w całkiem spójną całość, tak, że wydają się poważne. Dlatego, na niewiele się zda wykazanie błędności jednej z tych opinii. Można naruszyć ten system myślowy dopiero jeśli podważy się go jako całość.
Właśnie dlatego, że u źródeł katastrofy leżą nawarstwienia fałszywej świadomości, wydostanie się z obłędu reform wydaje się prawie niewykonalne. Ostoją tej świadomości w obecnej Polsce jest głębokie przekonanie, że kapitalizm musi się udać, gdy się go naprawdę zechce, zwłaszcza, że dookoła jest bujny świat kapitalizmu. Jeśli nie własnymi siłami, to kapitalizm będzie dziełem tych, którzy już opanowali jego tajniki, czyli wytrawnych zagranicznych kapitalistów.
To prawda, że niedawno świat kapitalizmu przyłożył się do obalenia polskiego komunizmu, a w ostatnich latach przysłużył się również do budowy polskiego kapitalizmu, tyle, że wypaczonego. Mimo to, nie można liczyć, że ten sam świat kapitalizmu teraz znowu się włączy, żeby zmieniać, a tym bardziej obalać polską patologię. Może on pogodzić się z tą patologii, gdyż najlepszy na jaki ludzkość stać gospodarczy ustrój kapitalizmu potrafi się wyżywić nawet odpadkami.
W porównaniu z żywotnym kapitalizmem, komunizm był słabowitym systemem, skazanym na upadek. Tak, że wymierzony weń antykomunizm, mógł sobie całkiem nieźle, jak w Polsce, radzić z komunizmem. Inaczej przedstawia się jednak rzecz z kapitalizmem, któremu jako ustrojowi upadek nie grozi. Dlatego ewentualny ruch wymierzony przeciw jego „niekompletnej” wersji, nawet gdyby był tak silny jak polski antykomunizm, nie miałby takich szans powodzenia.
Alternatywa liberalna
W interesie zwolenników „niekompletnego kapitalizmu” leży utrzymanie powszechnego dzisiaj przeświadczenia, że Polska nie miała innego wyjścia. Uważają się oni za liberalnych ekonomistów, ale nie mają z nimi nic wspólnego, więc tylko przez ignorancję ich reformy określane są jako liberalne. Gdyby bowiem autentyczny liberalny ekonomista zabierał się do wymiany systemu tak, by zamiast planów rządził nim rynek, wybrałby przeciwną strategię niż tzw. liberałowie.
Po pierwsze, w prawdziwie liberalnej strategii reform zadbałby najpierw o zdrową sytuację polityczną, czyli o sprawne państwo. Z całą swoją doktrynalną wiarą w działanie wolnego rynku, liberalny ekonomista rozumie bowiem, że jeśli państwo jest zepsute, to nie ma żadnej szansy na przyzwoity rynek, najwyżej na jakąś jego karykaturę. A to dlatego, że normalny rynek opiera się na egzekwowanym prawie, a takie prawo bazuje z kolei na państwie, które stoi na straży prawa.
Kiedy nastał czas reform, w 1989 r., tzw. liberalne kręgi uznały, że właśnie zakończyła się rewolucja, która zmiotła stary polityczny porządek. Pozostały, więc tylko do zrobienia reformy w systemie gospodarki. W rzeczywistości nie było żadnej rewolucji, gdyż komunizm zniszczyła ogólna demoralizacja. Kiedy więc zmęczona władzą mono-partia skapitulowała, pozostało po niej tylko zżerane korupcją państwo. Zatem nie było nadziei, żeby rynek znalazł właściwą obudowę prawną.
Największa komplikacja wynikała jednak stąd, że mocno nadwyrężone państwo miało się ewentualnie zająć prywatyzacją, czyli rozdysponowaniem publicznego majątku, jako że bez prywatnej własności nie może być rynku. Powstało realne niebezpieczeństwo, że w trakcie tej przebudowy stosunków własnościowych dalej się będzie walić państwo. Zmiany ustrojowe w sferze własności dostarczyłyby bowiem okazji do rozlania się korupcji na jeszcze większą niż wcześniej skalę.
Z galopującym rozkładem państwa jego aparat mógłby też zacząć zaspakajać swoje własne potrzeby kosztem zastanych zasobów środków produkcji. Innymi słowy, po rabunkowej gospodarce komunizmu przyszedłby rabunkowy postkomunizm z jego własnymi sposobami na marnowanie zasobów. Mogłoby się nawet okazać, że ideologiczne państwo z epoki komunizmu nie było w stanie dokonać takich zniszczeń w substancji gospodarki jak skorumpowane państwo postkomunizmu. Ponieważ z prywatnej korupcji nie mogą w żaden sposób wyniknąć publiczne korzyści, celowe było utrzymanie niektórych z istniejących instytucji nadzoru nad aparatem państwa, zwłaszcza nad jego sektorem gospodarczym. Ekspansja sektora prywatnego musiała poszerzyć możliwości nadużyć w sektorze państwowym, więc nie trzeba było likwidować np. pionu przestępczości gospodarczej w policji. Należało natomiast zaraz stworzyć nowe instytucje, np. skarb państwa.
Zapanowanie nad państwem nie było możliwe bez ścisłego parlamentarnego nadzoru, ale instytucja sejmowa wymagała czasu na konsolidacje. Można, więc było dodatkowo oprzeć się na rozwiniętej za komunizmu kontroli społecznej oraz Kościele, który zbudował wielki autorytet nie tyle na potępianiu komunizmu, co na walce o interes narodowy (np. wtedy, gdy wsparł tzw. stan wojenny, bo przeciągający się ostry konflikt partii z „wolnymi” związkami groził narodową klęską).
Po drugie, gdyby państwo kwalifikowało się już to tego, żeby mu powierzyć reformy gospodarcze, powinno ono skupić się na przemianach własnościowych, tyle, że ograniczając swoją rolę do minimum. Liberalna ekonomia wypowiada się bowiem nie tylko przeciw mieszaniu się państwa w alokację zasobów, jako domeny działania jednostek, czyli rynku. Uważa też, że nawet gdy państwo jest zdrowe, jednostki winny same – czyli rynkowo – skonstruować rynek.
Skoro komunizm zostawił po sobie głównie niewydajną własność państwową, istniała pokusa, żeby od zaraz ją sprywatyzować. W myśl liberalnej ekonomii oznaczałoby to jednak nadmierną ingerencję, która zakłóciłaby, a nawet sparaliżowała działanie tego sektora. Z braku czasu na przystosowanie, w drodze do prywatyzacji, sektor państwowy mógłby obniżyć swoją niezadowalającą wydajność, a następnie wpaść w głęboką zapaść, ciągnąc za sobą w dół nawet całą polską gospodarkę.
Biorąc to pod uwagę, państwo nie miało innego wyboru, jak ograniczyć się w sektorze państwowym do płytkich reform, zwłaszcza zwiększenia wynagrodzeń kierowniczych. Najlepiej przez tzw. kontrakty menadżerskie, które uzależniałyby wysokość wypłat od poziomu wykorzystania majątku. Wzmocniłoby to motywację oraz skłoniło do zachowania posad ze strony doświadczonej kadry, kuszonej przez możliwości niekontrolowanych dochodów w sektorze prywatnym.
Zasada minimalizacji ingerencji państwa nie wykluczała jednak tego, by od razu przystąpić do prywatyzacji, tyle, że głównie oraz przez oferty na małe pakiety akcji, czyli bez prawa do większości głosów w zarządzie. Żeby bez perturbacji przekazać całe fabryki i banki, niezbędna była obecność krajowego sektora prywatnego na taką skalę, żeby mógł dostarczyć dostatecznej liczby doświadczonych inwestorów oraz żeby krajowe banki dysponowały już odpowiednimi funduszami.
W związku z tym, warunkiem sukcesu zmian własnościowych nie było grzebanie w sektorze państwowym, ale raczej szerokie otwarcie możliwości startu prywatnych biznesów. Gdyby wyzwolić prywatną inicjatywę, wtedy nawet bez prywatyzacji sektor prywatny zdobyłby dominację, a państwowy zszedłby na margines. Z wyższą wydajnością, sektor prywatny mógłby rosnąć nawet dwa razy szybciej niż państwowy, tak, że uzyskałby przewagę już po około dziesięciu latach.
Państwo mogło się wstrzymać ze sprzedażą na dużą skalę do tego właśnie momentu również dlatego, że dopiero wtedy popyt na majątek ze strony krajowych inwestorów byłby dostateczny, żeby żądać godziwych cen. Oraz, żeby z pomocą takich cen wyselekcjonować najlepiej przygotowanych nabywców. Nawet wtedy nie było wskazane, żeby wyrzucać cały majątek na ladę, ale raczej działać metodycznie, w takim tempie, żeby państwo mogło właściwie skalkulować ceny zbytu. Po trzecie, w prawdziwym liberalnym wariancie nie można zamknąć kraju na kłódkę, nie dopuszczając
w ogóle zagranicznych inwestorów. Nie wolno jednak zezwolić na to, żeby bez ograniczeń mieli oni dostęp do narodowej gospodarki, zamieniając ją w swoiste więzienie. Ekonomia liberalna nigdy nie postulowała absolutnego otwarcia, ale jedynie to, żeby w miarę swoich potrzeb każda gospodarka określiła najlepszy dla siebie zakres zagranicznej obecności kapitałowej.
Najlepszy zakres jest zaś taki, który wzmacnia miejscowych inwestorów zamiast podcinać ich egzystencję, przeto ze względu na zacofanie krajowej klasy kapitalistycznej nie można było się obyć bez okresowego zakazu sprzedaży obcym inwestorom kontrolnych pakietów w istniejących fabrykach i bankach. Zwłaszcza tych z mocną pozycją na lokalnym rynku, gdyż ich sprzedanie w zagraniczne ręce ułatwia, na zasadach reakcji łańcuchowej, przejęcie powiązanych z nimi firm.
Ponieważ zakupy istniejących starych firm nie muszą prowadzić do modernizacji, właściwszym rozwiązaniem jest zezwolenie na wsady rzeczowe z zamianą na akcje. Jeszcze korzystniejsze jest zezwolenie obcym inwestorom na zakładanie nowych fabryk i banków, tyle, że z góry należałoby przyjąć górny limit własności zagranicznej w oparciu o aktualną średnią dla Unii, albo średnią jaką miały w momencie akcesu do Unii najnowsze kraje członkowskie; Grecja, Hiszpania i Portugalia.
Krajowi inwestorzy mają nie tylko pełne prawo do ochrony własności, ale też rynków, gdyż utrata rynków może się skończyć bankructwem ich firm, bądź wrogim przejęciem przez zagranicę. Liberalna ekonomia preferuje otwarte gospodarki, które handlują bez skrępowania z całym światem, ale nigdzie w tej ekonomii nie jest powiedziane, że należy likwidować taryfy celne gdy gospodarce grozi wyniszczenie czy też wydarcie większości jej majątku przez obcych.
Ze względu na polskie zacofanie, najlepiej było znowu pójść śladem Unii, której państwa starannie chronią swoje zagrożone konkurencją sektory produkcji. Ze względu na większą obecność takich wrażliwych na import sektorów, polska gospodarka wymagała jeszcze większej ochrony. Zamiast układów opartych na głębokich ustępstwach celnych, zwłaszcza jednostronnie korzystnych dla Unii, polska gospodarka pilnie potrzebowała jednostronnych koncesji ze strony Unii.
W niektórych sektorach, zwłaszcza tych dających duże zatrudnienie, tylko długookresowe wysokie bariery dla importu dawały szansę na przetrwanie. Dotyczy to szczególnie rolnictwa, gdzie do dyspozycji są trudniejsze do obrony przed unijnymi negocjatorami cła tzw. zaporowe. Mniej drażliwe są natomiast subsydia na poziomie tych, z których żyją unijni rolnicy, czy też tak powszechny w Unii środek jak wymagany procentowy udział krajowej żywności w hurcie i detalu.
Powyższa alternatywna strategia w dużym stopniu pokrywa się ze scenariuszem zmian ustrojowych, który przyjęła, jak dotąd jako jedyna w Europie Wschodniej, Słowenia. To, że wyłącznie Słowenia przyjęła liberalny kierunek reform, bez wyprzedaży zagranicy, nie oznacza jednak, że nie nadawał się on dla innych krajów regionu. Ale tylko w Słowenii zostały zapewnione warunki dla jego realizacji, mianowicie odpowiedzialny aparat państwa zabiegający o interesy swej gospodarki.
Pod wieloma względami sytuacja wyjściowa Polski i Słowenii była podobna, choćby przez fakt, że obydwa kraje miały za sobą lata emancypacji gospodarczej od silniejszych sąsiadów, odpowiednio Rosji i Serbii. Podobnie jak fakt, że w obydwu krajach pozycja załóg była bardzo silna; w Polsce dzięki „niezależnym” związkom, w Słowenii – dzięki tzw. partycypacyjnemu modelowi firm. Gdyby, więc Polska tylko zreperowała państwo, to mogłaby bardzo łatwo pójść szlakiem Słowenii.
Wówczas, zamiast paść ofiarą pisanego palcem na wodzie „cudu Balcerowicza”, Polska mogłaby się rozwijać jak Słowenia, która znalazła się pierwsza w kolejce do przyjęcia przez Unię. Przykład Słowenii dowodzi, nie tylko, że można stworzyć dynamiczną, odporną na kryzysy, gospodarkę bez oddania majątku zagranicy. Wskazuje również, że Unia nie żąda od każdego petenta, by najpierw wyzbył się na jej rzecz swego majątku, ale że wybór należy tylko do kraju-kandydata.
Tzw. liberałowie przemilczają przypadek Słowenii, gdyż ten podważa całą ich mitologię „polskiej drogi” do kapitalizmu. Wygodnie zapominając o tym, że Słowenia odniosła sukces wybierając inną drogę, powtarzają w kółko, że wyłącznie polska strategia pozwala na udaną budowę kapitalizmu. Każda inna prowadzi do klęski jaką poniosła Białoruś, która nie tylko zaniechała sprzedaży swego majątku zagranicy, ale w ogóle nie wpuściła obcych inwestycji (np. Lewandowski 2000).
Białoruś rzeczywiście poszła inną drogą niż Polska, ale niestety, porównania statystyczne nie dają wcale podstawy do wniosku, że poniosła klęskę. Atak medialny na Białoruś jest jednak tak zmasowany, że mało kto sięga do danych, z tym, że nie chodzi głównie o porównania z Polską. Polskę ominął szok, który przeżyła Białoruś w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego. Podobny szok przeżyły inne byłe republiki, więc wyniki Białorusi powinno się porównywać raczej z nimi a nie z Polską.
Gdy przyjmie się tę perspektywę to widać, że taki post-sowiecki kraj jak chwalona Estonia, w której przyjęto „polską drogę”, z szybkim wywłaszczeniem na rzecz zagranicy, wypada gorzej niż Białoruś, bez prywatyzacji na rzecz kogokolwiek. Najlepiej to widać w przemyśle, gdyż na Białorusi zbliża się on do poziomu z 1989 r., podczas gdy w Estonii produkcja przemysłu jest ciągle o prawie połowę niższa niż w 1989 r.; stąd wyższa jest też estońska stopa bezrobocia (Załącznik 4). Starannie ukrywaną przez tzw. liberałów tajemnicą jest fakt, że w ostatnich czterech latach dochód narodowy Białorusi wzrósł o jedną trzecią. Białoruś znalazła się wśród najszybciej rozwijających się gospodarek regionu – przed szybko tracącą oddech Polską. Gdyby oprzeć się tylko na tych danych, wpadłoby zaprzestać straszenia Polaków „białoruską drogą”. Zwłaszcza, że Białoruś nie popełniła zbiorowego samobójstwa oddając obcym swój majątek za „bezdurno”.
Wybryk rewolucji
Ze względu na radykalizm reform wykonanych przez prawie pozbawiony kontroli aparat państwa, wytyczony w 1989 r., za rządów Mazowieckiego, scenariusz budowy kapitalizmu ma swe źródła nie tyle w liberalnej myśli co w doktrynie marksowskiej. Jego skutki dla gospodarki są zresztą podobne do tych, które zawsze niosą za sobą marksowskie rewolucje. Mamy przeto w Polsce, dzięki tzw. liberałom, nieznaną nigdzie w Europie Zachodniej aberrację instytucjonalną.
Po pierwsze – wdrożony został swoisty marksowski ideał gospodarki, w której brak jest krajowej klasy kapitalistycznej, a jest tylko robotnicza. Oczywiście, kapitaliści są obecni, tyle że zagraniczni, można rzec z importu, ale niestety nie na takich zasadach jak w przeszłości. W polskiej historii, napływowy element odgrywał zwykle dużą rolę w gospodarce, ale też często ulegał on polonizacji. Teraz nie ma takiej nadziei, gdyż obcy kapitaliści zakładają w Polsce jedynie filie.
Nie ma mowy o zintegrowaniu tych importowanych kapitalistów, choćby w tym sensie, żeby rozwinęli poczucie odpowiedzialności za losy lokalnych robotników. Gdy właściciele nie czują tego rodzaju odpowiedzialności, wtedy robotnicy też nie maja powodu aby być lojalni wobec właścicieli, piania się więc potencjalnie niestabilna sytuacja, którą można opanować tylko przez powszechne ogłupienie albo przez odwołanie się do przemocy, podobnie jak to się działo za komunizmu.
Importowanie kapitalistów to być może łatwiejszy sposób na budowanie kapitalizmu, niż tworzenie własnych kapitalistów, ale jak to bywa z importem, trzeba zań zapłacić. Nawet słono, gdyż majątek sprzedawany jest zagranicy za dziesięć procent wartości, co wydaje się niemożliwością. Nikt nie podważył jednak tego wyliczenia, nie można bowiem wziąć na serio kilku absolutnie urągających podstawowym zasadom akademickiej ekonomii usiłowań (Bugaj 2000; Glikman 2001).
Przekazanie budowanego przez pokolenia majątku za ułamek wartości to tylko wstępny koszt nabycia kapitalistów z importu; do tego dochodzi stały doroczny koszt ich utrzymania. Za psie grosze oddano bowiem obcym inwestorom tytuł do dochodu z kapitału, czyli zysków. Inne źródło finansowania przyrostu majątku, kredyt bankowy, też znalazło się pod kontrolą zagraniczną. Odebrano więc gospodarce nie tylko trwały majątek ale i możliwość jego samodzielnego odtworzenia.
Nie miałoby to tak groźnej wymowy, gdyby motyw maksymalizacji zysku sam z siebie zapewnił, że zagraniczni właściciele polskiej gospodarki zadbają o jej interesy. Tyle, że, odwrotnie niż sobie to wyobrażają tzw. liberałowie, zagraniczni właściciele nie walczą o zyski dla dobra ludzkości. Robią to głównie dla swoich udziałowców, wśród których brakuje niestety polskich akcjonariuszy. Ale też pod naciskiem działających u nich w kraju związków zawodowych, a nie tych polskich.
Dziw bierze, że tzw. liberałowie zapomnieli również o tym, że w kapitalizmie firmy nie świadczą sobie wzajemnych uprzejmości. Kapitalizm to bezwzględna walka ekonomiczna, w której wszystkie firmy kombinują jak się pozbyć pojedynczych konkurentów, możliwie na zawsze. Albo przynajmniej zmusić ich, żeby wzięli na siebie mniej intratne podwykonawstwo. Ta sama reguła dominacji dotyczy całych gospodarek, tyle, że wymaga jednoczesnego działania bardzo wielu firm.
Po drugie – Polakom odebrano nie tylko majątek i zyski, ale, co jest kolejnym pilnie ukrywanym faktem – drastycznie redukowane są funkcje „państwa opiekuńczego”, jak np. bezpłatne szkolnictwo, subsydiowana kultura, czy powszechna opieka zdrowotna. Polska zbudowała, więc nie tylko „niekompletny kapitalizm”, którego nie ma w Europie Zachodniej, ale równie jej nieznany model gospodarki, gdzie działa „niekompletne państwo”; bez normalnych funkcji społecznych.
O wadze świadczonych przez państwo usług najlepiej można się przekonać, jak się spojrzy na to, gdzie płynie strumień inwestycji zagranicznych. Nie płynie on bynajmniej do gospodarek, w których ze względu na szczupłość podatków nie stać państwa na usługi społeczne. Zupełnie odwrotnie, kieruje się on głównie do krajów gdzie te usługi są rozbudowane, w tym do Europy Zachodniej. Jak już zabraknie majątku państwa na sprzedaż, Polska szybko się przekona o tej prawidłowości.
Wycofywanie się państwa w Polsce z różnych opiekuńczych powinności nie idzie przy tym w parze z oddawaniem obywatelom funduszy dotąd wydatkowanych na te usługi. Upadek „opiekuńczego państwa” wynika głównie stąd, że wysychają źródła podatkowe ze strony sektora produkcji. Jak też, ze względu na nasilający się rozrost aparatu administrującego usługami, wykorzystującego swoją pozycję na rzecz windowania własnych pensji oraz pozyskiwania tzw. prowizji. Problemy budżetowe nie są przy tym bez związku z faktem, że polskie państwo bardzo hojnie zwalnia obce firmy z podatków. Co więcej, mimo dwukrotnie wyższej wydajności, sektor zagraniczny od 1996 r. wykazuje straty, gdy resztki sektora państwowego robią zyski. Z tego powodu sektor zagraniczny w ogóle nie płaci podatków od zysku do budżetu. Zmienia to Polskę w dziwny kraj, w którym właściciele kapitału nie płacą podatków, ale płaci go siła robocza – oraz emeryci.
Zdaniem tzw. liberałów, najlepiej byłoby zlikwidować podatek od zysku, który rzekomo zniechęca do inwestycji w środki trwałe, a tym samym pomniejsza liczbę nowych miejsc pracy. Rozumując w ten sposób, trzeba by powiedzieć, że nie powinno się też ściągać podatków od płacy, gdyż zniechęcają one robotników do podejmowania pracy. Idąc dalej tym torem myślenia, powinno się też wyeliminować obecne podatki od świadczeń emerytalnych, bo to przecież zniechęca do życia.
Tzw. liberałowie nie rozumieją, że celem podatków od zysku jest ściągnięcie należności za korzyści jakie osiągają właściciele kapitału z tytułu usług państwa, jak np. dostęp do wyedukowanej siły roboczej. To prawda, że niektóre z tych usług mogliby oni sami finansować, włącznie ze wspieraniem systemu edukacyjnego. Jak dotąd jednak, nikt nie słyszał o tym, żeby obce firmy w Polsce łożyły na szkoły czy uczelnie, choć nie jest im obca taka działalność, ale u siebie w kraju, nie u obcych.
Po trzecie – odzierane z usług socjalnych, polskie społeczeństwo zostaje z gospodarką wyjątkowo podatną na kryzysy produkcji, czyli kryzysogenną. Trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby w wyniku niespotykanego pogwałcenia liberalnej ekonomii oraz liberalnej polityki mogła powstać gospodarka odporna na recesje. A więc taka, którą z pełnym rozmysłem skonstruowały po ostatniej wojnie wszystkie kraje Europy Zachodniej wprowadzając państwo do rynkowej gospodarki.
Można było się o tym fakcie przekonać już w latach 1990-1992, kiedy gospodarka wkroczyła w pierwszy ostry „kryzys Balcerowicza”. Prawie nikt z polskich ekonomistów nie potraktował tego załamania jako poważnego ostrzeżenia. Kryzys miał bowiem być społeczną zapłatą za wyrwanie się z komunizmu. Dzisiaj, gdy Polska wchodzi w drugi „kryzys Balcerowicza”, te same kręgi twierdzą, że społeczeństwo dalej czepia się komunizmu, a nowa recesja jest kolejną zasłużoną nauczką.
U podstaw obydwu kryzysów nie leżą wygórowane apetyty lokalnej siły roboczej, gdyż w obydwu przypadkach płace rosły wolniej od wydajności a wydatki społeczne państwa spadały. Kryzysy Balcerowicza nie są oczywiście karą za komunizm, ale konsekwencją podporządkowania gospodarki zagranicznym interesom. Najpierw jeszcze bez silnej obecności kapitałowej, czy właścicielskiej zagranicy, a obecnie dlatego, że większość banków i fabryk jest już zagraniczna.
Dominujący w produkcji sektor zagraniczny importuje bowiem znacznie więcej niż eksportuje, rośnie więc szybko dług zagraniczny a wraz z nim groźba niewypłacalności. W każdej chwili może pojawić się panika finansowa oraz ucieczka tzw. spekulacyjnego pieniądza. I załamanie waluty, z którym kryzys w produkcji staje się nieunikniony. Wszystko to spadnie na barki państwa, ale ono jest zbyt słabe w stosunku do sektora zagranicznego, żeby wymusić na nim adaptację.
Widać to w ostatnich dwu latach, gdy z braku innych możliwości bezradne państwo przyjęło taktykę odsuwania kryzysu przy pomocy kryzysu. Jedynym praktycznym sposobem na obniżenie deficytów handlowych okazało się bowiem spowolnienie wzrostu gospodarki przez obcinanie inwestycji oraz konsumpcji. Trudności zbytu w kraju spowodowały pewien spadek importu i ruszył trochę eksport, obniżył się więc deficyt handlowy, ale zbyt mało by zahamować nasilenie kryzysu.
Główne ośrodki władzy pogodziły się z myślą, że gdy zaczynają się problemy z deficytem wymiany handlowej oraz zadłużeniem, ciężar przystosowania trzeba zwalić na siłę roboczą. Walka z kryzysem odbywa się przy pomocy bezrobocia, tak, że Polska staje się krajem obcego kapitału i lokalnego bezrobocia. Powstaje błędne koło, w którym obcy kapitał wyrzuca na bruk lokalną pracę, oraz, unikając obciążeń podatkowych, odbiera państwu środki na przeciwdziałanie bezrobociu.
Żeby się przekonać dokąd dokładnie zmierza Polska ze swym „niekompletnym kapitalizmem” wystarczy się rozejrzeć po tych krajach rozwijających się, które przez kilka ostatnich lat były chwalone za swe sukcesy, a dzisiaj gnębią je kryzysy. Wystarczy wziąć Argentynę, do niedawna uważaną za wzór dyscypliny finansowej oraz liberalizacji gospodarki. W środku głębokiego kryzysu, Argentyna zbiera teraz słowa nagany za niedostatek finansowej dyscypliny oraz liberalizacji.
Tak jak w obecnej Polsce, pierwszym sygnałem gospodarczego zagrożenia w Argentynie okazało się galopujące zadłużenie zagraniczne oraz deficyty budżetowe. Doszło do tej nierównowagi, mimo że Argentyna od lat stosuje bardziej rygorystyczny niż Polska mechanizm finansowy, w którym obieg pieniądza zależy od podaży dolarów. Nie pomógł też fakt, że Argentyna zdołała przekazać swoje główne banki, oraz monopole (np. telekomunikację, energetykę) w ręce zagraniczne.
Wspomniany mechanizm uzależnienia podaży pieniądza wymusił w 1998 r. spadek produkcji oraz płac, przypominający efekty tzw. schładzania przez Balcerowicza w Polsce. Przez trzy lata płace spadły o jedną piąta, albo o połowę w relacji do wydajności. Tym niemniej, w 2001 r. doszło do ucieczki kapitału i załamania waluty. Argentyna uzyskała prawie kilkanaście miliardów dolarów pomocy, ale najpierw musiała zgodzić się na obniżenie płac o następne piętnaście procent.
Inną lekcją służy Turcja, również do niedawna chwalona jako wzór kraju rozwijającego się, kto wie czy nawet nie przykład cudu gospodarczego. W 2001 r., Turcja też wpadła jednak w potężny kryzys finansowy, z grubsza przypominający scenariusz, który przechodzi gospodarka Argentyny. Kryzys ten tylko w tym roku spowodował dramatyczną dewaluację pieniądza oraz utratę około dwudziestu procent dochodu narodowego, i nie widać dlań szybkiego zakończenia.
Tak jak w Argentynie, upadek gospodarki został zapoczątkowany przez ucieczkę kapitału, głównie spekulacyjnego, ulokowanego na giełdzie i w państwowych papierach. Panikę wywołała jednak nie tylko eskalacja zagranicznych długów czy ostre problemy budżetowe, ale także fatalna sytuacja w bankach, głównie państwowych. Udzieliły one, w sposób korupcyjny, ogromnych tzw. nieściągalnych kredytów, zmuszając państwo do miliardowego oddłużania na barkach podatnika.
Mogłoby się wydawać, że skoro banki polskie są głównie zagraniczne, nie są one podatne na tureckie kłopoty, ale jak dochodzi do kryzysu finansowego, banki prywatne też wpadają w tarapaty. Można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której, z powodu bankructw w przemyśle zagraniczne banki w Polsce wpadają w pochodny własny kryzys. Państwo stanęłoby wtedy przed koniecznością ratowania zagranicznych banków, naturalnie też kosztem krajowego podatnika.
Wyjście awaryjne
Można by pomyśleć, że dziesięć lat psucia systemu gospodarki przez tzw. liberałów to względnie krótki okres, więc nie powinno być trudności z naprawieniem szkód. Niestety, w jakimś sensie Polska znalazła się na dnie swej nowoczesnej historii, gdyż chyba nigdy odruchy moralne nie uległy takiej dramatycznej erozji. Odbicie się od tego dna będzie trudne, gdyż wszystkie możliwe główne wyjścia zostały już zatrzaśnięte, pozostały jedynie bardzo ryzykowne wyjścia awaryjne.
Po pierwsze, wypadałoby zaprzestać odnowionej po upadku komunizmu „negatywnej selekcji”, współodpowiedzialnej za obecne załamanie postaw moralnych. Chodzi o rozmontowanie złożonych mechanizmów doboru, których główne niszczące działanie polega dzisiaj na tym, że wynoszą na wpływowe stanowiska ludzi nastawionych na własne interesy. Natomiast odsuwają od procesu decyzji ludzi, którzy nie zatracili jeszcze poczucia odpowiedzialności za sprawy publiczne.
Negatywna selekcja nie wynika z tego, że – jak twierdzą tzw. liberałowie – pozostałości starszego pokolenia zablokowały dostęp młodszemu pokoleniu. Odwrotnie, wypłynęły teraz na powierzchnię piramidy władzy głównie zastępy młodszych roczników, które wkroczyły w zmiany ustrojowe niekiedy zagubione, a często obojętne na interes publiczny. Wyparli oni starszą generację, ściślej związaną z powojenną odbudową, w której zachowały się silne odruchy społeczne.
W ostatnich latach niestety polskimi rękami dokonano w Polsce takiego samego zabiegu, jaki w Niemczech Wschodnich wykonali po upadku komunizmu Niemcy Zachodni, czyli rozpędzenie całej elity około stu tysięcy wykształconych ludzi w starszym wieku. Nie uczynili tego Niemcy Zachodni u siebie nawet po upadku hitleryzmu, czy Austriacy, gdzie, mimo silnych nastrojów nazistowskich, nie doszło do porachunków, głównie za sprawą Kościoła, przypomnę – katolickiego.
Ludzie z moralnym autorytetem nie uzyskają wpływu na bieg polskiej gospodarki, dopóki nie dojdzie do zmian w mediach, które są strażnikiem „negatywnej selekcji”. Stąd płyną brutalne ataki tzw. liberałów na każdego, kto ośmieli się wyrazić troskę o interes publiczny. Media w Polsce to prawie monopol, głównie zresztą z udziałem zagranicznych koncernów, którym nie zagrażają teraz, tak skuteczne pod koniec komunizmu, tajne powielacze czy zagłuszane radiostacje.
Dochodzi do paradoksalnej sytuacji, w której najważniejsze partie polityczne, nawet z poparciem połowy potencjalnych wyborców, czują się zastraszone przez tzw. liberalnych komentatorów. Żeby uniknąć samosądu mediów, przywództwa tych partii często zmuszane są do mówienia ich głosem. Z tych samych powodów boją się wdać w pewne tematy, gdyż środki przekazu nie chcą, żeby były one otwarcie poruszane – takie na przykład jak kwestia pól darmowej wyprzedaży.
Pozytywna selekcja nie jest więc możliwa bez demonopolizacji mediów wzorem Unii Europejskiej, gdzie tytułom prasowym czy stacjom nadawczym wolno działać tylko na wyznaczonym terenie mając określony niewielki udział w dochodach reklamowych. Odpowiednio, zagraniczne koncerny mogłyby posiadać tylko niskie udziały w prasie, a zwłaszcza w telewizji. Nadwyżkowe udziały uległyby obligatoryjnemu odsprzedaniu krajowym inwestorom, najlepiej np. głównym partiom.
Po drugie – wyłącznym celem dalszej prywatyzacji musi się wreszcie stać tworzenie rodzimej klasy kapitalistycznej, tak by krajowa własność stała się dominująca, zwłaszcza w bankach. Dlatego należałoby od zaraz zatrzymać jakąkolwiek sprzedaż majątku w ręce zagraniczne, nie licząc zakupów w ramach niskich pułapów dla ogółu obcych akcji. W tym samym czasie powinno się wreszcie uruchomić ułatwienia finansowe, w tym ulgowe linie kredytowe, dla nabywców krajowych.
Wybór między krajowym z zagranicznym nabywcą należy wyłącznie do polskiego rządu, w każdym razie nie ma w tej sprawie żadnych wiążących ustaleń z Unią. Powoływanie się przez tzw. liberałów na jakieś decyzje w tej sprawie jest kłamstwem, o czym można się było przekonać, gdy zapadła sejmowa uchwała, że ostatnie dwa polskie banki mają być sprzedane krajowym inwestorom. Nawet jednym słowem unijni biurokraci nie skomentowali tej suwerennej polskiej decyzji.
Dla zwiększenia stanu posiadania własnej klasy kapitalistycznej, niezbędna jest też dokładna weryfikacja ważniejszych umów prywatyzacyjnych z punktu widzenia ich zgodności z prawem. W przypadku stwierdzenia sztucznie zaniżonych cen powinno się zadbać o uzyskanie finansowych rekompensat. W skrajnych przypadkach, należałoby zakwestionować całe umowy prywatyzacyjne oraz przekazać majątek do puli zarezerwowanej wyłącznie dla krajowych inwestorów.
Można oczekiwać, że zagraniczni właściciele zechcą odwołać się do unijnych władz w przypadku rewizji umów kupna majątku. Jest jednak mało prawdopodobne, żeby unijne władze zdołały dowieść poprawności wycen, na pewno nie na bazie porównań z cenami, jakie uzyskano ze sprzedaży podobnych fabryk czy banków na terenach unijnych. Równie nieprawdopodobne jest by stanęły one w obronie transakcji, które są ewidentnie oparte na manipulacjach cenowych.
Nie wystarczy zadbać o to, żeby jak najwięcej majątku trafiło do krajowych kapitalistów, gdyż żadne środki, poza wtórną nacjonalizacją, nie są w stanie doprowadzić do szybkiego przywrócenia kontroli nad bankami i przemysłem. Trzeba się więc pogodzić na pewien przynajmniej czas z tym faktem, ale jednocześnie podjąć wszystkie legalne kroki, żeby zapewnić, że sektor zagraniczny będzie działał w sposób mniej szkodliwy dla polskiej gospodarki niż to dzieje się obecnie.
Sektor zagraniczny działa jak tzw. „szara strefa”, na wzór tej z komunizmu, tyle, że na nieporównywalnie większą skalę no i prawie bez nadzoru. Można nad nią zapanować tylko przy pomocy bezpośrednich ingerencji państwa, jak na przykład szacunkowej wyceny należności podatkowych czy obligatoryjnych taryf płacowych. Trzeba się liczyć, że takie kroki mogą wywołać nieprzychylną reakcję ze strony Unii, tyle, że na jej terenie szara strefa działa na nieporównywalnie mniejszą skalę.
Po trzecie – odbudowa krajowej własności wymaga nowego podejścia do integracji z Unią Europejską, tak by państwo polskie uzyskało niezbędną swobodę działania. Sam w sobie akt przystąpienia nie rozwiąże niezwykle złożonych problemów gospodarczych Polski. Mogą one być łatwiej rozwiązane jeśli polska strona, w twardych negocjacjach, uzyska odpowiednie warunki. Z pewnością nic dobrego nie da dalsza taktyka oddawania prawie wszystkiego bez żadnej walki.
Największym chyba oskarżeniem dotychczasowej taktyki, a zarazem dowodem rozkładu państwa, jest fakt, że najbardziej dzisiaj zagrożone sektory – rolnictwo, metalurgia i górnictwo – zostały w 1990 r. zidentyfikowane przez ekonomistów Unii jako największe konkurencyjne zagrożenie dla jej własnych producentów. Zamiast wzorem unijnych rządów wesprzeć te ważne dziedziny państwo pozwala na ich uwiąd zgodnie z unijnymi programami tzw. restrukturalizacji.
Gdzie się nie obejrzeć widać podobnie szkodliwą niemożność, tak, że jedynym rozsądnym wyjściem staje się chwilowe zamrożenie dalszych negocjacji. W każdym razie nie ma większego sensu, żeby strona polska brała się do realizacji jakichkolwiek nowych postanowień dopóki nie uzyska pełnoprawnego członkostwa. Wystarczy jeśli będą trwały przygotowania jednolitych dokumentów prawnych na wypadek gdyby ostatecznie zapadła korzystna dla Polski decyzja w sprawie przyjęcia.
Nastroje w sprawie przyjęcia Polski uległy w Unii ochłodzeniu z powodu obaw, które będzie Polsce trudno szybko rozwiać. Nie chodzi bowiem o fakt, że jej gospodarka jest mało rynkowa, bo nie jest, ale, że ma zbyt mało państwa, co jest prawdą. Na niewiele więc przyda się hurtowe tłumaczenie ustaw oraz branie kolejnych zobowiązań, gdyż nie naprawią państwa. Mogą się tylko źle odbić na państwie, zwłaszcza, że te zobowiązania zapadają często zgodnie z logiką korupcji, a nie ekonomii.
Przez odłożenie członkostwa nie tylko, że odciąży się z dodatkowej pracy bardzo słabowite państwo, ale zyska ono możność przenegocjowania lub anulowania ustaleń, które obecnie niszczą jej gospodarkę. Z pewnością państwo powinno odzyskać prawo ustalania ochronnych ceł oraz ilościowych ograniczeń np. w postaci udziałów importu w łącznej sprzedaży pewnych produktów. Musi mieć również prawo subsydiowania polskich produktów na własnych warunkach.
Nie jest dopuszczalne, żeby zacofana polska gospodarka nie mogła liczyć ani na swoje państwo, ani na władze unijne, gdyż kraje członkowskie coraz ostrzej stawiają warunek, żeby z chwilą akcesji Polska zrezygnowała z unijnej pomocy, między innymi rolnej. Z krajów-kandydatów Czechy oraz Estonia, gdzie rolnictwo jest relatywnie małe, poszły na takie ustępstwa. Stan gospodarki Polski przemawia jednak przeciwko podobnym ustępstwom wobec Unii.
Szukając dróg wyjścia, Polska mogłaby się sporo nauczyć od różnych krajów członkowskich Unii, w tym między innymi od Austrii, zwłaszcza jeśli chodzi o stosunki z Unią. Nie jest bowiem tak, że wszyscy jej członkowie za każda cenę gotowi są pielęgnować więzi z Unią. Austria dowodzi, że interesy władz kraju nie zawsze są zgodne z interesem unijnych władz, oraz że gdy dochodzi między nimi do ostrej kolizji, interes narodowy bierze górę nad interesem ponadnarodowym.
Głównym powodem niezadowolenia Austriaków jest fakt, że władze Unii zbytnio ingerują w sprawy ich kraju, tak jakby był krajem drugiej klasy. Dowodem tego stał się dla nich chociażby fakt, że Austria została poddana przez Unię niesłychanym atakom potępienia oraz sankcjom, gdy niedawno demokratycznie wybrała „zły” rząd, wyrażający obawy przed dyktowanym przez władze unijne otwarciem granic dla emigrantów, jako zagrożeniem dla tożsamości Austriaków.
Dążenie do zachowania niezależności wykracza zresztą poza przynależność do Unii, dotyczy też ewentualnego członkostwa Austrii w Pakcie Atlantyckim. Od dawna nieprzychylne stanowisko Austriaków wobec ich udziału w tym wojskowym sojuszu uległo pogłębieniu. Oburzenie wywołał niedawny atak bloku, z powietrza, na równie małą Serbię. Trzy czwarte Austriaków uznało, że ich kraj nie ma nic do robienia w tym bloku militarnym, że lepiej jak pozostaną neutralni.
Innym przejawem tego, że kraje członkowskie dbają o swoją niezależność w ramach Unii jest postępowanie Danii. Właśnie niedawno, w obawie przed nadmierną ingerencją, wyborcy zdecydowali, że Dania bezterminowo odłoży decyzje w sprawie oczekiwanego przez władze Unii przyjęcia wspólnego pieniądza oraz centralnego banku. Duńscy przeciwnicy tej fazy integracji, zwłaszcza farmerzy, wygrali referendum, mimo niedostatku funduszy i bez wsparcia ze strony rządu.
Podobnie jak Austria, przywiązana do tradycyjnego, rodzinnego rolnictwa Dania, ze zgrozą spogląda, jak biurokracja Unii forsuje przepisy w sprawie swobodnego dostępu cudzoziemców do ziemi. Na oczach Danii rozgrywa się też kolejna unijna plaga, której wynikiem jest masowa rzeź zakażonych zwierząt, w tym w Niemczech. Gdyby nie stały upór Danii wobec narzucanego przez Unię „naukowego” modelu rolnictwa, jej konkurencyjne rolnictwo też dopadałyby te ciężkie plagi.
Danii, ale też Austrii, chodzi jednak nie tyle o stosunki z całą Unią, co raczej z jej główną potęgą – sąsiednimi Niemcami. Obawiają się ich dominacji, tak jak Portugalczycy, którzy opierają się różnym unijnym presjom z obawy przed ekspansywną Hiszpanią. Czy jak Finowie, ostrożni z panującą przez wieki Szwecją. Nie mylą się, gdyż historia ma to do siebie, że dominacja łatwo wraca. Widać pewne ludzkie pasje są wieczne, a siły zła mogą być przynajmniej tak przemożne jak siły dobra.
ZAŁĄCZNIKI
Załącznik l
Udział obcego kapitału w przemyśle oraz bankach, 2000 (w procentach)
Kraj Przemysł Banki Sektor publiczny
bankowy

Europa Wschodnia
Polska 35-40 75 20
Chorwacja – – 85 10
Czechy 35 65 30
Estonia 60 80 15
Węgry 75 70 10
Słowacja 25 40 40
Słowenia 15 10 60
Ameryka Łacińska
Argentyna – 40 20
Brazylia 15 38
Chile 35
Wenezuela 55 5
Europa Zachodnia
Austria 30 4 35
Dania 15 7 –
Francja 25 12 –
Hiszpania 25 13 20
Irlandia 50 55 –
Niemcy 13 6 40
Norwegia 11 7 55
Portugalia 23 15 30
Ameryka Północna
Kanada 50 7
Meksyk – 18 30
Stany Zjednoczone 18 11 –
Azja Południowa
Japonia 3 2 15
Malezja – 17 42
Korea Południowa – 5 16
Taiwan – 4 57
Załącznik 2
Źródło: Poznański (2001) 142
A. Informacje wyjściowe
1. Dochód narodowy – globalny
2. Globalne roczne oszczędności
3. Wpływy z prywatyzacji (Całość kapitału – banki/przemysł) 50 10 10-12 160 32 18-23 B.
Wycena kapitału. 1. Współczynnik kapitałochłonności (ułamek)
2. Dochód narodowy – banki/przemysł
3. Realna wartość kapitału – banki/przemysł 3/1-4/1 25 75-100 3/1-4/1 80 240-360
C. Głębokość dyskonta 1. Realna wartość kapitału 2. Wpływy z prywatyzacji 3. Relacja wpływów do wyceny 75-100 10-12 16-19% 240-360 18-23 7-9%
D. Zapotrzebowanie na oszczędności
1. Realna wartość kapitału
2. Roczne oszczędności (50% albo 100%)
3. Wymagany okres oszczędzania (lata) 75-100 5-10 7-20 240-360 16-32 15-22
E. Straty spowodowane dyskontem
1. Procent straty (wartość/wycena)
2. Strata w kapitale – banki/przemysł
3. Roczna strata dochodu narodowego 3.1
Współczynnik kapitałochłonności = 3/1 3.2
Współczynnik kapitałochłonności = 4/1 81-84% 60-84 20-28 15-21 91-93% 218-312 72-104 54-78
Źródło: obliczenia własne
Załącznik 3
Porównanie dwóch dekad: Gierka oraz Balcerowicza
1. Wskaźniki makroekonomiczne Dekada Gierka Balcerowicza
(1970-1979) (1990-1999)
1.1 Wzrost dochodu narodowego (indeks) 170 120 (1970=100,1979; 1989=100, 1999)
1.2 Udział inwestycji w dochodzie (%) 28-30 20
1.3 Wzrost majątku trwałego (indeks) 165 123 (1970=100, 1979;1989=100, 1999)
1.4 Dług zagraniczny brutto (mld US $ ) 24 58
1.5 Deficyt jako procent eksportu (w %) 47 36 (1971-1978, 1991-1998)
1.6 Liczba nowych miejsc pracy (mln) 2,1 -2,1
1.7 Ogólna liczba ludzi bez pracy (mln) 0.5 4.4 w tym „ukryte” bezrobocie (mln) 0.5 2.1 2.

Wskaźniki mikroekonomiczne

2.1 Budownictwo mieszkaniowe 23,3 8.5 (liczba mieszkań na tyś osób)
2.2 Spożycie mięsa i przetworów 69 57 (kg na osobę)
2.3 Spożycie mleka (kg na osobę) 262 194
2.4 Spożycie masła (kg na osobę) 8,9 4/.3
2.5 Zakup książek (na tyś. osób) 4136 2425
2.6 Przejazdy kolejowe 1302 667
2.7 Przyrost liczby samochody w użyciu 52 65 (na tys. osób) (1970-1980, 1990-1999)
Źródło: Rocznik Statystyczny GUS, Warszawa, 1999
Załącznik 4
Kryzys gospodarczy w Europie Wschodniej, 1989-1999 Indeksy, 1989=100
Kraj 1980 1989 Najniższy punkt 1999 a/ dochód narodowy w wielkościach realnych Bułgaria 76.2 100.0 66.6 (1997) 70.7 Czechy 93.2 100.0 86.9 (1993) 95.3 Węgry 86.3 100.0 81.9 (1993) 99.4 Niemcy Wsch. 100.0 68.3 (1991) 98.5 Polska 91.1 100.0 82.2 (1991) 121.8 Rumunia 88.5 100.0 75.0 (1992) 75.8 Słowacja 94.8 100.0 75.1 (1993) 101.7 Słowenia 98.9 100.0 79.1 (1992) 105.3 Białoruś 65.7 100.0 63.4 (1995) 81.4 Estonia 74.5 100.0 63.7 (1994) 78.3 Litwa 68.5 100.0 51.0 (1995) 59.6 Rosja 78.1 100.0 58.2 (1996) 57.6 Ukraina 75.0 100.0 39.3 (1999) 39.3 b/ produkcja przemysłowa w wielkościach realnych Bułgaria 71.3 100.0 40.8 (1999) 40.8 Czechy 81.5 100.0 66.1 (1993) 76.9 Węgry 92.9 100.0 66.9 (1992) 113.9 Niemcy Wsch. 75.2 100.0 37.0 (1991) 55.3 Polska 86.3 100.0 69.7 (1991) 122.4 Rumunia 76.9 100.0 42.7 (1999) 42.7 Słowacja 76.7 100.0 63.6 (1993) 76.4 Słowenia 90.3 100.0 66.1 (1993) 75.6 Białoruś 61.1 100.0 60.3 (1995) 91.6 Estonia 78.5 100.0 47.1(1994) 55.7 Litwa 72.5 100.0 38.7 (1995) 43.6 Rosja 74.4 100.0 46.0 (1998) 49.7 Ukraina 72.6 100.0 49.6 (1997) 51.3 c/ wskaźnik ogólnego poziomu zatrudnienia Bułgaria 100.0 100.0 72.2 (1998) – Czechy 95.3 100.0 89.7 (1993) 90.2 Węgry 104.2 100.0 69.8 (1997) 72.9 Polska 102.0 100.0 84.3 (1993) 92.9 Rumunia 94.6 100.0 80.5 (1999) 80.5 Słowacja 90.8 100.0 81.8 (1999) 81.8 Słowenia 84.0 100.0 78.6 (1996) 80.2 Białoruś 95.4 100.0 84.0 (1996) 86.0 Estonia 97.9 100.0 76.4 (1999) 76.4 Litwa 97.0 100.0 72.3 (1996) 74.1 Rosja 96.9 100.0 84.2 (1998) 85.0 Ukrainę 99.6 100.0 86.5 (1999) 86.5
Źródło: Economic Survey of Europe, Nr. l, Genewa: United Nations, 2000
LITERATURA
Balcerowicz Leszek, Wolność i rozwój. Ekonomia Wolnego Rynku, Kraków: Znak, 1995
Balcerowicz Leszek, Socjalizm, Kapitalizm, Transformacja, Warszawa:
Wydawnictwo Naukowe PWN, 1997
Balcerowicz Leszek, Obrona kosztownej utopii, „Gazeta Wyborcza”, luty 2000
Berend lvan, The Historical Evolution of Eastern Europe as a Region, „International Organization”, rocznik 40, numer 2, 1986
Berend lvan i Ranki Gyorgy, East Central Europe in the 19th and 20th Centuries,
Budapeszt: Akademiai Kiado, 1977
Bugaj Ryszard, Postkomunizm z Ameryki, „Gazeta Wyborcza”, czerwiec 2000
Glikman Paweł, A jednak się opłaca, „Rzeczpospolita”, marzec 2001
Hayek Friedrich, The Road to Serfdom, Chicago: University of Chicago Press, 1944
Hayek Friedrich, The Fatal Conceit. The Errors of Socialism, Chicago: University of Chicago Press, 1988
Hirschman Albert, National Power and the Structure of Foreign Trade, Berkeley: University of California Press, 1945
Hofheinz Paul, Yes, You Can Win in Eastern Europe, „Fortune”, maj, 1994
Janos Andrew, From Soviet Empire to Western Hegemony, „Eastern European Politics and Society”, rocznik 15, numer 2, 2001
Jowitt Kenneth, The New World Disorder: The Leninist Extinction, Berkeley: California University Press, 1992
Jurgs Michael, Die Treuhandler. Wie Helden und Halunken die DDR verkaufen, Munich: List, 1997
Kołakowski Leszek,: Mind and Body: Ideology and Economy in the Collapse of Communism, Poznański Kazimierz Z., praca zbiorowa, „Constructing Capitalism”, Boulder: Westview Press, 1992
Kołodko Grzegorz, Od szoku do terapii. Ekonomia polityczna transformacji, Warszawa: Poltext, 1999
Kornai Janos, The Road to Free Economy: Shifting from a Socialist System, New York: Norton & Norton, 1991
Kornai Janos, Post-socialist Transition: An Overall Survey, „European
Review”, rocznik l, numer l, 1993
Landau Zbigniew i Tomaszewski Jerzy, Gospodarka Polski międzywojennej, 1918-1938, Warszawa: Książka i Wiedza, 1967
Lewandowski Janusz, wypowiedź na marginesie „Jeżeli jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze”, wywiad „Gazety Wyborczej” z Kazimierzem Z. Poznańskim, 2000 (niedrukowany)
Łagowski Bugusław, Liberalna kontrrewolucja, Warszawa: Centrum im. Adama Smitha, 1994
Marrese Michael and Jan Vanous, Soviet Subsidization of Trade with Eastern Europe, Berkeley: Institute of International Studies, 1983
Mises Ludwig, Socialism. An Economic and Sociological Analysis,
New Haven: Yale University Press, 1951
Moisi Dominique, Personal View: Plus ca change…, „Financial Times”, luty 22, 1999
Murrell Peter, Evolutionary and Radical Approaches to Economic Reform, „Economics of Planning”, rocznik 25, numer l, 1992
Nieckarz Stanisław, Polskie banki czy banki w Polsce, „Prawo i Gospodarka”, luty 20, 2000
Offe Claus, Varieties of Transition. The East European and East German Experience, Cambridge: The MIT Press, 1997
Podkaminer Leon, Sustainability of Poland’s „Import-Led” Growth,
The Vienna Institute Monthly Report, numer. 4, 2000
Popper Karl, 1962, The Open Society and Its Enemies, Princeton:
Princeton University Press (first edition, 1943)
Poznański Kazimierz Z., Technology, Competition and the Soviet Bloc in the World Market, University of California – Berkeley, Institute of International Studies, 1987
Poznański Kazimierz Z., Opportunity Cost in Soviet Trade with Eastern Europe: Discussion of Methodology and New Evidence, „Soviet Studies”, rocznik. XL, numer 2, 1988
Poznański Kazimierz Z., An Interpretation of Communist Decay: The Role of Evolutionary Mechanisms, „Communist and Post-Communist Studies”, rocznik 26, numer l, 1993
Poznański Kazimierz Z., Poland’s Protracted Transition: Institutional
Change and Economic Growth 1970-1994, Cambridge Mass.:
Cambridge University Press, 1996
Poznański Kazimierz Z., Transformat/on as Privatization and Privatization as Expropriation: Patterns of Systemic Change in Eastern Europe, Seattle: University of Washington (niepublikowany rękopis), 1999
Poznański Kazimierz Z., The Morals of Transition: Decline of Public Interest and Runaway Reforms in Eastern Europe, [w:] Antohi Sorin i Vladimir Tismaneanu, praca zbiorowa, Between Past and Future. The Revolutions of 1989 and their Aftemath, Budapest: Central European University Press, 2000
Poznański Kazimierz Z., Ownership Structure and External Sector in Poland, New York: United Nations, Maj, 2001 (niepublikowany materiał)
Rosati Dariusz, Polska droga do rynku, PWE, Warszawa, 1998
Rutkowski Józef, Wielki szwindel, „Trybuna”, maj 2001
Sachs Jeffrey, Poland’s Jump to the Market Economy, Cambridge, Mass.: The MIT Press, 1993
Schumpeter Joseph, Capitalism, Socialism and Democracy, New York: Harper and Row, 1942
Sinn Gerlinde i Hans-Werner Sinn, Jumpstart. The Economic Unification of Germany, Cambridge: The MIT Press, 1992
Soros George, The Crisis of Global Capitalism: Open Society Endagered, New York: Public Affairs, 1999
Staniszkis Jadwiga, Political Capitalism in Poland, „East European Politics and Societies”, rocznik 4, numer 2, 1992
________________________________________
Tekst opublikowany za zgoda prof. Kazimierza Poznańskiego
copyright © 2003 Kazimierz Poznański

Wojna zaczyna się dziś !

W dniu dzisiejszym w związku z pakietem ustaw prowadzących w sposób jawny do ludobójstwa narodu Polskiego …

Podjęliśmy uchwałę na mocy , której każdy przejaw: agresji, syjonizmu, ataku zbrojnego, przymusowych badań i szczepień, wyłudzeń oraz lichwy… traktowany będzie jako zamach militarny na wolność obywatela RP i suwerenność narodu Polskiego.

Z uwagi na powyższe dostosowania prawa przeciwko obywatelom RP, kodeksy prawne, system postępowania administracyjnego … przestają mieć dla nas jakąkolwiek moc prawną, co automatycznie przerodzi się w czynny kontratak przeciwko władzom RP.

Każda próba eksperymentalnych szczepień zostanie natychmiast zdławiona w sposób czynny i efektywny …

Zamierzamy szczepić tych, którzy podniosą w sposób czynny lub bierny rękę na obywateli RP!!!

Zamierzamy tępić lichwę , patologie polityczną, prawną i militarną w sposób konsekwentny i ekspansywny.

Władza i medycyna … mają służyć nie krzywdzić.

Oko za oko, ząb za ząb , życie za życie!

Koniec anty prawa w państwie bezprawia!

Wojciech Dydymus Dydymski
Liga Świata
John Chan
Liga Świata Chiny
P.R.R
Liga Świata Palestyna
Michał R
Liga Świata Białoruś

Jeśli już dojrzeliście do tego aby przestać się kulić za kanapami i szafami, macie odwagę podnieść głos i rękę na anty władze … zapraszamy, śmieci się nie gromadzi , śmieci się pali !!!

Wojna zaczyna się dziś !!!!

W obronie swoich domów, praw, rodzin oraz życia… możecie strzelać bez ostrzeżenia do służb anty Polskich zagrażających waszemu życiu , zdrowiu i majątkowi!

(lekarzom, lichwiarzom, prawnikom, politykom…)

Ktoś kto zagarnia władze podstępem nie jest wybrańcem ogółu , lecz zdrajcą!
Dotyczy to każdego człowieka , parti, oragnizacji sprawującej władze od 1945 roku !!!

Mam nadzieje ,że Policja, Służby Specjalne i Wojsko … zrozumieją ,że muszą stanąć w obronie Polski i obywatela RP, gromiąc władze i jej międzynarodowych zwierzchników, ręka w rękę z obywatelami Wolnej i Suwerennej Polski !!!

20120803-113051.jpg

Sylwester Zych (19.05.1950 – 11.07.1989) – zamordowany, ksiądz katolicki, działacz opozycyjny w PRL
Jerzy Dąbrowski (26.04.1931 – 14.02.1991) – wypadek, biskup rzymskokatolicki, bardzo bliski współpracownik prymasa Stefana Wyszyńskiego, zastępca sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski
Andrzej Stuglik (? – 19.02.1991) – zamordowany, przed 1989 oficer kontrwywiadu PRL, doradca finansowy w Towarzystwie Handlu Międzynarodowego DAL SA, które sprzedawało m.in. broń, nie zawsze legalnie

Michał Falzmann (28.10.1953 – 18.07.1991) – zawał serca (?), inspektor NIK, wykrył i ujawnił nieprawidłowości w FOZZ
Walerian Pańko (08.10.1941 – 07.10.1991) – wypadek, prezes NIK, poseł na Sejm, prawnik
Janusz Zaporowski (? – 07.10.1991) – wypadek, dyrektor Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu
Jan Budziński (? – 1991) – zawał serca (?), kierowca służbowej lancii którą jechali Pańko i Zaporowski
Dwaj policjanci, którzy pierwsi przyjechali na miejsce wypadku również zmarli. Przyczyną zgonu było utonięcie (na rybach).
Jarosław Ziętara (16.09.1968 – wrzesień (?) 1992) – porwany 01.09.1992 i zamordowany, dziennikarz Gazety Poznańskiej
Jacek Sz. (?-1993) (potrzebne dane) – wypadek, oskarżony w sprawie FOZZ

Piotr Jaroszewicz (08.10.1909 – 01.09.1992) – zamordowany, premier PRL
Alicja Solska−Jaroszewicz (1925 – 01.09.1992) – zamordowana
Tadeusz Steć (01.09.1925 – 12.01.1993) – zamordowany
Jerzy Fonkowicz (19.01.1922 – 07.10.1997) – zamordowany

Andrzej Krzeptowski (1940 – 17.02.1996) – zamordowany, rzecznik prasowy „S” w „Ursusie”
Grzegorz Palka (08.05.1950 – 12.07.1996) – wypadek, przewodniczący Rady Miejskiej w Łodzi, były prezydent Łodzi, działacz opozycji w okresie PRL
Andrzej Stankiewicz (1953 – 23.08.1996) – zamordowany, działacz podziemnej “S” w Hucie Warszawa, szef Biura Interwencji Regionu Mazowsze
Jacek Bartosiak (? – 25.10.1996) – wypadek, przed 1989 pracował w Wydziale XI wywiadu MSW, następnie w UOP
Tadeusz Kowalczyk (03.06.1952 – 19.07.1997) – poseł i przedsiębiorca
Leon Dubicki (21.08.1915 – 07.03.1998) – zamordowany w Berlinie, generał brygady LWP, w sierpniu 1981 poprosił o azyl polityczny w Berlinie Zachodnim
Marek Papała (04.09.1959 – 25.06.1998) – zamordowany, Komendant Główny Policji
Andrzej Puszkarski (? – 25.10.1998) – wypadek, rezydent wywiadu UOP w Afryce Północnej
Bartłomiej Frykowski (09.03.1959 – 08.06.1999) – samobójstwo (przy użyciu noża), operator filmowy
Ireneusz Sekuła (22.01.1943 – 29.04.2000) – samobójstwo (?), poseł na Sejm
Waldemar Grudziński (1942 – 17.08.2000) – wypadek, skarbnik ROP, (w wypadku lekko ranny został były premier Jan Olszewski)
Stanisław Faltynowski (? – 26.12.2000) – samobójstwo (?), świadek, hotelarz prowadzący interesy z mafią paliwową
Zdzisław Majka (? – 02.02.2001) – samobójstwo (?), świadek w sprawie mafii paliwowej, były żołnierz Ludowego Wojska Polskiego
Jacek Dębski (06.04.1960 – 12.04.2001) – zamordowany, polityk, były minister sportu
Jerzy Bednarczyk (? – koniec 2001) – świadek, były członek sztabu LWP, pracownik PKN Orlen, powiązany z mafią paliwową
Tadeusz Maziuk ps. Sasza (? – 26.06.2002) – samobójstwo w areszcie, morderca (?) Jacka Dębskiego
Stanisław Padlewski (19.06.1947 – 28.11.2002) – samobójstwo, nauczyciel, prezydent Mysłowic
Jeremiasz Barański ps. Baranina (23.11.1945 – 07.05.2003) – samobójstwo w więzieniu, przestępca, jeden z przywódców gangu pruszkowskiego
Maciej Tokarczyk (17.04.1963 – 04.10.2003) – samobójstwo, lekarz, były wiceminister zdrowia i były prezes NFZ
Lech Maląg (? – 19.07.2004) – samobójstwo, dyrektor Izby Skarbowej w Łodzi
Marek Karp (02.07.1952 – 12.09.2004) – historyk, sowietolog, założyciel i wieloletni dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich
Stanisław Skalski (27.11.1915 – 12.11.2004) – pobicie przez nieznanych sprawców, pilot, generał brygady WP, as myśliwski okresu II wojny światowej, po 1989 polityk, współzałożyciel partii Przymierze Samoobrona
Szymon Zalewski (? – 29.11.2004) – samobójstwo (?), ochroniarz BOR i kierowca Zbigniewa Sobotki (posłeł SLD skazany w tzw. aferze starachowickiej; ułaskawiony przez Aleksandra Kwaśniewskiego)
Filip Adwent (31.08.1955 – 26.06.2005) – polityk, lekarz, eurodeputowany do Parlamentu Europejskiego
Daniel Podrzycki (14.06.1963 – 24.09.2005) – wypadek, polityk, przewodniczący Polskiej Partii Pracy
Anatol Lawina (10.07.1940 – 16.09.2006) – pobicie przez nieznanych sprawców, bezpośredni przełożony Falzmanna, były dyrektor Zespołu Analiz Systemowych w Najwyższej Izbie Kontroli
Lech Grobelny (18.06.1949 – 28.03.2007) – zamordowany, założyciel Bezpiecznej Kasy Oszczędności

Wojciech Franiewski (? – 19.06.2007) – samobójstwo w więzieniu
Sławomir Kościuk (1956 – 04.04.2008) – samobójstwo w więzieniu
Robert Pazik (1969 – 19.01.2009) – samobójstwo w więzieniu
Mariusz K. (? – 13.07.2009) – samobójstwo, strażnik który w czerwcu 2007 roku pełnił dyżur w olsztyńskim więzieniu, gdy Franiewski powiesił się w celi

Andrzej Andrzejewski (19.05.1961 – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), generał brygady, pilot Wojska Polskiego, dowódca Brygady Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie
Jerzy Piłat (14.07.1962 – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), pułkownik, pilot Wojska Polskiego, dowódca 12 Bazy Lotniczej w Mirosławcu
Dariusz Maciąg (? – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), pułkownik, pilot Wojska Polskiego, dowódca 21 Bazy Lotniczej w Świdwinie
Wojciech Maniewski (? – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), podpułkownik, pilot Wojska Polskiego, dowódca 40 Eskadry Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie
Zbigniew Książek (? – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), podpułkownik, pilot Wojska Polskiego, zastępca dowódcy 22 Bazy Lotniczej w Malborku
Dariusz Pawlak (? – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), podpułkownik, pilot Wojska Polskiego, dowódca dywizjonu 12 Bazy LotniczejMirosławcu
Zdzisław Cieślik (? – 23.01.2008) – wypadek (samolot CASA), podpułkownik, pilot Wojska Polskiego, Szef Szkolenia Brygady Lotnictwa TaktycznegoŚwidwinie

Bronisław Geremek (06.03.1932 – 13.07.2008) – wypadek, historyk, były minister spraw zagranicznych, poseł do Parlamentu Europejskiego
Marian Goliński (16.07.1949 – 11.06.2009) – wypadek, polityk, poseł na Sejm
Jan Wejchert (05.01.1950 – 31.10.2009) – niewydolność serca spowodowana infekcją bakteryjną i sepsą,polski przedsiębiorca, założyciel grupy ITI
Grzegorz Michniewicz (1961 – 23.12.2009) – samobójstwo, Dyrektor Generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów
Artur Zirajewski ps. Iwan (29.01.1972 – 03.01.2010) – samobójstwo (?), płatny morderca, jeden z głównych świadków w sprawie zabójstwa komendanta głównego policji Marka Papały
Stefan Zielonka (1957 – przed 27.04.2010) – samobójstwo (?), szyfrant, chorąży
Ryszard Kaczorowski (26.11.1919 – 10.04.2010) – prezydent RP na uchodźstwie
Franciszek Gągor (08.09.1951 – 10.04.2010) – generał, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego
Tadeusz Buk (15.12.1960 – 10.04.2010) – generał dywizji, dowódca Wojsk Lądowych RP
Andrzej Błasik (11.10.1962 – 10.04.2010) – generał broni, dowódca Sił Powietrznych RP
Andrzej Karweta (11.06.1958 – 10.04.2010) – wiceadmirał, dowódca Marynarki Wojennej RP
Włodzimierz Potasiński (31.07.1956 – 10.04.2010) – generał, dowódca Wojsk Specjalnych RP
Bronisław Kwiatkowski (05.05.1950 – 10.04.2010) – generał broni, dowódca Operacyjnych Sił Zbrojnych RP
Kazimierz Gilarski (07.05.1955 – 10.04.2010) – generał brygady, dowódca Garnizonu Warszawa
Sławomir Skrzypek (10.05.1963 – 10.04.2010) – prezes Narodowego Banku Polskiego
Władysław Stasiak (15.031966 – 10.04.2010) – szef Kancelarii Prezydenta RP
Aleksander Szczygło (27.10.1963 – 10.04.2010) – szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego
Janusz Kurtyka (13.08.1960 – 10.04.2010) – prezes Instytutu Pamięci Narodowej

Mieczysław Cieślar (28.03.1950 – 18.04.2010) – wypadek, duchowny luterański, biskup Diecezji Warszawskiej, przewodniczący Kolegium Komisji Historycznej w sprawie inwigilacji luteran przez SB
Mirosław Wróbel (1958 – 08.05.2010) – samobójstwo, jeden z największych dilerów samochodowych w Polsce
Bogusław Kania (1968 – 31.05.2010) – katastrofa lotnicza, przedsiębiorca (firma Kanlux SA), zaangażowany katolik
Marek Dulinicz (10.05.1957 – 06.06.2010) – historyk, szef grupy archeologów mających badać miejsce katastrofy w Smoleńsku
Dariusz Ratajczak (28.11.1962 – przed 11.06.2010) – samobójstwo (?), historyk i publicysta
Eugeniusz Wróbel (1951 – 15.10.2010) – zamordowany, były wicewojewoda katowicki i były wiceminister transportu
Marek Rosiak (1948 – 19.10.2010) – zamordowany, pracownik biura poselskiego posła Janusza Wojciechowskiego
Witold Hatka (25.06.1939 – 13.11.2010) – wypadek, były poseł, polityk, przedsiębiorca
Paweł Żak (1966 – 13.12.2010) – samobójstwo, były komendant miejski policji w Kielcach
Piotr M. (1962 – 18.05.2011) – samobójstwo, były szef malborskiej policji, powiązany z mafią paliwową
Wiesław Podgórski (? – przed 30.06.2011) – samobójstwo, były doradca Andrzeja Leppera ds. kultury i dziedzictwa narodowego
Andrzej Lepper (13.06.1954 – 05.08.2011) – samobójstwo, przewodniczący partii Samoobrona Rzeczpospolitej Polskiej oraz Związku Zawodowego Samoobrona
Henryk Szumski (6.04.1941 – 30.01.2012) – zamordowany, generał broni WP, szef Sztabu Generalnego, członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego
Leszek Tobiasz (1957 – 10.02.2012) – niewydolność układu krążenia, pułkownik WSI, główny świadek w tzw. aferze marszałkowej
Sławomir Petelicki (13.09.1946 – 16.06.2012) – samobójstwo, generał brygady WP, dyplomata PRL, dowódca jednostki GROM

Prezentację zbrodni żydowskiego szowinizmu na Bliskim Wschodzie zacząć należy od
wstępu historycznego, który jest w tej sytuacji niezbędny. Syjonizm bowiem, jak każda
ludobójcza ideologia żywi się kłamstwem i niewiedzą. Obecna sytuacja ma swoje korzenie
w czasach starożytnych, kiedy to żydowscy najeźdźcy opanowali tereny Palestyny,
przyznając sobie do niej arbitralne prawo. Obiektywnie biorąc nie byli przecież jedynym
ludem napadającym na innych. W porządku. Pierwszym jednak kłamstwem jest
utożsamienie początków Palestyny z Żydami, jakby tam nikt przedtem nie istniał.

Otóż Żydzi byli zwykłymi i prymitywnymi nomadami stojącymi pod względem
kulturalnym o wiele niżej od Egipcjan czy osiadłych ludów kananejskich zamieszkujących
tereny Palestyny (Moabici, Amoryci, Ammonici, Amalekici, Jubuzyjczycy, Madianici) czy
Filistynów.

Po osiedleniu się (XIII w. p.n.e.) stworzyli w XI w. p.n.e. królestwo Izraela, które swój
rozwój zawdzięczało królom Dawidowi oraz Salomonowi (zbudował w Jerozolimie
Świątynię), po którego śmierci (ok. 922 p.n.e.) konflikty międzyplemienne doprowadziły
do rozpadu królestwa na część pn. (Izrael) i pd. (Juda). W VIII w. p.n.e. Izrael został
podbity przez Asyrię, natomiast Judę w VI w. p.n.e. zniszczyła Babilonia, a ludność
wysiedlono.

Po upadku państwa babilońskiego Palestyna weszła w skład imperium perskiego, a w IV
w. p.n.e. – monarchii Aleksandra III Wielkiego. W II w. p.n.e. zamieszkane przez Żydów
obszary Palestyny uzyskały niepodległość (rządy Machabeuszy), od 63 r. p.n.e. podlegały
Rzymowi jako państwo sprzymierzone, zaś w 6 r. n.e. stały się rzymską prowincją
(Judea); w tym okresie w Palestynie żyło ok. 2,5 mln Żydów, w innych krajach ok. 5,5
mln. Panowanie Rzymian wywoływało protesty ludności żydowskiej, która dwukrotnie
wystąpiła przeciw obcej władzy.

Rzymianie, tłumiąc powstanie 66-73, zburzyli Świątynię, a po klęsce kolejnego
powstania 132-135 prawie całą ludność żydowską wygnali z Judei. Rozpoczęło to okres
diaspory, czyli, obiektywnie mówiąc, powrót do stanu przedpalestyńskiego.
I tutaj trzeba zaznaczyć, że Żydzi (poza maleńką liczbą) od tej pory nie zamieszkiwali tej
ziemi przez 1800 lat!

Natomiast jej ludność tworzyli potomkowie starożytnych Kananejczyków i Filistynów (od
nich nazwa krainy!), czyli dzisiejsi prawowici właściciele tej ziemi – Palestyńczycy.
Zamieszkiwali oni tu nieprzerwanie, lecz nigdy nie udało im się uzyskać niepodległego
bytu państwowego. Syjonizm, na podobieństwo hitleryzmu, tworzy własną historię
zrabowanej ziemi i rości prawa do terytorium, na którym przez 18 wieków nie było
Żydów. Według niej ziemie palestyńskie były do ponownego zajęcia przez „rasę panów”
leżącym odłogiem terenem, na którym nie było takiego narodu jak Palestyńczycy !!!
Kim są ci Arabowie. Nawet w „polskiej” Encyklopedii Multimedialnej PWN są określeni
jako „arabscy mieszkańcy byłego brytyjskiego terytorium mandatowego Palestyny i ich
potomkowie”. Co za parch to napisał?!! O narodzie, który już na początku XX wieku
stworzył narodowy ruch niepodległościowy.

Czym innym jak nie czystym semifaszyzmem jest twierdzenie o „historycznym(?)”,
„boskim(?)” czy „moralnym(?)”, „naturalnym(?)” prawie do odtworzenia starożytnego
państwa, które istniało 3 tys. lat temu! Od końca XIX wieku rozpocząła się, zgodnie z
ideą syjonistycznego lebensraumu, kolonizacja Palestyny, co wzbudziło oczywisty
sprzeciw Palestyńczyków.

Chylące się ku upadkowi Imperium Osmańskie (w przeszłości przychylne dla Żydów) nie
reagowało. W okresie I wojny Najwyższa Rada Aliancka przyznając W. Brytanii mandat
zobowiązała rząd brytyjski do stworzenia warunków powstania w Palestynie „żydowskiej
siedziby narodowej” (1917 tzw. deklaracja Balfoura) przy zapewnieniu praw cywilnych i
wyznaniowych ludności nieżydowskiej.

To wszystko mimo, że naród palestyński stanowił wówczas 92% mieszkańców terytorium
mandatowego a Żydzi zdołali wykupić tylko 2% ziemi !!! W okresie międzywojennym
Palestyńczycy występowali przeciw kolonizowaniu ich kraju w 1920, 1921, 1929 i w
wielkim powstaniu 1936-39. Po wojnie napływ obcych wzmógł się, a Wielka Brytania
zwróciła się do ONZ. I organizacja ta, wysmarowana prawami człowieka, miast bronić
prawowitych właścicieli podjęła 29 listopada 1947 pod naciskiem USA decyzję o podziale
Palestyny na państwo palestyńskie i żydowskie.

Żydzi uzyskali 56% ziemi Palestyńczyków (i to najżyźniejszej), choć dotąd zdołali jej
wydrzeć tylko 6% i było ich 500 tys., gdy autochtonów 1130 tys. Państwo żydowskie
miało mieć 1100 tys. mieszkańców, w tym 600 tys. Palestyńczyków. Zbrodnia przeciw
ludzkości. I tak się stało. Tymczasem Wielka Brytania zapowiedziała wycofanie wojsk i
administracji z Palestyny na 14 V 1948, dzień wcześniej Tymczasowa Rada Narodowa w
Tel Awiwie proklamowała utworzenie Państwa Izrael.

Spowodowało to wkroczenie oddziałów armii egipskiej, irackiej, syryjskiej, libańskiej,
jordańskiej, jemeńskiej i Arabii Saudyjskiej dla obrony swych braci. Działania wojenne
trwały do 1949.

Żydowscy agresorzy posiadali wsparcie zamożnej diaspory i braci z ZSRR (np. czołgi z
Czechosłowacji), którzy liczyli na stworzenie bliskowschodniego ośrodka
komunistycznego. Izrael zwyciężył i pod jego kontrolą znalazło się 6,6 tys. km2, czyli
znacznie więcej niż to wynikało z wcześniejszego podziału Palestyny przez ONZ.
726 tys. Palestyńczyków zostało wysiedlonych lub uciekło przed ludobójstwem
syjonistów. Żydzi opanowali część obszaru przyznanego Arabom, powiększając
terytorium swego państwa do ok. 20 tys. km2 (z 14 tys. km2 przyznanych przez ONZ).
Po klęsce rządy państw arab. zostały zmuszone do podpisania między II a VII 1949
zawieszenia broni z Izraelem (Arabia Saudyjska wycofała swe wojska bez podpisania
zawieszenia), akceptującego tymczasową granicę na linii przerwania ognia. Pozostała
część kraju weszła w skład Jordanii.

W 1964 powstała Organizacja Wyzwolenia Palestyny.
W 1967 podczas tzw. wojny sześciodniowej agresor zajął syryjskie Wzgórza Golan,
jordański Zachodni Brzeg Jordanu i wschodnią Jerozolimę, egipski Synaj i Okręg Gazy. Po
wojnie Jom Kipur 1973 Egipt zdołał odebrać Kanał Sueski, a Syria część Wzgórz. Synaj
powrócił do Egiptu na mocy pokoju w 1979.
6 czerwca 1982 miała miejsce żydowska agresja na Liban w celu likwidacji ruchu oporu
OWP. Okupant wycofał się dopiero w 1985, a ze strefy bezpieczeństwa w południowym
Libanie w 2000.

Tak w zarysie przedstawiają się ramy historyczne zbrodni i agresji żydowskich na Bliskim
Wschodzie.

Teraz przyjrzyjmy się szczegółom.

Ludobójstwa, rzezie i masakry Palestyńczyków od 1947roku

– Hotel King David, 22 lipiec, 1946 – Hotel King David został wysadzony w powietrze
przez syjonistow zydowskich 22 lipca 1946 roku zabijając 91 osób.

– Masakra w Jehida – 13.12.1947 – ludzie z arabskiej wioski położonej w pobliżu Petah
Tekva (pierwszej syjonistycznej kolonii) siedzieli w miejscowym lokalu, gdy zobaczyli, iż
do wioski zbliżają się kolumny wyglądające na brytyjskie patrole. Nie byli zbyt
podejrzliwi, gdyż Brytyjczycy zapewniali im bezpieczeństwo. Szczególnie, że
poprzedniego dnia żydowscy terroryści wymordowali 12 Palestyńczyków. Cztery
samochody zatrzymały się przed kawiarenką i wysiedli z nich mężczyźni ubrani w
uniforny khaki i hełmy. Szybko okazało się, że nie przybyli ochraniać wieśniaków. Zaczęli
strzelać w tłum wypełniający kawiarenkę. Kilku Żydów zaczęło podkładanie bomb pod
domami, podczas gdy inni rzucali granatami. Przez chwilę wydawało się, że bandyci
wymordują całą wioskę, jednak nadjechał prawdziwy patrol i przerwał masakrę. Zginęło
7 Arabów. Wcześniej, jednego tylko dnia, 6 Palestyńczyków zostało zabitych, 23
rannych, kiedy wybuchła bomba w tłumie zebranym blisko Bramy Damasceńskiej w
Jerozolimie. W Jaffie bomba zabiła 6 Arabów, raniła 40.

– Masakra w Kiszas – 18.12.1947 – 2 samochody z terrorystami Hagany otwierającymi
ogień i rzucającymi granatami przejechały przez wioskę, zabijając 10 osób.
– Masakra w Qazaza – 19.12.1947 – 5 dzieci zginęło w wysadzonym budynku muktara
(„sołtysa”).

– Masakra w Al-Szejk – 1.01.1948 – tej nocy około 200 uzbrojonych żydowskich
morderców Podeszło pod małą wioskę 5km na południowy wschód od Hajfy. Bandyci
wrzucali do domów granaty i wykańczali niedobitki ogniem karabinów. Zginęło ponad 40
osób.

– Masakra w Deir Jassin – 9-10.04.1948 – najlepszy przykład żydowskiego bestialstwa i
neohitlerowskiego zdziczenia. Muktar wioski zgodził się dostarczyć syjonistom pewnych
informacji. W operacji nazwanej „Jedność” Hagana współpracowała z Irgunem i Gangiem
Sterna. O godz. 4:30 w nocy 9.04. syjoniści otoczyli wioskę, która była położona między
żydowskimi osadami Givat Shaul i Montefiore. Przez dwa dni żydowscy kaci mordowali
mężczyzn, kobiety i dzieci, bez względu na wiek. Gwałcili kobiety i rabowali domy.
Mężczyznom odcinano genitalia. Relacja z eksterminacji pochodzi od doktora z
Czerwonego Krzyża, który przybył na miejsce następnego dnia. Masakra została
dokonana różnymi sposobami. Rozstrzeliwano, rzucano w ludzi granatami, zażynano
nożami. Rozcinano brzuchy ciężarnych kobiet. Szczególną przyjemność sprawiało
oprawcom zabijanie dzieci na rękach matek. Ok. 25 kobiet w ciąży zostało zakłutych
bagnetami w brzuch. 52 dzieci okrutnie okaleczono i obcięto głowy na oczach rodziców.
Agencja Żydowska i władze brytyjskie wiedziały o trwającej masakrze. Odpowiedzialnym
za akcję był Menachem Begin, późniejszy laureat pokojowej nagrody Nobla. Pochodził z
Polski. Hagana organizowała w 1946 zamach na hotel jerozolimski King David, w którym
z rąk żydowskich kolonistów padło 500 osób.

– Masakra w Naser Al-Din – 13-14.04.1948 – oddział Irgunu wszedł do tej wsi (blisko
Tyberiady) w nocy 13.04. przebrany za partyzantów. Mieszkańcy wyszli ich powitać i
zaczęli ginąć pod żydowskim ogniem. Na kilkaset osób przeżyło 40. Wszystkie domy
zrównano z ziemią.

– Masakra w Beit Daras – 21.05.1948 – po licznych nieudanych próbach zajęcia tej wsi
bandyci zorganizowali większy oddział i otoczyli ją. Mężczyźni zdecydowali, że kobiety i
dzieci powinny opuścić wieś. Jak tylko opuściły wieś, wpadły w zasadzkę i zostały
wymordowane.

-Masakra w meczecie Dahmash – 11.07.1948 – po zajęciu przez żydowski 89 batalion

komandosów Mosze Dajana Liddy, Żydzi powiedzieli Arabom, przez głośniki, że będą

bezpieczni jak wejdą do meczetu. W odwecie za śmierć kilku żołnieży Żydzi wymordowali
ponad 100 Palestyńczyków w meczecie, a ich ciała rozkładały się przez 10 dni w upale.
Meczet jest pusty do dzisiaj. Masakra ta wywołała panikę między mieszkańcami Liddy i
Ramle, którym rozkazano opuścić te miasta. Większość z 60 tys. mieszkańców tych miast
przybyło do obozów uchodźców blisko Ramallah. Około 350 zginęło z odwodnienia i
upałów. Wielu przeżyło dzięki piciu własnej uryny. Warunki w obozie pochłonęły dalsze
ofiary.

– Masakra w Dawajme – 29.10.1948 – z zeznań żołnierza biorącego udział w okupacji
wioski w okręgu Hajfy wiemy, że kaci wymordowali od 80 do 100 mężczyzn, kobiet i
dzieci. Zabijali dzieci bijąc je pałkami po głowach. Jeden z oficerów rozkazał wprowadzić
dwie kobiety do budynku, który miał zamiar wysadzić. Zeznający żołnierz mówił, jak
jeden z morderców chwalił się zrabowaną biżuterią kobiety, którą zabił. Masakra została
przeprowadzona przez ludobójców z Liddy.

– Masakra w Falameh, 2 kwiecień, 1951

– Masakra w Szarafat – 7.02.1951 – regularne oddziały przekroczyły linię zawieszenia
broni i wkroczyły do wioski położonej 5km od Jerozolimy. Wysadzono dom muktara i jego
sąsiadów. 10 osób zginęło (2 mężczyzn, 3 kobiety, 5 dzieci), 8 było rannych.

– Masakra w Kibja – 14.10.1953 – 21:30, około 700 żydowskich żołnierzy zaatakowało
przygraniczną wioskę w Jordanii, na północny zachód od Jerozolimy. Używając
moździerzy, karabinów i materiałów wybuchowych wysadzili 42 domy, szkołę i meczet.
Każdy znaleziony mieszkaniec został zamordowany. 75 wieśniaków zginęło, ich ciała
wrzucono do studni. Rozkaz akcji wydał rzeźnik Arabów – Ariel Szaron.

– Masakra Kafr Qasem – 29.10.1956 – izraelska straż graniczna zaczęła akcję nazwaną
Trójkąt Wsi o 16:00. Powiedzieli muktarom tych wsi, że godzina policyjna tego dnia
aczęła się od 17:00 zamiast jak zwykle od 18:00. Muktarzy protestowali, iż poza wioską
jest 400 pracujących i nie ma czasu, by ich powiadomić o zmianach. Oficer zapewnił, że
się nimi zajmą. Mordercy czekali na powracających u wejścia do wsi. Wymordowano 43
osoby. Przy północnym wejściu do wsi zabito jeszcze 3, a 2 w samej wsi. Porucznik
Dajan, kierował masakrami, objeżdżając teren jeepem.

– Masakra w Al-Sammou – 13.11.1966 – armia przeprowadziła rajd na wioskę, niszcząc
125 domów, wiejską klinikę i szkołę. 18 osób zginęło, 54 zostało rannych.

– Masakra w obozach Sabra i Szatila – 15-18.09.1982 – wymordowanie przez
marionetkową Falangę Libańską i żydowskich żołnierzy przebranych za Libańczyków
ponad 3000 Palestyńczyków. Żydowska armia dostarczyła buldożerów i reflektorów
oświetlających w nocy teren obozów. Liban znajdował się pod okupacją Izraela. Operacja
zaplanowana i kierowana przez ministra obrony Szarona i Menachema Begina.

– Masakra w Ojon Qara – 20.05.1990 – żydowski żołnierz ustawił w szeregu ponad 20
ludzi i zastrzelił 7. 13 osób zginęło podczas protestów przeciw zbrodni na innych
terenach.

– Masakra w meczecie Al-Aqsa w Jerozolimie – 8.10.1990 – policja otworzyła ogień do
modlących się, zabijając 22 wiernych.

– Masakra w meczecie Ibrahima – 25.02.1994 – żydowski terrorysta z Kiriat Arba
wymordował 61 osób w meczecie hebrońskim, ranił 200. Póżniejsze manifestacje
krwawo zgniecione przez Żydów. 23 ofiary i setki rannych.

– Masakra w Jabalii – 28.03.1994 – żydowski bezpieczniak otwiera ogień zabijając 6 i
raniąc 49 palestyńskich aktywistów. Ranni byli wyciągani z samochodów i zabijani
strzałem w głowę.

– Masakra na punkcie kontrolnym Erec – 17.07.1994 – 11 Palestyńczyków zbitych, 200
rannych.

– „Żydowska egzekucja” – październik 2000 – jeden z tysięcy, lecz wyjątkowo tragiczny i
charakterystyczny obrazek. Żydowscy snajperzy namierzają 12-letniego chłopca
Muhhamada al.-Durraha. Bawią się swoją ofiarą przez 45 minut!! Chłopca swym ciałem
chroni ojciec Dżamal, obaj chowają się przy jakiejś kamiennej bryle. Dżamal błaga po
hebrajsku żydowskich bandytów, by wstrzymali ogień. Chłopiec umiera na rękach ojca po
trafieniu 4 kulami, ten zostaje ciężko ranny. …Snajper zdjął kierowcę ambulansu
chcącego uratować ojca i syna.
Wielokrotne bombardowania miast i obozów uchodźców palestyńskich. Przykładem tego
było zbombardowanie wioski Kana w Libanie, gdzie natychmiast zginęło 101 osób. Wiele
zostało rannych. Ok. 30 dzieci zostało poddanych amputacji rak i nóg.
Conajmniej 1250 zabitych podczas trwania Pierwszej Intifady (1988-1993), 90 tys.
rannych. 1900 ofiar Drugiej Intifady trwającej od września 2000 (stan na styczeń 2003),
ok. 20 tys. rannych.
9 kwiecień 1948: Połączone siły Irgun i Stern Gang dokonały brutalnej masakry 260
Arabów, mieszkańców wioski Deir Yassin. Wiekszość zmasakrowanych to kobiety i dzieci.

Te żydowskie hordy nawet pastwiły się nad już nie żywymi zaspokajając w ten sposób
swoje bestialskie tendencje. W kwietniu 1954 roku w czasie Wielkiego Tygodnia i w
wigilię Wielkanocy, chrześcijańskie cmentarze w Haifa zostaly napadniete, krzyże
połamane i zdeptane przez te kreatury, groby zbezczeszczone. Tak wiec izraelskie
militarne podboje skierowane były przeciwko bezbronnym ludziom, którzy już wcześniej
zostali sparaliżowani przez takie napady jak w Deir Yassin (w wyniku którego 250
Arabów, mężczyzn, kobiet i dzieci zostało zmasakrowanych.)

Maj 1948: Count Folke Bernadotte ze Szwecji został mianowany przez USA do mediacji
pomiędzy Arabami a Izraelitami. W pierwszym jego raporcie z 16 września 1948 zalecał
aby UN „jak najszybciej zapewniła arabskim uchodźcom prawo do powrotu do ich domów
na terenie zajętym przez Żydów.” Izraelici odpowiedzieli na swój własny, cichy sposób.
Następnego dnia Bernadotte został zamordowany w Jerozolimie.
Odpowiedzialność za spektakularne zabójstwo, które spowodowało międzynarodowe
oburzenie, zostało przyjęte przez nieznaną organizację „Fatherland Front”. Pod tą nazwą
faktycznie krył się Shamira Stern Gang. Yoshua Zeitler i Meshlam Markover ze Sterna
powiedzieli w izraelskiej telewizji w 1989 rok, że oni odpowiednio kierowali i prowadzili tą
operacje w której został zabity szwedzki dyplomata i jego francuski asystent. Zeitler, w
wieku 71 lat, powiedział, że zdecydował się teraz mówić ponieważ obawia się, że UN i
„goyim” (nie-Żydzi) znowu próbują zmusić Izrael do ustępstw.

Luty 1949: Izrael przeprowadził ofensywę w poprzek granicy z Egiptem, (linia Armistice) i
wprowadzili swoje siły do Zatoki Aqaba, okupując palestyńską siedzibę policji w Umm
Rashrash, której nazwę zmienili na Eilat.
1950: Izrael zajął Al-Uja, zdemilitaryzowaną strefę po stronie egipskiej, i Baqquara po
stronie syryjskiej, wyrzucając ich arabskich mieszkańców, burząc ich domy i zrównując
po nich ziemię buldożerami.

1950 – 1955: Izraelskie siły dopuściły się więcej niż 40 aktów zbrojnych agresji przeciwko
arabskim pastwom. Prawie wszystkie spowodowały poważne straty życia, w tym: ataki i
masakry w Quibya, Huleh w 1953, Nahalin, Kfar Qassem w 1954, Gaza i syryjska
placówkę przy Jeziorze Tiberias, w 1955 roku. 14 – 15 październik, 1953: Oddziały pod
komendą Ariel Sharon, zaatakowały nie uzbrojona wioskę arabską Qibya w
zdemilitaryzowanej strefie. Wysadzili w powietrze 42 domy i zabili ponad 60 mieszkańców
którzy przebywali w nich. Opis tego był tak makabryczny, że U.S. w połączeniu z U.N.
potępiły tą akcję i po raz pierwszy i jedyny zawiesiły pomoc dla Izraela jako rodzaj kary.
Lipiec 1954: Izraelski wywiad umiescil „a ring of spies (moles)” szpiegosko-dyweryjna
siatkę w Kairze. Jej celem był sabotaż wybranych egipskich, brytyjskich i amerykańskich
ośrodków. 14 lipca została podłożona bomba zapalająca w budynku poczty w Aleksandrii.

Także amerykańskie Agencje Informacyjne w Kairze i Aleksandrii zostały uszkodzone
przez pożary spowodowane przez podłożenie fosforowych środków zapalających. To samo
nastąpiło w teatrze brytyjskim. Członkowie tej siatki zostali złapani i przyznali, że zostali
zorganizowani przez NODIN – izraelską wojskowa wywiadowczą organizację. Celem było
prawdopodobnie sabotowanie egipskich stosunków z U.S. i Wielką Brytanią. Wiele komisji
badających tą aferę w Izraelu nie było w stanie określić czy izraelski Minister Obrony
Pinchos Lavon autoryzował tą operację.

WIĘCEJ O ŻYDOWSKIM TERRORYŹMIE
1956 : Oddziały izraelskich żołnierzy popełniły okrucieństwo w palestyńskiej wiosce Kafr
Qasim. 47 niewinnych ludzi zostało zastrzelonych z zimną krwią. Dokładnie przemyślane
masowe morderstwo nigdy nie zostało stosownie uwidocznione w zachodniej prasie. Sąd
izraelski skazał ośmiu żołnierzy za morderstwo jednak zostali oni zwolnieni po 2 latach a
po 3 latach jeden ze skazanych za zamordowanie 43 Arabów w ciągu jednej godziny
został zaangażowany przez urząd miejski w Ramleh jako „urzędnik odpowiedzialny za
sprawy związane z… Arabami w tym mieście.”

1956 Izrael wspomagany przez Anglię i Francję zaatakował Egipt aby uzyskać kontrole
nad Kanałem Suezkim. Wykorzystując sytuację powstałą w wyniku egipskiej decyzji
nacjonalizacji Kanału Suezkiego, Izrael połączył swoje siły z Francją i Anglią i dokonal
inwazji na Egipt. W wyniku tego zajął i okupował Półwysep Synaj, zajął Gaza Strip i
Sharm Al, który strzegł Cieśninę Tiran i wejście do Zatoki Aqaba. Rok później opornie
wycofał się pod połączoną presją ze strony U.N., U.S.A. i Sowieckiej Rosji.

Z punktu widzenia militarnego nie istniała potrzeba takiego zniszczenia. Była to wyłącznie
zawzietość przeciwko Arabom i chrześcijanom. Akcje te spowodowały zaistnienie
następnych 300 000 arabskich uchodźców, tworząc ich ogólną liczbę, – chrześcijańskich i
arabskich muzułmanów, większą niż populacja Montana, Nevada i Wyoming razem
wzięte. Właśnie w czasie tej kampanii Izraelici zaatakowali amerykański U.S.S. Liberty
powodując śmierć 34 osób jej załogi. Jeśli byłby to egipski lub rosyjski atak, Ameryka
weszłaby w stan wojny, lecz żydowskie glosy w Ameryce wyciszyły krytycyzm tej akcji.

Amerykanów także nie powiedziano o tym, że Izrael zawsze odmawiał podporządkowania
się jakimkolwiek postanowieniom U.N. Postanowienia powzięte na podstawie głosowania
co roku od 1948 o prawie powrotu palestyńskich uchodźców do swoich domów nigdy nie
były respektowane przez Izrael. Izrael był nieustannie potępiany za ciągle łamanie karty
Narodów Zjednoczonych został przyjęty do niej jako członek który wypełnił warunki
przyjęcia!

1960 – 1962: Izraelskie siły atakowały syryjskie wioski na terenie Lade Tiberias i
spowodowały śmierć setek cywilnych jej mieszkańców.
1966: Izraelskie oddziały dokonały najazd na Jordańską wioskę Sammu. Zabili 18 cywili,
poranili około 100 innych i zdemolowali 130 domów, klinikę i meczet.
1967: Amerykański U.S.S. Liberty został zaatakowany na międzynarodowych wodach z
pełna premedytacją kiedy śledził komunikację w czasie Wojny sześciodniowej. Izrael użył
podarowany im przez U.S. ekwipunek do zagłuszenia sygnałów S.O.S. mając nadzieję na
całkowite zatopienie okrętu wraz z załogą i archiwami zanim ktoś dowiedziałby się o tym
ataku. 34 marynarzy zostało zamordowanych i było170 rannych w tym rażąco zuchwałym
akcie wojny. Liberty był częścią Szóstej Floty, silnej grupy ludzi i okrętów opłacanych
przez amerykańskich podatników w celu ochraniania Izraelitów. Co myślą Żydzi o
naszych marynarzach, potomkach żołnierzy, którzy wyciągnęli ich z płomieni II Wojny
Światowej?

5 czerwiec, 1967: Izraelici popełnili z pełna premedytacją największy i najbardziej
zdradziecki akt agresji na Egipt, Syrię i Jordanię. Po zniszczeniu arabskich samolotów na
lotniskach w błyskawicznym ataku izraelskie siły napadły i zajęły resztę Palestyny, to
jest: West Bank, Gaza Strip, East Jerusalem, syryjskie Golan Heights i egipski Sinai
Penisula. W pierwszych dniach agresji, całkowicie wbrew rzeczywistej sytuacji, Izraelici
sfabrykowali oskarżenie przeciwko ich ofiarom i przedstawili je w dramatyczny sposób
Komisji Bezpieczeństwa U.N. Zachodnie media rozpowszechniły sfabrykowane historie i
cały świat ubolewał nad tymi niby ofiarami. W 1967 roku Izraelici dokonali bez skrupułów
trzeci bezlitosny atak na Arabów. Tym razem zniszczyli wartość 3/4 miliona dolarów
własności kościelnej.

Wielkie oszustwa praktykowane przez Izrael wobec U.N. i całego świata zostało zupełnie
zdyskredytowane i dlatego Izraelici zmienili taktykę i teraz argumentują, że nie byli
zaatakowani przez Egipt ale byli w niebezpieczeństwie zaatakowania przez Egipt i dlatego
musieli uciec się do tak zwanego uprzedzającego ataku. Alan Hart cytuje byłego
dyrektora wojskowego wywiadu Izraela który powiedział mu „Jesli Nasser nie dałby
pretekstu do ataku na Arabów, Izrael stworzyłby pretekst do wojny w ciągu 6 do 10
miesięcy”, ponieważ jego militarni planiści doszli do wniosku że nadszedł właściwy czas
do zniszczenia zgromadzonej przez Arabów broni, dostarczonej im głównie z Rosji.
Yitzhak Rabin jako Premier planował ten atak powiedział gazecie La Monde w lutym 1968
roku w zupełnie prosty sposób: „My wiedzieliśmy że Nassar nie zamierzał zaatakować
nas.”

15 luty, 1968: Izrael napadł z czołgami i desantem helikopterowym wojska na bazę PLO
w Karamah na wschodnim brzegu rzeki Jordan. 300 komandosów odparło 1500
izraelskich żołnierzy i zmusiło ich do odwrotu. Bitwa trwała cały dzień łącznie z
wieczorem. Chociaż wioska została całkowicie zniszczona palestyńscy obrońcy odepchnęli
Izraelitów powodując poważne straty najeźdźców. Według izraelskich źródeł stracili 28
żołnierzy i 90 rannych.

1969: Izraelici wyróżnili się popełniając okrutną zbrodnię jako odwet za straty w wyniku
wojny wzdłuż Kanału Suezkiego. Izraelskie samoloty bojowe zaatakowały egipską szkołe
Bahr al Baker, w południowym Egipcie, zabijając 75 dzieci i raniąc ponad 100.
Sierpień 1969: Izraelici podpalili jedno z najbardziej świętych miejsc – meczet Al Aqsa
Mosque w Jerozolomie, powodując szerokie zniszczenia. Ta zbrodnia pogrążyła ponad
bilion Muzułmanów na całym świecie w stan głębokiego cierpienia.
12 marzec, 1070: Izraelskie siły napadły część południowego Lebanon pod nazwą Fatah-
Land zabijając wiele pelestyńskich i lebanonskich cywili.

8 wrzesień, 1972: Zupełnie bez przyczyny ani powodu izraelskie Phantomy
zbombardowały palestyńskie cele w Lebanon i Syrii w serii bombowych rajdów, zabijając
setki cywili. Ta akcja została tłumaczona następnego dnia przez izraelskiego premiera w
Knesecie, że „Izrael przyjął teraz nowa taktykę polegająca na atakowaniu
terrorystycznych organizacji gdziekolwiek może je dosięgnąć.”

21 luty, 1937: Jednostki izraelskich komandosów wylądowały na wybrzeżu lebanonskiego
miasta Tripoli. Zaatakowały dwa palestyńskie obozy uchodźców wysadzając w powietrze
kilka domów i budynków, niektóre z nich razem z ich mieszkańcami, zabijając 35 cywili i
raniąc podobną ilość. W tym samym dniu izraelskie samoloty bojowe zestrzeliły nad
Pustynią Synaj cywilny samolot należący do Libii zabijając w ten sposób ponad 100 jego
pasażerów.

10 kwiecień, 1973: Jednostki izraelskich komandosów z pomocą lebanonskich
kolaborantów wtargnęły do rezydencyjnej części Beirutu i zamordowały trzech liderów
PLO – Yosef Al Najjar, Kamal Adwan i Kamal Nasser.
1974: Izraelskie lotnicze jednostki komandosów zaatakowały lotnisko w Beirucie i
zniszczyły 13 cywilnych samolotów.

W tym roku: samoloty izraelskie przechwyciły cywilny syryjski samolot i zmusiły do
lądowania w Lydda podejrzewając, że przewozi on palestyńskiego dowódcę komandosów.
Obiektami ataków i rabunku było kilka chrześcijańskich kościołów w Jerozolimie łącznie z
poważnym uszkodzeniem kościoła Holy Sepulchre, zrownaniem z ziemią czterech
chrzescijańskich centrów i kradzieżą diamentowej Crown of the Virgin Mary.
1975 – 1980: Izraelski wywiad – MOSAD wsławił się terrorystycznymi wyczynami w
których zamordowano licznych arabskich i palestyńskich dyplomatów, naukowców, i
dziennikarzy, takich jak przedstawicieli PLO w Londynie, Rzymie, Paryżu i Brukseli,
wybitnego palestyńskiego pisarza i dziennikarza Ghassan Kanafani i egipskiego naukowca
w dziedzinie nuklearnej Dr.Al Mashad.

1981: Wprowadzając swoja taktykę tak zwanego uprzedzającego ataku, izraelskie
lotnictwo zniszczyło cywilny reaktor atomowy w pobliżu Bagdadu.
6 czerwiec, 1982: Inwazja militarna na Lebanon. Mniej niż dwa tygodnie po swojej
elekcji, nowy rząd Monachem Begina zrealizował swoje pierwsze militarne uderzenie w
tej wojnie zmierzające do zlikwidowania PLO w Lebanonie.
Czerwiec 1982: Izraelskie siły rozpoczęły swoja wściekła inwazje na Lebanon.W
rezultacie tej inwazji wielka liczba obozów uchodźców i lebanonskich miast i wiosek
została zniszczona. Izraelskie lotnictwo przeprowadziło osiem ataków na palestyńskie cele
w południowym Lebanonie i Beirucie, zabijając prawie 1000 ludzi i raniąc wiele więcej.
Wymyślona taktyka „uprzedzającego ataku” została zaniechana i nawet korespondent
Jerusalem Post miał trudności z uzasadnieniem celu tych bombowych rajdów – „Po kilku
dniach działań na północnej granicy nastąpiło pięć tygodni spokoju. Nie wiadomo co
spowodowało izraelskie piątkowe bombowe rajdy.” Oburzony izraelskim atakiem i
okrutnym zniszczeniem Beirutu, żydowski dziennikarz Jacobo Timmerman nazwal Begina
„niezrównoważonym”, „terrorystą”, i „hańbą dla ludzi”. Oskarżył Sharona jako osobę,
która pomaga w zrobieniu z Izraela „Prusji Środkowego Wschodu.”

17 Lipiec, 1982 Dostarczone przez USA F-4 i F-5 przeleciały czterokrotnie na niskim
pułapie nad Beirutem bombardując jego gęsto zaludnioną część – Fakahani. Pięć
wysokich apartamentowych budynków zostało zniszczonych, 200 zabitych i 800 rannych.
Czterdzieści procent ofiar to małe dzieci. Jedno z nich które przeżyło, to wyciągnięte
przez lekarzy z łona zabitej matki. Izraelski przedstawiciel rządowego gabinetu Rafael
Eitan ogłosił w izraelskim radiu, że cywilne ofiary były nie istotne i że arabskie ofiary
ataku przeprowadzonego 17 czerwca jeszcze nie stanowią izraelskiego „ostatecznego
rozwiązania”.

Wrzesień 1982: Najazdy i bombardowania były kontynuowane w następnych tygodniach
po napadzie na Beirut w lipcu. Był to początek inwazji na Beirut, która zapoczątkowała
80-dniową wojnę dowodzona przez Ariel Sharon (wtedy izraelski Minister Wojony) i
spowodowała zniszczenie znacznej części Beirutu, zabicie i zranienie tysięcy palestyńskich
i lebanonskich cywili. To w czasie tej inwazji dokonano masakry uchodźców w Sabra i
Shatila w której 2 500 palestyńskich kobiet, dzieci i starych ludzi zmasakrowano z zimna
krwią. Nawet izraelski Sąd Najwyższy uznał wielu oficerów armii łącznie z Sharonem
winnymi tej masakry.
Październik 1982: Izraelscy terroryści wysadzili w powietrze domy, samochody i biura
trzech elekcyjnie wybranych majorów miast w West Bank, Nabulus Rammallah i Al
Beireh.
1984: Izraelskie okręty i uzbrojone łodzie przechwyciły na pełnym morzu handlowy
statek w pobliżu Lebanon i uprowadziły wielu Palestyńczyków.
1985: Izraelskie samoloty napadły i zniszczyły siedzibę PLO w Tunisie.
1986: Izraelscy tajni agenci zamordowali w Londynie znanego palestyńskiego
karykaturzystę Naji Al Ali.

Kwiecień, 1988: Jednostka izraelskich komandosów wtargnęła do domu Khalil Al Wazir w
Tunisie. Al Wizar był najstarszym dowódcą militarnym PLO i był uważany za dowódcę
Intifada. Został zamordowany w czasie snu.
Luty i marzec 1989: Izraelskie F-16 w wielu rajdach tłukły pociskami i bombami
palestyńskie cele w lebanońskich Shouf Mountains, Damour i Dolinie Beka, zabijając
wielu cywili łącznie z 15 dziećmi szkolnymi w Damour.
14 Kwiecień, 1989: Izraelscy strażnicy graniczni wraz z osadnikami zaatakowali spokojną
wioskę Nahalin w pobliżu Betlejem. Ośmiu Palestyńczyków zmasakrowano i ponad 50
zostało rannych. Napad ten miał miejsce późną nocą zapoczątkowującą Święty Miesiąc
Ramadan.

Rabunek majątku palestyńskich uchodźców i ofiar.
Tortury.
Syjonistyczne państwo oficjalnie stosuje zbrodnicze metody śledcze wobec
Palestyńczyków, mężczyzn, kobiet i dzieci. Policja polityczna Shin Beth, a także Główne
Siły Bezpieczeństwa, żołnierze i policjanci, określają je jako „umiarkowaną presję
fizyczną” i, jeżeli ofiara nie poddaje się, „rosnącą presją fizyczną”. Przykładów tej presji,
ujawnianych przez organizacje praw człowieka (żydowskie też!) i obrońców Arabów
(palestyński Społeczny Komitet Przeciwko Torturom, Światowa Organizacja Przeciwko
Torturom, Amnesty International, Felicja Langer – żydowska obrończyni arabskich ofiar),
jest wiele. Na przykład: „shabeh”- przywiązanie człowieka do malutkiego krzesła i skucie
kajdankami tak, że głowa (najczęściej w worku) przyciśnięta jest do kolan. Ofiara
zamykana jest w pokoju z ogłuszającą muzyką; elektrowstrząsy; zatykanie ust i nosa
plastrem na ok.2 minuty; wylewanie benzyny na głowę i groźba podpalenia; przypalanie
jąder; bicie po nogach pałką z gwoździami; zanurzanie w lodowatej wodzie; wieszanie za
dłonie lub stopy; bicie gumową pałką po genitaliach; głodzenie; skakanie po klatce
piersiowej; gwałt na kobietach z rodziny na oczach torturowanego; przetrzymywanie w
pomieszczeniach pozwalających tylko na pozycję stojącą; przypalanie odbytu; wyrywanie
włosów; zmuszanie do połykania włosów; bicie pałką po głowie; przypalanie ciała
papierosami; bicie ciężarnych kobiet po brzuchu; oddawanie moczu na ofiarę;
długotrwałe naświetlanie oczu; zmuszanie do słuchania taśm z nagranymi jękami innych
ofiar; wpychanie ostrych przedmiotów do odbytu; gwałcenie kobiet.

Rasistowskie ustawodawstwo, przejawiające się w nierówności wobec prawa (np.prawo
powrotu – bezwarunkowe prawo wjazdu i osiedlania się w Izraelu mają tylko osoby unane
za Żydów), nakazie noszenia dowodów osobistych z określeniem narodowości (dla
wygody policji represjonującej Arabów), wpływ prawa rabinackiego na cywilne (Żyd nie
może poślubić osoby nieżydowskiej, dzieci z mieszanych związków zawartych zagranicą
uznawane za nieślubne, urodzone przez nie-Żydówkę dzieci nie mogą zawrzeć związku
małżeńskiego i nie można ich pochować).
Zgodnie ze słowami Hanny Arendt („Eichmann w Jerozolimie”, Kraków 1998, str. 12-13):
„Stąd osobliwa przechwałka: „Nie wprowadzamy żadnych podziałów etnicznych”, która
brzmiała mniej osobliwie w Izraelu, gdzie przepisy prawa rabinackiego regulują prywatny
status obywateli żydowskich, skutkiem czego żaden Żyd nie może poślubić osoby nie
będącej pochodzenia żydowskiego; małżeństwa zawarte za granicą są uznawane, ale
dzieci ze związków mieszanych są z punktu widzenia prawa dziećmi nieślubnymi (dzieci
pozamałżeńskie, których rodzice są Żydami, są prawowite), a jeśli komuś zdarzy się mieć
matkę nie-Żydowke, nie może zawrzeć związku małżeńskiego, osoby takiej nie można
także pochować. […] Wydaje się, że zarówno wierzący, jak i niewierzący obywatele
Izraela zgodni są co do tego, ze pożądany jest zakaz zawierania małżeństw mieszanych.
[…] Bez względu na przyczyny musiała zapierać dech naiwność, z jaką oskarżyciel
potępiał osławione ustawy norymberskie z 1935 roku, zakazujące małżeństw mieszanych
i stosunków cielesnych osób pochodzenia żydowskiego z osobami pochodzenia
niemieckiego”.

Kolonizacja i judaizacja zagarniętych ziem, zakaz powrotu rdzennych mieszkańców,
wywłaszczanie obywateli nie będących Żydami.
Metodyczne niszczenie domów i infrastruktury, pól uprawnych i gajów oliwnych.
Blokada jakiejkolwiek pomocy humanitarnej, doprowadzanie do głodu i epidemii,
stworzenie warunków życia grożących biologicznym wyniszczeniem (np. odcinanie wody i
energii blokowanym przez dłuższy czas miastom, odcięcie dostępu do żywności) i
psychicznym (permanentna okupacja).
Używanie zbrodniczej, zakazanej przez prawo międzynarodowe (Konwencje Genewskie)
broni chemicznej.

Żydowski okupant stosuje gazy typu CS, CN, CR jako łzawiące, podczas gdy są one w
dużym stężeniu niebezpieczne dla zdrowia, używane niezgodnie z instrukcją – powodują
śmierć.
Najgroźniejszym z nich jest gaz CS, który zawiera cyjan atakujący płuca, powodujący
duszności i napady kaszlu, ból oskrzelowy, zapalenie oczu, sztywnienie mięśni, a nawet
paraliż. Jest on silnie rakotwórczy. Wymienione gazy są szczególnie niebezpieczne dla
kobiet w ciąży (poronienia) i starców. Stosowane w pomieszczeniach powodują śmierć.
Substancje trujące są rozpylane na palestyńskie pola i gaje oliwne. Przykładem
żydowskiego barbarzyństwa jest np. rozpylenie przez okupacyjne wojsko gazów trujących
(neurotoksycznych) w szkołach Hebronu, Tulkaremu i Anabta w 1988.
Spowodowało to zatrucie 1300 dzieci, w postaci opuchlizny i niedowładu mięśni.

Izrael:
68 Pogwałcone lub zignorowane rezolucje ONZ
Kraje zaatakowane, z pogwałceniem ich terytoriów: Egipt, Jordania, Irak, Liban, Syria,
Tunezja
Kraje okupowane przez lata: Egipt, Liban, Syria
Kraje obecnie okupowane: Syria
Terytoria bezprawnie zaanektowane: Wzgórza Golan , Jerozolima, terytoria palestyńskie
Ofensywne wojny: 1956, 1967, 1982
Posiada broń masowego rażenia, Posiada broń nuklearna
Najgorsze okrucieństwa przeciwko ludności cywilnej: 17,500 cywilów libańskich zabitych
podczas inwazji Libanu w 1982
Rezolucje ONZ odnoszace się do Izraela :
SC Resolution 42 (1948) of 5 March 1948 [Adopted at 263rd meeting (8-0-3) (3
abstentions were Argentina, Syria, United Kingdom)]
SC Resolution 43 (1948) of 1 April 1948 [Adopted at 277th meeting – unanimously]
SC Resolution 44 (1948) of 1 April 1948 [Adopted at 277th meeting (9-0-2) (2
abstentions were Ukrainian Soviet Socialist Republic, U.S.S.R.)]
SC Resolution 46 (1948) of 17 April 1948 [Adopted at 283rd meeting (9-0-2) (2
abstentions were Ukrainian S.S.R., U.S.S.R.)]
SC Resolution 48 (1948) of 23 April 1948 [Adopted at 287th meeting (8-0-3) (3
abstentions were Colombia, Ukrainian S.S.R., U.S.S.R.)]
SC Resolution 49 (1948) of 22 May 1948 [Adopted at 302nd meeting (8-0-3) (3
abstentions were Syria, Ukrainian S.S.R., U.S.S.R.)]
SC Resolution 50 (1948) of 29 May 1948 [Adopted at 310th meeting (Draft was voted on
in parts, no vote taken on text as a whole.)]
SC Resolution 53 (1948) of 7 July 1948 [Adopted at 331st meeting (8-0-3) (3
abstentions were Syria, Ukrainian S.S.R., U.S.S.R.)]
SC Resolution 54 (1948) of 15 July 1948 [Adopted at 338th meeting (7-1-3) (1 against
was Syria, 3 abstentions were Argentina, Ukrainian S.S.R., U.S.S.R.)]
SC Resolution 56 (1948) of 19 August 1948 [Adopted at 354th meeting (Draft was voted
on in parts, no vote taken on the text as a whole.)]
SC Resolution 57 (1948) of 18 September 1948 [Adopted at 358th meetingunanimously]
SC Resolution 59 (1948) of 19 October 1948 [Adopted at 367th meeting -unanimously]
SC Resolution 60 (1948) of 29 October 1948 [Adopted at 375th meeting (without a
vote)]
SC Resolution 61 (1948) of 4 November 1948 [Adopted at 377th meeting (9-1-1) (1
against was Ukrainian S.S.R.; 1 abstention was U.S.S.R.)]
SC Resolution 62 (1948) of 16 November 1948 [Adopted at 381st meeting (Draft was
voted on in parts, no vote taken on the text as a whole.)]
SC Resolution 66 (1948) of 29 December 1948 [Adopted at 396th meeting (8-0-3) (3
abstentions were Ukrainian S.S.R., U.S.S.R., U.S.)]
SC Resolution 69 (1949) of 4 March 1949 [Adopted at 414th meeting (9-1-1) (1 against
was Egypt, 1 abstention was U.K.)]
SC Resolution 72 (1949) of 11 August 1949 [Adopted at 437th meeting (without vote)]
SC Resolution 73 (1949) of 11 August 1949 [Adopted at 437th meeting (9-0-2) (2
abstentions were Ukrainian S.S.R., U.S.S.R.)]
SC Resolution 101 (1953) of 24 November 1953 [Adopted at 642nd meeting (9-0-2) (2
abstentions were Lebanon, U.S.S.R.)]
SC Resolution 89 (1950) of 17 November 1950 [Adopted at 524th meeting (10-0-2) (2
abstentions were Egypt, U.S.S.R.)]
SC Resolution 119 (1956) of 31 October 1956 [Adopted at 751st meeting (7-2-2) (2
against were France, U.K., 2 abstentions were Australia, Belgium)]
SC Resolution 127 (1958) of 22 January 1958 [Adopted at 810th meeting unanimously]
SC Resolution 162 (1961) of 11 April 1961 [Adopted at 949th meeting (8-0-3) (3
abstentions were Ceylon, U.S.S.R., United Arab Republic)
SC Resolution 228 (1966) of 25 November 1966 [Adopted at 1328th meeting (14-01) (1
abstention was New Zealand)]
SC Resolution 233 (1967) of 6 June 1967 [Adopted at 1348th meeting – unanimously]
SC Resolution 234 (1967) of 7 June 1967 [Adopted at 1350th meeting – unanimously]
SC Resolution 237 (1967) of 14 June 1967 [Adopted at 1361st meeting – unanimously]
SC Resolution 242 (1967) of 22 November 1967 [Adopted 1382nd meeting –
unanimously]
SC Resolution 248 (1968) of 24 March 1968 [Adopted at 1407th meeting – unanimously]
SC Resolution 250 (1968) of 27 April 1968 [Adopted at 1417th meeting – unanimously]
SC Resolution No. 251 (1968) of 2 May 1968 [Adopted at 1420th meeting –
unanimously]
SC Resolution No. 252 (1968) of 21 May 1968 [Adopted at 1426th meeting (13-0-2) (2
abstentions were Canada, U.S.)]
SC Resolution 259 (1968) of 27 September 1968 [Adopted at 1454th meeting (12-0-3)
(3 abstentions were Canada, Denmark, U.S.)]
SC Resolution 267 (1969) of 3 July 1969 [Adopted at 1485th meeting – unanimously]
SC Resolution 271 (1969) of 15 September 1969 [Adopted at 1512th meeting (11-0-4)
(4 abstentions were Colombia, Finland, Paraguay, U.S.)]
37. SC Resolution 298 (1971) of 25 September 1971 [Adopted at 1582nd meeting (14-0-
1)(1 abstention was Syria)]
SC Resolution 331 (1973) of 20 April 1973 [Adopted at 1710th meeting – unanimously]
SC Resolution 338 (1973) of 22 October 1973 [Adopted at 1747th meetingunanimously]
SC Resolution 339 (1973) of 23 October 1973 [Adopted at 1748th meeting (14-0-0)
(China did not vote)]
SC Resolution 344 (1973) of 15 December 1973 [Adopted at 1760th meeting (10-0-4) (4
abstentions were France, U.S.S.R., U.K., U.S.)]
SC Resolution 381 (1975) of 30 November 1975 [Adopted at 1856th meeting (13-0-0)
(China and Iraq did not vote)]
SC Resolution 425 (1978) of 19 March 1978 [Adopted at 2074th meeting (12-0-2) (2
abstentions were Czechoslovakia and U.S.S.R., China did not participate in the voting)]
SC Resolution 446 (1979) of 22 March 1979 [Adopted at 2134th meeting (12-0-3) (3
abstentions were Norway, U.K., U.S.)]
SC Resolution 452 (1979) of 20 July 1979 [Adopted at 2159th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
46. SC Resolution 465 (1980) of 1 March 1980 [Adopted at 2203rd meeting –
unanimously]
SC Resolution 468 (1980) of 8 May 1980 [Adopted at 2221st meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 469 (1980) of 20 May 1980 [Adopted at 2223rd meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 471 (1980) of 5 June 1980 [Adopted at 2226th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 476 (1980) of 30 June 1980 [Adopted at 2242nd meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 478 (1980) of 20 August 1980 [Adopted at 2245th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
52. SC Resolution 484 (1980) of 19 December 1980 [Adopted 2260th meetingunanimously]
SC Resolution 500 (1982) of 28 January 1982 [Adopted at 2330th meeting (13-0-2) (2
abstentions were U.K., U.S.)]
SC Resolution 508 (1982) of 5 June 1982 [Adopted at 2374th meeting unanimously]
SC Resolution 509 (1982) of 6 June 1982 [Adopted at 2375th meeting unanimously]
SC Resolution 512 (1982) of 19 June 1982 [Adopted at 2380th meeting unanimously]
SC Resolution 513 (1982) of 4 July 1982 [Adopted at 2382nd meeting unanimously]
SC Resolution 515 (1982) of 29 July 1982 [Adopted at 2385th meeting (14-0-0) (U.S. did
not participate in the vote.)]
SC Resolution 516 (1982) of 1 August 1982 [Adopted at 2386th meeting unanimously]
SC Resolution 517 (1982) of 4 August 1982 [Adopted at 2389th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 518 (1982) of 12 August 1982 [Adopted at 2392nd meeting unanimously]
SC Resolution 520 (1982) of 17 September 1982 [Adopted at 2395th meeting
unanimously]
SC Resolution 521 (1982) of 19 September 1982 [Adopted 2396th meetingunanimously]
SC Resolution 573 (1985) of 4 October 1985 [Adopted at 2615th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)
SC Resolution 592 (1986) of 8 December 1986 [Adopted at 2727th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 605 (1987) of 22 December 1987 [Adopted at 2777th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 607 (1988) of 5 January 1988 [Adopted at 2780th meeting –
unanimously]
SC Resolution 608 (1988) of 14 January 1988 [Adopted at 2781st meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 611 (1988) of 25 April 1988 [Adopted at 2810th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 636 (1989) of 6 July 1989 [Adopted at 2870th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 641 (1989) of 30 August 1989 [Adopted at 2883rd meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
SC Resolution 672 (1990) of 12 October 1990 [Adopted at 2948th meetingunanimously]
SC Resolution 673 (1990) of 24 October 1990 [Adopted at 2949th meetingunanimously]
SC Resolution 681 (1990) of 20 December 1990 [Adopted at 2970th meeting –
unanimously]
SC Resolution 694 (1991) of 24 May 1991 [Adopted at 2989th meeting – unanimously]
SC Resolution 726 (1992) of 6 January 1992 [Adopted at 3026th meeting –
unanimously]
SC Resolution 799 (1992) of 18 December 1992 [Adopted at 3151st meetingunanimously]
SC Resolution 904 (1994) of 18 March 1994 [Adopted at 3351st meeting unanimously
(Draft was voted on in parts, with the U.S. abstaining on two preambular paragraphs. No
vote was taken on the text as a whole.)]
SC Resolution 1073 (1996) of 28 September 1996 [Adopted at 3698th meeting (14-0-1)
(1 abstention was U.S.)]
SC Resolution 1322 (2000) of 7 October 2000 Adopted at 4205th meeting (14-0-1) (1
abstention was U.S.)]
Resolution <1397> (2002) of 12 March 2002 [Adopted at # th meeting (14-0-1) (1
abstention was the Syrian Arab Republic)]
Resolution 1402 (2002) of 30 March 2002 [Adopted at 4503 rd meeting (14-0-1) (1
abstention was the Syrian Arab Republic)]
Resolution 1403 (2002) of 4 April 2002 [Adopted at 4506 th meeting-unanimously]
Resolution 1405 (2002) of 19 April 2002 [Adopted at 4516th meeting-unanimously]
Wnioski nasuwają się same……..

 

Imageterr